GRA MUZYKA

wtorek, 24 grudnia 2013

Mery Kristmas & e Hepi Niu Jer!

W zeszłym roku przedstawiłem kilka z moich ulubionych piosenek zimowo-świątecznych, w tym roku będzie jedna, nieświąteczna, ale za to z dzwonami i o odświętnym charakterze - największy przebój z przedostatniej, bardzo udanej płyty Coldplay oraz sylwestrowo-noworoczna pieśń ABBY, jednego z największych popowych zespołów w historii muzyki. To wszystkiego dobrego i widzimy się w połowie stycznia, kiedy zaczną się krockusowe podsumowania wszelakie :)

[camel]


piątek, 20 grudnia 2013

Ewa Farna - (W)inna?


Ocena: 8/10
[camel]

Pierwsza (nie licząc cd/dvd wydanej po 18-tkowym koncercie) dorosła płyta polsko-czeskiej wokalistki to mój mocny kandydat do czołówki płyt roku. Ewa, obdarzona naprawdę mocnym, rockowym głosem do tej pory nie umiała nagrać porządnego, rockowego albumu, który broniłby się jako całość – bywały naprawdę dobre single (Cicho, EWAkuacja, Bez łez, Nie przegap), ale ciągle brakowało dobrego albumu. Poprzednia płyta ("EWAkuacja" sprzed 3 lat) wskazywała jednak, że wszystko jest na dobrej drodze. Jednak nadal była to muzyka zrobiona przez nastolatkę dla nastolatków. Czyli jakby nie mieściłem się w targecie.

"(W)inną?" Ewa pokazuje, że dorosła i nie zamierza śpiewać tylko dla bardzo młodej publiczności. Choć pierwsze dwa utwory jeszcze nie wskazują, że będzie przełomowo – Znak i Tajna Misja, mimo, że to dobre piosenki to jednak niezbyt wyróżniające się od jej wcześniejszych utworów. Pierwsze zwiastuny zmian widać w wyjątkowo udanej (te dęciaki w refrenie!), żywiołowej Ulubionej Rzeczy zilustrowanej ciekawym i zabawnym teledyskiem. Następny utwór, dramatyczno-patetyczna pieśń Przepraszam odnosi się do wypadku, który Ewa spowodowała w ubiegłym roku i myślę, że pokajała się przed swoimi słuchaczami na tyle, że już nie warto wracać do tej sprawy. O ile dotąd mogliśmy mówić o zwiastunach zmian to Nie w porę to już prawdziwy przełom w karierze Ewy – akustyczna ballada o smooth-jazzowym zabarwieniu przyjemnie buja i pokazuje, że wokalistka dobrze się czuje nie tylko w rockowej i pop-rockowej konwencji. Kolejne dwa kawałki – Ktoś z nami kręci poprzedzony próbką (sporych) możliwości wokalnych Farnej i Daj mi żyć to jedne z najbardziej rockowych pozycji na płycie. Takie 'grzałki' będą jeszcze na "(W)innej?" dwie, ale po kolei. Kolejna piosenka, pop-rockowe Z napisami jest moim zdaniem najmniej udana na albumie, więc nie ma się co o niej rozpisywać. Po tym, jedynym na tym albumie 'wypełniaczu', pora na utwór Mamo!, który podobnie jak Przepraszam odznacza się dużą dawką dramatyzmu i patosu oraz znów pokazuje jak dobrą wokalistką jest Ewa. Najdłuższa na płycie Rutyna z apelem do fanów zwanych niekiedy Farnoholikami to jedna z najmocniejszych (jakościowo i brzmieniowo) pozycji na albumie. Pod koniec czekają nas jeszcze dwie niespodzianki. Poradnik dla początkujących z radami jak się ustawić w szołbizie („Dziecko, jeszcze raz rzucaj głową, potrzebne jest show, końcówki i dykcja, żeby radia też kupiły go, Ogrom dobrej pracy, ale Ewa między nami: kogo obchodzi to? Puszczaj playback, chłopie, będziemy znów na topie, VIPami się zrobimy, bywaniem zarobimy”) to utwór niemalże metalowy w którym Farna próbuje nawet rapować. Końcówka płyty to znów zabawy Ewy z jazzem, które zresztą mogą dać jakiś efekt w przyszłości o czym świadczą tytuł (To be kontiniut...) i słowa „To mi się podoba, może nagramy jazzową płytę?”. Czemu nie, może być ciekawie.

Podsumowując – "(W)inna?" to solidny, rockowy materiał zdradzający ciągoty w kierunku hip-hopu, hardrocka czy jazzu. Pokazuje, że Ewa Farna dojrzała, stać ją na wydanie albumu nie podlizującego się starym (w sensie stażu) wielbicielom, a umożliwiającego zdobywanie nowych fanów którzy dotąd raczej nie byli zainteresowani muzyką wykonywaną przez nią do tej pory. Warto śledzić jej karierę i czekać jaki będzie jej kolejny ruch. Kto wie, może powtórzy losy Brodki, która z niewyróżniającej się popowej piosenkarki przeobraziła się w świadomą własnych możliwości Artystkę, na której kolejne propozycje muzyczne czeka się z wypiekami na twarzy. Tego jej życzę!

niedziela, 8 grudnia 2013

Zapowiedź: Ewa Farna - (W)inna?


Tak jak już pisałem na krockusowym fanpejdżu miesiąc temu Ewa Farna nagrała porządną, najlepszą w swojej karierze, płytę którą udowadnia, że nie jest tylko 'piosenkarką dla nastolatków', a kimś kto jest w stanie w niedalekiej przyszłości rozdawać karty w polskim mainstreamie. Jej pierwsze dorosłe studyjne wydawnictwo (w sierpniu Ewa wkroczyła w trzecią dekadę życia) to album pełen rockowej energii choć filtrujący z hip-hopem czy nawet - w dwóch utworach - z jazzem. Recenzja '(W)innej?' już wkrótce na Krockusie. Póki co zapraszam do obejrzenia dwóch teledysków promujących płytę:

[camel]



czwartek, 7 listopada 2013

Edyta Bartosiewicz - Renovatio (2013)


[camel]
Ocena: 8.5/10

15 lat to niemal całe pokolenie. A właśnie tyle na swój album kazała nam czekać jedna z najwybitniejszych polskich wokalistek. Po anglojęzycznym „Love”, rewelacyjnym „Śnie”, dość przeciętnym „Szok`n`show”, pięknym, jesiennym „Dzieckiem” i raczej udanych „Wodospadach” zamilkła na długie lata, co jakiś czas przypominając się pojedynczymi piosenkami, z których największy sukces odniosła ta nagrana w duecie z Krzysztofem Krawczykiem. I kiedy już myśleliśmy, że wraca w 2010 po tym jaki pierwszy raz po latach wystąpiła na żywo, okazało się, że jeszcze musimy trochę poczekać. W końcu nadszedł 1 października 2013 i płyta ukazała się na rynku. Nasuwają się pytania: czy warto było czekać tyle czasu? Czy Artystka po tak długim okresie milczenia ma jeszcze coś do zaoferowania swoim wielbicielom? Czy zdobędzie nowych fanów? Czy stylistyka, która była modna w latach 90-tych ubiegłego wieku sprawdzi się również w drugiej dekadzie wieku następnego? Myślę, że na wszystkie te pytania można odpowiedzieć twierdząco – złota płyta w kilka dni po premierze to naprawdę niezły wynik w dzisiejszych czasach. Bartosiewicz powraca z albumem, który spokojnie mógł być wydany w 2002 (czyli wtedy kiedy pierwotnie miał się ukazać). Stylistyka muzyki wykonywanej przez Artystkę nie zmieniła się przez te wszystkie lata.

Ważne są już dwa pierwsze utwory w których Edyta próbuje wytłumaczyć się z tak długiego okresu swojej muzycznej absencji – depresyjna „Pętla”, opowiadająca o niekończącym się smutku, z którego podmiot liryczny nie umie się uwolnić („Niezałatwione wciąż do końca/sprawy o których chcę zapomnieć/zepchnięte na bok / przemilczane/powracają do mnie”, „Wiem, że byłam tu nieraz/rozpoznaję rzeczy kształt/czterech ścian zszarzałą biel/przydymione światła lamp/i kiedy pewna jestem już/że spłaciłam cały dług/wtedy nagle jak w złym śnie/znów powracam tu…”) świetnie kontrastuje z rockowym, tytułowym Renovatio, w której następuje wyzwolenie i wyjście do świat(ł)a, gdzie śpiewa o śmierci dotychczasowego stylu życia („I nagle wszystko kończy się/reanimacji nie zdał się trud/litry przetoczonej krwi/pacjent nie przeżył, nie zdarzył się żaden cud”) i początku nowego, znacznie lepszego („Godzina za godziną, byś w końcu sam na to wpadł/że to najlepsze, co mogło się stać/zrzuć za siebie cały ciężar/martwych wspomnień zbolałą treść/niech biją salwy na Twoją cześć/salwy na Twoją cześć!”). Po tak ciekawym początku dalej jest jeszcze lepiej. Singlowi Rozbitkowie, traktujące o kończącej się miłości, zdają się być typowym dla Edyty utworem – co w tym przypadku jest plusem. Wraz z następnym utworem ma miejsce pierwsze poważne zaskoczenie. Mowa o podszytej syntetycznym beatem piosence Italiano, która zdradza nawet pewne taneczne walory (w końcowej części pojawiają się nawet „dęciaki”), choć byłby to taniec dość nietypowy. Pod indeksem szóstym kryje się piosenka znana większości fanom Edyty już od lat – Niewinność tym razem w wersji 2013 to najbardziej rockowa pozycja na albumie i jeden z moich faworytów przypominający najlepsze utwory Bartosiewicz z czasów albumów „Sen” i „Szok`n`szow”. Utwór nr 7 to znów eksperymenty z elektroniką, choć już tą bardziej jej mroczną odmianą, bo i tekst do takich prób odpowiedni („Znam dobrze wszystkie twe tajemnice/jak rentgen Cię przeszywam na wskroś/pewien bądź, że nawet przez chwilę/nie odstępuję Ciebie na krok”, „Jestem ciemną stroną twego oblicza, cieniem który zrzucasz/złym snem/echem twego serca bicia/sekretem, który kryjesz na dnie”).
Wyjątkowo sugestywna Madame Bijou, melancholijna opowieść o wizycie w nocnym barze, która jednakowoż przynosi silne przekonanie o tym, że jest „(…) Jeszcze coś co się we mnie tli/co sprawia, że wciąż tę wiarę mam/że w czyichś ramionach znów rozpalę swoje dni/gdy nadejdzie czas…”). Podobne, krzepiące treści niesie drugi singiel z płyty Upaść by wstać („Upaść, by wstać/i choć nie przestajesz się chwiać/i nowy nie przedarł się świt/choć wciąż brakuje ci sił/ten pierwszy zrób krok/ bo choć straciłeś coś/co los kiedyś Ci dał/wiedz, że upadłeś, by wstać”). Ryszard opowiada o ucieczce z dotychczasowego, szarego życia, Żołnierzyk o ciągłych zmaganiach się z rzeczywistością, w której jednak znajduje się drobne przyjemności i małe zwycięstwa („Tyle już walk/rozegranych w szarym tle/codziennych spraw/choć pada już z nóg/na pozycji swej/mały żołnierzyk wciąż trwa”). Najbardziej optymistyczną piosenką na płycie bez wątpienia jest Orkiestra tamtych dni z dość zabawnym tekstem, o którym jednak nie będę pisał, by nie psuć niespodzianki słuchaczom. Dość powiedzieć, że bujający rytm i ów tekst właśnie powodują, że piosenka na długo pozostaje w pamięci. Ostatnia pozycja na albumie – Tam dokąd zmierzasz (Chwila) to piękne zakończenie z marzycielską wizją przyszłości („Tam dokąd zmierzasz/rosną pola herbacianych róż/co w słońcu się pną/swym zapachem/tuląc cię do snu”, „Z dala od zgiełku miast i gonitw/złych myśli, co szklą się na twej skroni/neonów, co mamią tanim blaskiem/z dala od giętkich ust/szczerych słów pozbawionych”). Ponad siedmiominutowa piosenka, z pięknym finałem pozostawia słuchacza w stanie jakiegoś trudnego do opisania spokoju, ukojenia – przynajmniej ja mam takie uczucia za każdym razie gdy Tam dokąd zmierzasz (tak pierwotnie miał się nazywać ten album), a zarazem cała płyta „Renovatio” dobiega końca.

13 utworów, 65 minut muzyki. Tyle liczb. Nie one są jednak najważniejsze, bo otrzymaliśmy album do którego chce się wracać, który mimo, iż klimatem najbardziej przypomina mi „Dziecko”, to jednak w przeciwieństwie do tamtej płyty zawiera w sobie większą dawkę optymizmu i wiary w lepsze jutro. Edyta Bartosiewicz wraca w dobrym stylu, z uniwersalnymi piosenkami o miłości, niepokojach i nadziei. Piosenkami, z którymi słuchacz może się łatwo identyfikować bo opowiadają o różnych aspektach także naszego życia. Pozostaje mieć nadzieję, że wkrótce doczekamy się pełnowymiarowej trasy koncertowej na której będziemy mogli posłuchać utworów ze wszystkich sześciu solowych płyt Artystki. I razem z Nią przeżywać wszystkie emocje, które zawarła w swoich tekstach.

środa, 23 października 2013

Zapowiedź: Edyta Bartosiewicz - "Renovatio"

Dokąd odeszłaś moja piękna
Co z Tobą stało się?
W swe siły zbyt ufna
Zgubiłaś drogę
Nocą bezsenna
Zlękniona dniem

Tak brzmiał fragment refrenu piosenki Niewinność, która miała zapowiadać kolejną płytę Edyty Bartosiewicz. Słowa utworu okazały się prorocze i jedna z najwybitniejszych polskich wokalistek zamilkła na kolejnych 11 lat. Choć dawała sygnały życia (wielki hit nagrany z Krzysztofem Krawczykiem, koncert na warszawskim festiwalu trzy lata temu, piosenka nagrana dla filmu animowanego, koncert w Trójce z okazji jubileuszu Trójkowej Listy Przebojów) to powróciła, miejmy nadzieję na długo, dopiero 1 października tego roku albumem "Renovatio". Będziecie o nim mogli przeczytać tutaj niedługo. Bo Krockus również wraca.

[camel]

niedziela, 7 lipca 2013

Heineken Open`er Festival 2013. Dzień pierwszy, 3 lipca 2013


Pierwszą, ogłoszoną jeszcze w listopadzie zeszłego roku, gwiazdą Open`era 2013 został brytyjski Blur, jeden z najważniejszych zespołów ostatniego ćwierćwiecza. Grupa miała na początku lipca zagrać w Gdyni po raz pierwszy w Polsce. Ta informacja sprawiła, że bardzo chciałem tego dnia znaleźć się na Babich Dołach. I udało się, szkoda tylko, że na jeden dzień bo line-up tegorocznego festiwalu jest moim zdaniem najlepszy od lat. Dzisiejszym koncertem Rihanny, który odbędzie się w dodatkowym, piątym dniu zakończy się jego 12. edycja. 3 lipca po całonocnej podróży pociągiem około godziny 17 zjawiłem się na terenie imprezy. Nie było już sensu zmierzać do sporo oddalonego od wejścia Tent Stage na koncert Dawida Podsiadło, więc postanowiłem się spotkać ze znajomymi, wypić napój sponsora oraz posilić się przed wieczorem i nocą pełną muzycznych wrażeń.

[camel]
ocena: 8/10

Dzień pierwszy - 3 lipca

MIKROMUSIC [8/10]


Patrząc na rozpiskę koncertów pierwszego dnia wiedziałem, że na koncert tego wrocławskiego zespołu muszę się wybrać, tym bardziej, że ostatnio koncertują rzadko. Po świetnym, tegorocznym albumie "Piękny koniec" (którego obiecana recenzja mam nadzieję pojawi się wkrótce na Krockusie) ciekawy byłem jak utwory z tego albumu zabrzmią na koncercie. Zagrali trzy – na początek piękny Za mało, który wprowadził publiczność w atmosferę koncertu (świetna forma wokalna Natalii Grosiak), następnie dedykowany sąsiedniemu miastu Sopot oraz Takiego chłopaka, który wzbudził największy aplauz widowni. Z mojego ulubionego "Sennika" zaprezentowali dwie ballady: Świat oddala się ode mnie oraz W źrenicach. Bardzo pozytywnie przyjęto także „niegrzeczną”, drugą wersję Niemiłości. Muzycy mieli okazję się wykazać w energicznym Szkodniku oraz Jesieni. Czego zabrakło? Według mnie ich pierwszego przeboju Dobrze jest oraz popisowego Kardamon i pieprz, którym często kończyli swoje koncerty. Rozumiem jednak, że trzeba było wybrać tak, żeby całość zamknęła się w godzinie, bo tyle trwał koncert. Warto docenić poświęcenie Dawida Korbaczyńskiego, który grał doskonale mimo obandażowanego palca. Mikrusy jak zwykle zaprezentowali się świetnie, choć czekam bardziej na ich koncerty klubowe, bo ta muzyka wydaje się być stworzona do bardziej kameralnych warunków.

EDITORS [7/10]


To ich drugi koncert na Open`erze i drugi, który miałem okazję zobaczyć. Dłuższy od poprzedniego, może trochę gorszym, bo nie znałem tak dobrze wszystkich utworów jak na poprzednim koncercie – trzecia płyta niespecjalnie mi się podobała, a nowej jeszcze nie miałem okazji słyszeć. Z tzw. „przebojów” zagrali Munich, Smokers outsider the hospital doors, Racing rats, An end has a start, nowy singiel A ton of love oraz na sam koniec rewelacyjną, wydłużoną wersję Papillon. Z innych znanych mi utworów usłyszeliśmy Bones i Bullets. Blisko połowę set listy stanowiły utwory z nowej płyty "The weight of your love", które trudno mi oceniać słysząc je po raz pierwszy – jednak kilka z nich było naprawdę niezłych i bardziej w stylu dwóch pierwszych albumów niż trzeciego, co cieszy. Zmęczenie po bezsennej nocy jednak dawało się we znaki i koncertu słuchałem głównie wylegując się na trawie i zbierając siły na najważniejszy dla mnie koncert tego dnia.

BLUR [9/10]


Ostatnie dwa tygodnie to wyjątkowe dni dla fanów brytyjskiego rocka. Najpierw na Stadionie Narodowym w Warszawie zaprezentował się Paul McCartney, na którego występie niestety nie byłem, po to by kilkanaście dni później znaleźć się na koncercie Blur, którzy podobnie jak Paul zawitali do Polski po raz pierwszy. Po obejrzeniu na DVD świetnego koncertu z londyńskiego Hyde Parku z okazji zakończenia Igrzysk Olimpijskich byłem bardzo ciekawy jak zabrzmią w Gdyni. Teraz mogę z całą pewnością napisać, że zagrali rewelacyjny koncert składający się z ich największych przebojów, które wylansowali na przestrzeni ostatnich dwudziestu kilku lat – były więc m.in. Girls & Boys (na sam początek), Beetlebum, Out of time, Coffee & TV (w czasie którego fani unieśli w górę wizerunek „Milky`ego” z teledysku), Tender, Parklife, Country house, This is a low, The Universal oraz na sam koniec szalone Song 2. Z mojej ukochanej "13" zabrzmiały jeszcze Caramel oraz Trimm Trabb z genialnym, jazgotliwym finałem. Znalazło się także miejsce na Under the westway, jeden z ostatnich jak na razie nowych utworów opublikowanych przez zespół. Największe wrażenie na koncercie robił oczywiście pełen energii Damon Albarn polewając publiczność wodą, zapraszając ją do wspólnego śpiewania Tender czy wspinając się na barierki podczas wykonywania Country House. Widać było, że był wzruszony tak gorącym przyjęciem przez polskich fanów. Podsumowując – Blur dał porywający, półtoragodzinny koncert i pozostaje mieć nadzieję, że zagrają jeszcze w Polsce i wydadzą następcę "Think Tank" sprzed 10 lat.

FOX [8.5/10]


Po północy na Scenie Alterklub zaprezentował się klawiszowiec Michał "Fox" Król ze swoim zespołem oraz zaproszonymi gośćmi – wokalistami i wokalistkami z których najbardziej znana była Paulina Przybysz z Sistars. Ten koncert był dla mnie największym zaskoczeniem pierwszego dnia festiwalu – był tak porywający i zmuszający do tańczenia jak openerowe koncerty Basement Jaxx i Scissor Sisters sprzed siedmiu lat. Głośna i „agresywna” wersja elektroniki zaprezentowana przez Foxa i jego przyjaciół była dla mnie (i sądzę, że dla innych będących na koncercie słuchaczy także) idealnym zwieńczeniem tego dnia. Najbardziej spodobały mi się utwory wykonane przez siostrę Przybysz, a szczególnie piosenka Go ahead, którą tej nocy usłyszeliśmy dwa razy.

PODSUMOWANIE


Na pewno warto było się znaleźć na tegorocznym Open`erze, nawet – tak jak ja – na jeden dzień by usłyszeć trzy dobre i bardzo dobre koncerty oraz jeden rewelacyjny (Blur). Organizacja na dobrym poziomie, nagłośnienie również, specjalnych kolejek w strefie gastronomicznej nie było, ceny jeszcze „do przełknięcia”. Bardzo chętnie pojawię się znów na Babich Dołach za rok albo dwa, najchętniej na całość festiwalu. A wszystkim tym, którzy jeszcze z Gdyni nie wrócili życzę świetnej zabawy na dzisiejszym koncercie Rihanny oraz bezpiecznej podróży do domów. I do zobaczenia na następnych Open`erach!



Natalia Grosiak


Damon Albarn podczas Country House


Openerowy Diabelski Młyn


czwartek, 6 czerwca 2013

Myslovitz - 1.577 (2013)


[camel]
ocena: 7.5/10

20 kwietnia 2012 to data, która na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich Myslofanów. Tego dnia zostaliśmy poinformowani o tym, że po dwudziestu latach wspólnego grania Myslovitz opuszcza jego współzałożyciel i lider wokalista Artur Rojek. Mimo, że nie był on jedynym twórcą muzyki i tekstów kwintetu to w powszechnej świadomości od zawsze był najbardziej kojarzony z tym mysłowickim zespołem. Pozostali w zespole muzycy (Wojciech Powaga, Jacek i Wojciech Kuderscy oraz Przemysław Myszor) ogłosili, że rozstali się „po dżentelmeńsku”, nie chcąc podawać powodów rozłamu (to, że nie każdy z Panów tego postanowienia dotrzymał to inna sprawa), Artur Rojek był jeszcze bardziej tajemniczy. Nowym wokalistą grupy został Michał Kowalonek, muzyk poznańskiego zespołu Snowman. Pierwszym koncertem była otwarta dla fanów próba, która odbyła się w mysłowickim MDK (a dokładniej dwie próby pod rząd z 30 kwietnia 2012), zaraz potem zespół zagrał pierwszy „duży” koncert na wrocławskiej 3-majówce. Do premiery nowej piosenki z Kowalonkiem na wokalu było nam dane czekać do grudnia, kiedy to 3 sny o tym samym zostały opublikowane. Ta całkiem przyjemna i melodyjna piosenka, poruszająca temat zmian w zespole („Właśnie ten zwrotny punkt/trzeba mi zmian/ fala poniesie mnie tam gdzie będę chciał/zmienić wszystko by się nie zmieniło wcale nic”) zaostrzyła apetyt na resztę materiału. Zanim jednak owa premiera nastąpiła udało mi się zobaczyć grupę na ich katowickim koncercie, który utwierdził mnie w przekonaniu, że jest na co czekać. Wreszcie wiosną otrzymaliśmy konkrety – album o tajemniczym tytule "1.577" ukaże się w połowie maja najpierw w wersji cyfrowej, a pod koniec miesiąca w formie fizycznej.

Płyta zaczyna się od jedynego utworu w którego tworzeniu żadnego udziału nie miał Rojek. Mowa o Telefonie, którego wymyślił Kowalonek (a tekstowo pomógł mu go dokończyć Myszor). To wyjątkowo udane otwarcie – z początku zapowiada się na zwyczajną balladę, jaką ten zespół ma w swoim repertuarze sporo, jednakże narastająca dramaturgia i finał utworu każe zakwalifikować tę piosenkę do dzieł wybitnych. Tekstowo to moim zdaniem jeden z najpiękniejszych momentów albumu. Następnie otrzymujemy drugi (a właściwie pierwszy, zależy jak na to patrzeć) singiel zespołu – wyjątkowo energetyczny, podszyty niemal tanecznym beatem Prędzej później dalej, który będzie pewnie koncertowym pewniakiem. Utwór nr 3 – Wszystkie zawsze ważne rzeczy to rzecz z niesamowicie jak na Myslovitz optymistycznym tekstem (z wersami typu „Wiesz, że droga ta między nami długa nie jest i tak/ tylko długo trwa” czy „I będzie tu niebieski dom/z całych sił buduję go/Dla Ciebie jest”). Całość, mimo singlowego potencjału wydaje się jednak trochę zbyt banalna. Podobny, optymistyczny charakter na "1.577" ma jeszcze utwór finałowy – Być jak John Wayne, tutaj jednak trudno mieć jakieś zarzuty o banał (tekstowy albo melodyczny), bo to utwór raczej z serii tych krzepiących i motywujących do działania („Cieszę się tym co tu mam/największe odkrycie od lat/rzeczy i sprawy i ja/najprostsze z tych jakie znam”, „Teraz wiem i tak/że niezwykłe jest gdzieś obok nas/widzę to i wiem/że niezwykłe jest tu obok mnie”). To również najbardziej pogodna finałowa piosenka jaką zespół miał na swoich płytach, dotychczas preferowali na koniec zostawić bardzo dołujące utwory (typu Szklany człowiek, Czytanka dla niegrzecznych czy Blog filatelistów polskich).
Zdarzają się na albumie również momenty bardziej psychodeliczne takie jak syntetyczny, przepiękny Koniec lata czy druga część piosenki Jaki to kolor? (z podtytułem 4.00 czyli czwarta rano) będąca dopełnieniem udanej części pierwszej (tej z dopiskiem GFY będącym skrótem niecenzuralnego angielskiego zwrotu), w której największe wrażenie robi na mnie chóralnie wykrzyczane Daj mi być sobą. Najostrzejszym fragmentem płyty jest podszyty nerwowym rytmem Trzy procent, któremu jednak daleko (pod względem ekspresji wokalnej i dynamiki) do podobnych kawałków z poprzednich płyt takich jak Złe mi się śni czy Ofiary zapaści Teatru Telewizji. Jedynym nieporozumieniem w tym zestawie wydaje mi się przedostatnia piosenka na płycie zatytułowana Szum, która wydaje mi się dość nijaka.

Reasumując, o ile "Nieważne jak wysoko jesteśmy..." sprzed dwóch lat uznaję za przepiękne pożegnanie Artura z zespołem i jeden z najlepszych albumów w ich karierze, to "1.577", pierwszą płytę nagraną bez jego wokalnego udziału uważam za udany początek nowej drogi grupy. Michał Kowalonek z trudnego zadania następcy charyzmatycznego lidera wykazał się całkiem dobrze – nie próbuje go naśladować, a wręcz czasami udaje mu się odcisnąć w nowych piosenkach własne piętno zarówno w sferze tekstowej, melodycznej czy ekspresji wokalnej. Zapewne jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie zanim fani do końca zaakceptują Michała na miejscu Artura, jednakże Kowalonek jest na dobrej drodze do tego, by stać się godnym kontynuatorem Rojka. Na ile „wsiąkł” w zespół jednak przekonamy się jednak dopiero na następnym albumie, który będzie pierwszym nagranym w nowym składzie. Wszystko wskazuje jednak na to, że warto czekać na kolejne wydawnictwa jednego z moich ulubionych zespołów.

niedziela, 2 czerwca 2013

Zapowiedzi: Myslovitz - 1.577

Kilkanaście dni temu, początkowo tylko w wersji cyfrowej, a od tygodnia w wersji fizycznej ukazał się dziesiąty studyjny album Myslovitz. Jest to pierwszy album z Michałem Kowalonkiem - nowym wokalistą na pokładzie zespołu. W większości kompozycji brał jednak udział poprzedni wokalista Artur Rojek, który był współkompozytorem piosenek zawartych na albumie. Poniżej umieszczam występ zespołu na tegorocznej Offensywie, która odbyła się na falach Trójki w styczniu, jeden z moich ulubionych utworów na nowym albumie - Koniec lata z Offsesji sprzed dwóch tygodni, oraz interesujący, choć w ogóle niezwiązany z tematyką piosenki, teledysk do "3 snów o tym samym". A recenzja nowej płyty pojawi się w ciągu kilku dni. Stay tuned!

[camel]




ps. dziękuję wszystkim tym, który umieścili powyższe pliki w internecie

wtorek, 28 maja 2013

Płyta po płycie: Gorillaz. Część trzecia.

To trzecia i ostatnia cześć ilustrowanej opowieści Michała o zespole Gorillaz. Tym razem przeczytacie i zobaczycie utwory z dwóch płyt wydanych przez ten zespół w 2010 roku: "Plastic Beach" i "The Fall". A w czerwcu możecie się spodziewać dwóch recenzji interesujących polskich płyt wydanych w ostatnich miesiącach: Myslovitz i Mikromusic - [camel]


[michał]

Plastic Beach

Trzeci (i na tę chwilę ostatni) album Gorillaz wydany w 2010 roku, jak zwykle to bywało przy poprzednich krążkach, przez wytwórnię Parlophone. Na tej płycie, prócz głosów członków zespołu (w tym Damona Albarna), możemy usłyszeć wiele niesamowitych osobistości zaproszonych do utworzenia tego niezwykłego albumu, a mianowicie Snoop Dogg, De La Soul czy też świetnego Lou Reeda ze swoim wspaniałym wokalem.

Płytę otwiera Orchestral intro, a w nim oprócz orkiestry symfonicznej słyszymy fale i mewy przenoszące nas w wyobraźni na plastikową wyspę Gorillaz, utworzoną przez cywilizację z różnych śmieci pozostawianych przez nas samych.


http://gorillaz.com/plasticbeach

Drugim utworem na płycie jest Welcome to the World of the Plastic Beach wykonywane przez światowej sławy rapera - Snoop Dogga. Kawałek świetnie wprowadza nas w klimaty płyty.


Jednym z piękniejszych utworów na płycie jest nr 4, a mianowicie Rhinestone Eyes. Piosenka ta jest próbą odnalezienia się na tym świecie. Wszystko wokół wydaje się takie sfabrykowane, przemielone, skomercjalizowane. Wokalista czuje się jakby był jakimś odmieńcem. Nazywa siebie gargulcem stojącym na wieży zbudowanej przez ludzi. Nie wierzy w miłość, którą próbują mu przedstawiać. Przyrównując tę miłość do cyrkonii chce powiedzieć jak bardzo jest ona nietrwała w dzisiejszych czasach, jaka krucha, że dzisiejsze uczucia są zmaterializowane, oparte na posiadaniu.


Pierwszym singlem płyty była piosenka nr 5 Stylo. W teledysku możemy odnaleźć Bruce’a Willisa ścigającego nasze animowane postacie. Niestety pościg nie udaje mu się, ponieważ samochód Gorillaz napędzany jest miłością, jej ogromem. Nie kończącą się miłością, dającą energię do życia, do przetrwania kolejnego tygodnia by znów być przy sobie.


Kolejnym utworem na płycie i kolejnym singlem jest piosenka Superfast Jellyfish. Piosenka o fast foodowym jedzeniu. Autor zniechęca do jedzenia, próbując ten sposób pożywienia zachwalać. Pomimo tego piosenka bardzo szybko uderza do głowy i w niej zostaje. W świecie nastawionym na szybki tryb życia, fast food staje się nieodzownym jego elementem. Ale nigdy nie zastąpi zdrowszego, domowego jedzonka :)


Empire Ants piosenka nr 7 z tej wspaniałej płyty. Znajdowała się również na stronie B gramofonowej EP „Doncamatic” nie dostępnej w naszym kraju (ale dzięki technice mamy możliwość zrobienia zakupów internetowo). Piękna piosenka z wspaniałym wokalem Little Dragon. Zamieszczam wersję z koncertu Letterman. Zazdroszczę każdemu, kto chociaż raz w życiu miał możliwość posłuchania na żywo tego zespołu.


Some Kind of Nature – piosenka nr 9, wg mnie jedna z lepszych na płycie. Wokal Lou Reeda w połączeniu z muzyką Gorillaz i śpiewem w tle Damona po prostu kładzie na kolana! W trakcie tej piosenki cała dusza śpiewa, całe ciało tańczy.

"Oh, Lord, forgive me
(some kind of mixture, some kind of gold)
It's got to come and find us
All we are is dust"


Pozostawiam was sam na sam z wykonaniem Live 2010 w Glastonbury
Ps. Lou Reed ma 70lat.


On Melancholy Hill – piękny melancholijny utwór z prostym przesłaniem. Jeśli nie możesz mieć tego, czego pragniesz pamiętaj, że masz mnie, że możesz iść ze mną, być blisko mnie. Jakby to powiedziała moja nauczycielka z technikum: Zakochać się i umrzeć, by umrzeć szczęśliwie.


To Binge
to piosenka o wielkiej miłości, przenikająca mnie do kości! Geniusz Albarna i spółki wraz ze świetnym wokalem Little Dragon sprawia, że chce się wrzucić 'repeat track' i słuchać bez końca!

And all I want is someone to rely on
As thunder comes a rolling down
Someone to rely on
As lightning comes a staring in again


Czy nie tego samego pragnie każdy z nas? Osoby, na której można zawsze polegać?



Pod tym linkiem nagranie live ze studia jednej z rozgłośni radiowych. The best!

Pirate Jet – utwór zamykający płytę. Chociaż krótki to nadal z plastikowym przesłaniem. Dbajmy o własne środowisko. Bardzo przejmujące i uświadamiające wideo na koncercie w Glastonbury. Środowisko to my.


No i Doncamatic, piosenka z EPki wydanej po płycie "Plastic Beach". Nagrana wspólnie z wokalistą Daley. Bardzo ciekawa piosenka, pięknie komponujący się wokal wraz z nietuzinkowymi dźwiękami.


No i tyle by było mojego opowiadania o ostatnim krążku Gorillaz. W 2011 wydana została płyta z kawałkami strony B Plastic Beach, nazywała się "The Fall". Tego B-side’a uważam za najsłabszego pośród wszystkich tego typu wydawnictw Gorillaz.


Mimo to moimi ulubionymi kawałkami z "The Fall" są:

Nr 2: Revolving Doors


Nr 3: Hillbilly Man


Dziękuję za uwagę :)

wtorek, 7 maja 2013

Wrocławska 3-majówka czyli Deszczowa Piosenka (2 maja 2013)



[camel]
ocena: 7.5/10

Tegoroczna 3-majówka we Wrocławiu odbywająca się bodajże po raz siódmy mimo ciekawych gwiazd (zwłaszcza pierwszego dnia) miała jedną najważniejszą wadę: deszcz. Przez pierwszy dzień (jedyny na którym byłem, choć drugiego dnia chyba było podobnie) padało niemal bez przerwy. Raz mocniej, raz słabiej, ale ciągle. Mimo przeciwdeszczowej peleryny, którą miałem na sobie i tak zazdrościłem tym, co mieli na nogach glany i martensy – ich nie dotyczył problem mokrych butów i skarpetek. Ale dość narzekania, dwa lata temu przecież spadł śnieg, bywały już 3-majówki odbywające się w upale, widać taka specyfika tej imprezy odbywającej się przecież w jednym z „najcieplejszych” polskich miast. Tak jak pisałem w tym roku zdecydowałem się na pierwszy dzień 3-majówki, stwierdzając, że drugiego dnia interesował by mnie praktycznie tylko koncert Marii Peszek. Perspektywa kilku godzin moknięcia też jakoś mnie nie zachwycała. Ale miało już nie być o deszczu ;) Przejdźmy zatem do omówienia tych kilku koncertów, które mi się udało zobaczyć.

COMA [7/10]



Po moim przybyciu na Wyspę Słodową Coma już grała – musieli więc zacząć przed planowanym początkiem o 16:15. Całego koncertu nie widziałem, bo początkowo udałem się na sąsiednią Wyspę Piaskową by uzupełnić zapas płynów. Setlista raczej podobna do katowickiego występu – były więc Na pół, System, Święta, Wojna, Transfuzja czy Spadam. Była także, zagrana na bis, piosenka Los Cebula i Krokodyle Łzy, która w emitowanym podczas majówki Polskich Topie Wszech Czasów w radiowej Trójce była najwyżej notowaną nowością (miejsce 27-te). Koncert udany, Coma zagrała moim zdaniem wyjątkowo hardrockowo, co na pewno pozwoliło rozruszać publiczność i zapomnieć o tym, co cały czas leciało z nieba.

BRODKA [7/10]


Trzeci pod rząd koncert Brodki na 3-majówce, a drugi który miałem okazję tam zobaczyć niestety uznaje za najsłabszy jej koncert na której byłem. Nie znaczy to, że było źle – było całkiem dobrze jak na plenerową imprezę. Tylko wydaje mi się, że Monikę z zespołem stać na lepsze koncerty, rozumiem jednak, że pełnie swoich możliwości pokazują głównie na koncertach klubowych. Setlista? Obszerne fragmenty "Grandy" (nie było Sziszy, Hejnału i Bez Tytułu), trzy najważniejsze piosenki z epki "LAX" czyli Varsovie (entuzjastycznie przyjęta), Dancing Shoes w wersji normalnej i tanecznej (zagranej na bis) plus przearanżowana Dziewczyna mojego chłopaka i genialna, psychodeliczna wersja Niagara Falls (gdyby nie refren, mało kto zorientowałby się co to za utwór). Niestety jedna rzecz wpłynęła na mój odbiór koncertu – ogromne pogo robione przez publiczność koło mnie oraz tzw. „muzyczne ściany śmierci” podczas Sauté i Syberii, czyli piosenek w zdecydowanie wolniejszych tempach niż przykładowo taka Granda czy W pięciu smakach. Jednakże samej Artystce się to podobało, o czym zakomunikowała ze sceny wykonując stosowny gest. Mimo wszystko było fajnie, choć już czekam na kolejne klubowe koncerty i przede wszystkim długogrającego następcę zjawiskowej Grandy.

STRACHY NA LACHY [8/10]


Ten kto choć raz był na ich koncercie wie, że ekipa Grabaża nie zawodzi, niezależnie od tego czy grają w klubie czy w plenerze. Zagrali większość swoich najlepszych piosenek między innymi Ostatki – nie widzisz stawki, I can`t get no gratisfaction, List do Che, Raissę, Twoje oczy lubią mnie (w bisie) niegrane już na koncertach Moralne Salto, covery Ballady o Tomku Bananie i pieśni Czarny chleb i czarna kawa oraz pod koniec podstawowego setu Żyję w kraju z refrenem odśpiewanym przez publikę. Na sam koniec była oczywiście Piła Tango. Grabaż jak zwykle miał świetny kontakt z widownią, towarzyszący mu zespół był w wyśmienitej formie muzycznej, setlista świetnie dobrana na tego typu plenerową imprezę.

KULT [8.5/10]


Największa gwiazda pierwszego dnia trochę kazała na siebie czekać (za co Kazik przeprosił na początku koncertu), ale w końcu o 21:40 pojawiła się na scenie. Mowa oczywiście o pewniaku tego typu imprez czyli Kulcie. Wymienianie całej, blisko 30-utworowej set listy, mija się za celem wypada tylko zaznaczyć, że były największe hity starsze (Baranek, Arahja, Do Ani, Lewe lewe loff, Wódka, Patrz, Niejeden) i nowsze (Gdy nie ma dzieci, Brooklińska Rada Zydów, Amnezja, Marysia i najnowszy przebój z niewydanej jeszcze płyty "Prosto" czyli Układ Zamknięty). Na bis standardowy zestaw z Polską, Po co wolność i Krwią Boga, która tradycyjnie była ostatnim utworem na koncercie. Wszystko zabrzmiało znakomicie, Kazik chodził w tę i z powrotem śpiewając kolejne piosenki, zespół grał jak należy – szczególne słowa uznania kieruję do sekcji dętej, której gra tego dnia wyjątkowo mi się podobała. I tak, pod dwóch godzinach grania, kilkanaście minut przed północą zakończył się pierwszy dzień 3-majówki na Wyspie Słodowej w stolicy Dolnego Śląska.

Podsumowanie – 3-majówka to impreza, która dorobiła się już należnej jej renomy i wiernej publiczności, która stawia się na miejscu niezależnie od warunków pogodowych. Gwiazdy nie zawodzą i lubią tu przyjeżdżać, wszyscy Artyści, których widziałem na Wyspie Słodowej grali tutaj już nie po raz pierwszy. Strefa gastronomiczna również w porządku, dobre piwo (Zamkowe), jedzenie w rozsądnych cenach. Oczywiście wszystko można kupić za żetony, co już powoli robi się tradycją na tego typu imprezach. I gdyby tylko nie to błoto, które najbardziej dawało się we znaki właśnie na Wyspie Piaskowej to by już w ogóle było super. Jednak nie ma co narzekać, do zobaczenia za rok lub dwa we Wrocławiu!

wtorek, 23 kwietnia 2013

4-te urodziny!


[camel]

Wczoraj minęły cztery lata odkąd Krockus pojawił się w sieci. Jak na bloga to całkiem niezły wynik :) Łyk statystyki: 135 postów, ponad 29 tysięcy wyświetleń, blisko 15 tysięcy unikalnych użytkowników, 13 autorów, 30 recenzji, 23 relacje, 18 podsumowań, 14 wpisów w dziale 'specjalne' (opowiadanie Adama i moja historia Myslovitz), 12 zapowiedzi płytowych, 8 wpisów redakcyjnych, 3 krótkie recenzje w dziale 'less is more' i kilka wpisów z youtube`owymi video. Najwięcej tekstów poświęciliśmy Myslovitz (14), Heyowi (12) i Ściance (9).

Poniżej mój top ten wpisów krockusowych:

1. Myslovitz - Nieważne jak wysoko jesteśmy by [camel]

2. Podsumowanie półdekad 1960-2010 by [camel]

3. Znamienita Kolekcja: Ścianka by [camel] & [turas]

4. Ścianka - Pan Planeta by [camel]

5. Radiohead - Live in Poznań 2009 by [camel]

6. Relacje z koncertów Placebo i Editors 2009 by [iris]

7. Ścianka - Białe Wakacje by [filip szałasek]

8. Ścianka - Dni Wiatru by [moozgo]

9. Holly Blue - First Flight by [agata]

10. 'Galerianki' w reżyserii Katarzyny Rosłaniec by [dominika]

środa, 3 kwietnia 2013

Podsumowanie muzyczne 2012 roku: Miejsca 5-1

Ostatnia i najważniejsza część moich ulubionych płyt 2012 roku


[camel]

5. Kim Nowak – Wilk
Ocena: 7.5/10


Po latach zajmowania się tylko hip-hopem, który często wykraczał poza ramy gatunku (zwłaszcza na koncertach) bracia Waglewscy postanowili wrócić do przeszłości, kiedy byli fanami metalu. Bartek (Fisz) chwycił za gitarę basową, Piotrek (Emade) pozostał przy grze na perkusji. Dołączył do nich rewelacyjny gitarzysta Michał Sobolewski (który obecnie gra również z Fiszem i Emade w zespole Tworzywo). Trio to wydało w 2010 płytę, która wprawiła w zdumienie wielu fanów rocka. Okazało się, że ich pomysł na granie tej muzyki jest znakomity. Fisz zaczął śpiewać, a panowie łoili na swoich instrumentach aż miło. Miałem okazję zobaczyć ich na Urodzinach Katowic w 2011 roku i zrobili na mnie duże wrażenie. Po dwóch latach Kim Nowak wraca z nowym materiałem. Nie jest to materiał mniej rockowy niż poprzedni (gdyż takie opinie się pojawiały), może tylko trochę mniej „wariacki” niż poprzedni krążek. Choć i „wariackie” utwory się trafiają (przypominające King Konga z poprzedniego albumu petardy Lodowiec Gigant i Aniele). Są na tym albumie po prostu przebojowe rockowe piosenki taki jak Skrzydła, Dwie Kropki czy przede wszystkim Mokry Pies, transowe utwory (Krew, Wilk) czy po prostu arcydzieła takie jak zaśpiewane z wokalistką Tercetu Egzotycznego Izabelą Skrybant-Dziewiątkowską Prosto w ogień, który mógłby trafić do soundtracku jakiegoś thrillera (w konwencji takiego filmu zresztą utrzymany jest udany teledysk promujący tę piosenkę). Otrzymujemy więc udany krążek Kim Nowaka, dojrzalszy od poprzedniego, ale na szczęście nie gorszy, a wręcz mu dorównujący.

4. Hey – Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan
Ocena: 8/10


Trzy lata temu narzekałem na poprzedni album Heya, że za mało rockowy, zbyt zimny i bardziej „Nosowski” niż „Heyowy”. Jego następcy daleko do arcydzieł pokroju "?" czy "[sic!]" jednakże płyta ta podoba mi się bardziej niż "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!". Może ze względu na trochę większą przebojowość tego materiału – Woda, Co tam? czy Bez chorągwi to energiczne kawałki z dużym potencjałem radiowym. Ballady również urzekają – singlowe Do rycerzy, do szlachty do mieszczan, Wieliczka czy …Że Kupidyn się Tobą interesuje chwytają za serce. Wzruszające są także wyznania miłości do syna wokalistki w Lila, kula i cyrkiel („Pamiętaj synu, że jestem, tutaj znajdziesz mnie”) czy partnera życiowego w Wilk vs. kot („Wybieram Cię na dobre, na zawsze, tak się wstydzę tych słów, choć szczere, wyświechtanych”). Jednakże najbardziej mi się podoba piosenka, w której Kasia udziela się tylko w refrenach. Mowa o zaśpiewanej przez Gabę Kulkę (do jej tekstu) utworu kończącego krążek zatytułowanego Z przyczyn technicznych. Niesamowita energia i forma wokalna Gaby, świetny tekst sprawiają, że to jeden z najlepszych piosenek tego zespołu ostatnich lat i piękne zwieńczenie ich ostatniego albumu. Jak zwykle w przypadku Heya warto wspomnieć również o wydaniu albumu. Tym razem otrzymujemy kartonowe pudełko z „klasowym zdjęciem” wykonanemu w sali gimnastycznej zespołu na okładce i wkładką ze zdjęciami członków grupy tamże. Do wydawnictwa dołączony jest także ołówek pozwalający podpisać album w specjalnie przeznaczonym do tego miejscu. Kolejny, udany album zespołu, który, jak powiedziała kiedyś Kasia może zwiastować kolejny, bardziej rockowy album Heya.

3. Artur Andrus – Myśliwiecka
Ocena: 9/10


Artur Andrus to konferansjer imprez kabaretowych, kabareciarz i przede wszystkim radiowiec znany z radiowej Trójki. Piosenki zdarzało mu się już śpiewać od dłuższego czasu, jednakże nigdy wcześniej nie zostały one zebrane na płycie kompaktowej. Wielki sukces, napisanej z okazji 1500. Notowania Listy Przebojów Programu Trzeciego piosenki Ballada o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej Helenie (pierwsze miejsce na tejże Liście Przebojów) sprawiły, że znalazła się wytwórnia, która postanowiła Andrusowi nagrać i wydać swój pierwszy piosenkowy album. Całość nazwano "Myśliwiecka" – to na tej ulicy mieści się w Warszawie radiowa Trójka. Niektóre piosenki były znane już wcześniej (Piłem w Spale, Spałem w Pile, Cieszyńska, wspomniana Ballada o Baronie… i jego kontynuacja Czarna Helena po roku, inne (większość) zostały napisane specjalnie na ten album. W większości to humorystyczne piosenki poświęcone wakacyjnej miłości (Królowa nadbałtyckich raf), starzeniu się (Manifest niełatwej rezygnacji), oryginalnych form zwrócenia uwagi płci przeciwnej (Piosenka o podrywie na misia) czy zachęta do tworzenia chórów (Dam Ci ptaszka), ale znalazło się też miejsce na utwory o całkiem poważnej tematyce. Mowa o pochwale tolerancji w rockowych Glankach i pacyfkach oraz polskich tekstów do utworów Cieszyńska i Petersburg autorstwa cenionego przez Artura czeskiego barda Jaromira Nohavicy. Urok tych piosenek, śpiewanych zwyczajnym głosem (sam Andrus często podkreśla, że głos ma niezbyt wybitny) sprawiły, że „Myśliwiecka” pokryła się podwójną platyną i stała się najchętniej kupowaną polską płytą w roku 2012.

2. T.Love – Old Is Gold
Ocena: 9/10


T. Love, zespół istniejący na polskim rynku muzycznym od ponad trzech dekad postanowił pokazać swoim młodszym słuchaczom początki rock`n rolla. I próba ta wyszła mu wyjątkowo udanie. Materiał zawarty na aż dwóch płytach kompaktowych to 22 utwory i prawie półtorej godziny muzyki. Muzyki mieszczącej się w obrębie rocka, czasami przybierającego odcienie folkowe (Modlitwa, New York, 2005, Ostatni taki sklep), żwawego rock`n`rolla (Old is gold, Menora Bentz) czy staroświeckich ballad (Lucy Phere, Jak nigdy, Jeśli boga nie ma tu). Najważniejsze, że spośród tych 22 utworów zdecydowana większość to utwory rewelacyjne, bardzo dobre i dobre. Tekstowo Muniek wypada również bardzo udanie, zarówno jak opowiada historię życiowych outsiderów (Stanley, Syn marnotrawny, Mętna woda, Contry rebel, Henry Kadzidło), rozlicza się ze swoim życiem (quasi–rozmowa z diabłem w dylanowskim Lucy Phere), wspomina (Ostatni taki sklep, 2005) czy sprzeciwia się „cyfrowemu życiu” (Skomplikowany (Nowy Świat)). Wszystko to zagrane przez muzyków (do których dołączył na stałe saksofonista Tom Pierzchalski) na najwyższym, światowym poziomie z wyczuciem i energią. Tak wygląda T.Love w 2012 wydając swój moim zdaniem najlepszy od czasów "Antyidola" z 1999 roku album.

recenzja Kamila

1.Piotr Bukartyk – Tak Jest I Już
Ocena: 9.5/10


Piotr Bukartyk po sukcesie swojego poprzedniego albumu "Z czwartku na piątek" zawierającego piosenki pisane właśnie przed piątkowymi porankami i prezentowanymi w audycji Wojciecha Manna w radiowej Trójce postanowił wydać swój kolejny materiał zawierający piosenki pisane w podobnych okolicznościach. Piosenki bardziej rock`n`rollowe, a mniej kabaretowe (czyli takie jakie wypełniały jego poprzednią płytę). Na "Tak jest i już" Piotrowi z zespołem udało się nagrać najlepsze utwory w swojej długiej karierze. To często utwory smutne, opowiadające o różnych fazach miłości (Piosenka z praniem w tle zaśpiewane wspólnie z Katarzyną Groniec, Taki tam grzech, To się nie uda , Nic na siłę), tematyce społeczno-politycznej (Nie powiem kto, Co to za film, Bida z nędzą), życiu grajka (Mecenat), ale znalazło się też miejsce na te trochę bardziej optymistyczne (Nie kokietuj, Ballada drobiowa, Siódma rano w sklepie). Na koniec dostajemy moim zdaniem rzecz najbardziej udaną czyli utwór Z tylu chmur napisany wraz z uczestnikami Przystanku Woodstock i będący od jakiegoś czasu jego hymnem. Niesamowita, krzepiąca i dodająca wiary pieśń w której Bukartykowi towarzyszy wokalnie kilku „Dzieci z Pola”, bo tak nazwano ów woodstockowy chór. Naprawdę cieszy, że w Polsce powstają tak dojrzałe, mądre i udane płyty jak "Tak jest i już".

czwartek, 28 marca 2013

Podsumowanie muzyczne 2012 roku: Miejsca 10-6

Dzisiaj druga część podsumowania muzycznego za rok 2012. Trzecia i najważniejsza wkrótce.


[camel]

10. Rihanna – Unapologetic
Ocena: 6.5/10


Rihanna, jedna z najbardziej popularnych obecnie gwiazd popu czasy swoich najlepszych płyt ma moim zdaniem za sobą. Po debiucie w wieku 17 lat i dość dużym hicie Pon da replay z 2005, przyszła pora na SOS, który promował jej następny album oraz płytę, która otworzyła worek z przebojami – "Good girl gone Bad" z Shut up and drive, Don`t stop the music, Rehab, Disturbia i przede wszystkim mega hitem Umbrella. Następnie, po traumatycznych przeżyciach wydała swoje opus magnum czyli album "Rated R", który mimo braku wielkich przebojów (może poza Russian Rulette i Rude Boy) okazał się rewelacyjnym materiałem. Kolejny album "Loud" to imprezowa petarda przynosząca hity takie jak Only girl (In the world), S&M, Cheers (Drink to that), Man down i California King Bed. Płyta nr 6 ("Talk that talk") okazała się najsłabszą w karierze, jednak mimo to przyniosła dwa wielkie hity We found love i Where have you been. Najnowszy album jest już lepszy, jednakże moim zdaniem nie ma na nim kandydatów na wielkie przeboje – promujące Diamonds to jeden z najmniej udanych singli w jej karierze. Jednakże całości słucha się dobrze i kilka piosenek wybija się ponad resztę – polecam zwrócić uwagę na Right now, Jump, Nobody`s business, No love alllowed oraz kończący album Lost In Paradise.

9. Ania – Bawię się świetnie
Ocena: 6.5/10


Tytuł przyciąga. Ania Dąbrowska bawi się świetnie? Jakoś nie pasuje. I faktycznie, po przesłuchaniu tytułowego kawałka okazuje się ile ironii jest w tym stwierdzeniu. Całość zaczyna się całkiem ciekawie - Nadziejka daje nadzieję, że będzie dobrze. Wspomniany utwór tytułowy, typowo 'Aniowa' piosenka również jest udana. Tak samo, jak jeden z jej najlepszych w karierze utworów czyli umieszczona pod numerem trzecim na płycie Sublokatorka. Następnie napięcie spada, otrzymujemy kilka raczej mniej niż bardziej udanych utworów. Pod koniec albumu Ania znów wraca do dobrych piosenek. W Na oślep zwracają uwagę klawisze na których oparty jest utwór. Nostalgiczne Jeszcze ten jeden raz zwracają uwagę świetnym tekstem i z pewnością zasilą szeregi przebojów Ani. Kończące całość Kiedyś mi powiesz jak chcesz żyć to udany finał i wzruszający tekst poświęcony zapewne dziecku Artystki. Reasumując kolejny album Ani nie jest tak udany jak jej debiut czy płyta "W spodniach czy w sukience?", jednak znajduje się na nim parę kawałków, które sprawiają, że nie można tej płyty zaliczyć do jakichś większych porażek. Tyle, że tym razem liczb utworów, które mi się podobają jest mniejsza niż na poprzednich wydawnictwach tej utalentowanej wokalistki.

8. Mela Koteluk – Spadochron
Ocena: 7/10


Mela Koteluk zaczynała od śpiewania chórków, aż w końcu postanowiła zwrócić na siebie oczy (i uszy) wszystkich nagrywając swój debiutancki album. Co na nim znajdziemy? Udane teksty zaśpiewane bardzo ciekawym, zapamiętywalnym głosem. Raczej w wolniejszych tempach, choć tytułowy utwór balladą nie jest i ma całkiem spory radiowy potencjał. W zestawie dwunastu piosenek wyróżnia się również singlowa Melodia ulotna, Stale płynne czy Nie zasypiaj, które moim zdaniem powinno album kończyć. Ciekawy jest także utwór otwierający całość Dlaczego drzewa nic nie mówią. Reasumując mamy kolejną dobrą polską wokalistkę, która nas może jeszcze nie raz zaskoczyć.

7. Maria Peszek – Jezus Maria Peszek
Ocena: 7/10


Każdy album Marii Peszek jest wydarzeniem, szeroko komentowanym w mediach. Tak było i tym razem, do czego przyczyniła się sama Artystka udzielając w 'Polityce' Jackowi Żakowskiemu wywiadu, w którym opowiadała m.in. o swojej depresji, przez którą przeszła zanim nagrała swoją trzecią w karierze płytę. Uwaga rozmaitych hejterów skupiła się właśnie na owym wywiadzie, którzy często krytykowali Peszkową, a nawet nie wiem czy przesłuchali dokładnie płytę. A jest to płyta udana, z tzw. „potencjałem”, jednakże poważna tematyka tekstów może niektórych od tego albumu odstraszyć. Maria śpiewa o ciężkiej miłości do ojczyzny (Sorry Polsko, Szara Flaga), tragicznej historii Amy Winehouse (Amy), swoim ateizmie (Pan nie jest moim pasterzem), braku chęci posiadania dzieci (Nie wiem czy chcę) czy swoich stanach depresyjnych (Nie ogarniam). Na tym tle wyjątkowo optymistycznie wypada pierwszy singiel z tego albumu czyli utwór Padam, w którym śpiewa „Jesteś rzeczą, która sprawia, że od razu się naprawiam, a na jedno Twoje „Tak” się naprawia świat”. Maria Peszek nagrała kolejną ważną płytę, do której może nie będę wracał tak często jak do "Miasto Manii", ale która na pewno zmusza do refleksji nad pewnymi ważnymi w naszym życiu sprawami.

6. Iza Lach – Off the wire
Ocena: 7/10


Po rewelacyjnym "Krzyku" wydanym jesienią 2011 roku Iza Lach nawiązała współpracę ze Snoop Dogiem, który postanowił wydać jej kilka kolejnych albumów. „Off the wire” jest pierwszym z nich. Płyta ukazała się w połowie wakacji ubiegłego roku i moim zdaniem właśnie letnią porą powinno się jej słuchać najlepiej – od niektórych utworów wprost bije pozytywna energia i optymizm (I can fell you, I Got ya back, Back In love czy przede wszystkim It`s summer again). Zaskakujące, że utwory w których wokalnie udziela się Pan Producent wypadają najsłabiej (Lost In Translation, Set it off czy utwór tytułowy). Całość kończy wyjątkowo udane Defend In love. Mamy więc kolejną ciekawą płytę panny Lach, ja jednakże z niecierpliwością czekam na jej trzeci polskojęzyczny album, który mam nadzieję, że wyda w nieodległej przyszłości.

środa, 13 marca 2013

Podsumowanie muzyczne 2012 roku: Wyróżnienia Specjalne

To będzie pierwsze w historii tego bloga podsumowanie muzyczne mojego autorstwa, wcześniej zestawienia swoich ulubionych płyt podjął się w 2009 roku [quid]. Podziwiam wszystkich dziennikarzy, którym chce się słuchać pięćdziesiąt czy nawet sto płyt z danego roku i z tej liczby wybrać dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści tych najlepszych. Ja przesłuchałem ich mniej, jednakże na tyle by móc wybrać swój Top Ten. Założyłem, że mogą się w nim znaleźć tylko długogrające płyty studyjne wydane w 2012 roku, ale nie sposób pominąć trzech wydawnictw, które nie mieszczą się w tej kategorii, a których moim zdaniem warto posłuchać.


[camel]

Brodka - LAX
Ocena: 7.5/10


Po wielkim sukcesie "Grandy" z 2010 Monika postanowiła wydać EPkę na którą złożą się dwa utwory oraz cztery ich remiksy. Pierwszy z nich - Varsovie stał się wielkim hitem ubiegłorocznych wakacji i zgodnie został uznany za jeden z najlepszych jej utworów. Drugi - Dancing Shoes stał się popularny głównie dzięki doskonałemu remiksowi dokonanemu przez formację KAMP!. Do obu zostały nakręcone znakomite teledyski. Ten do Varsovie pokazywał stolicę widzianą z perspektywy różnych warstw społecznych, a klip do zremiksowanego Dancing Shoes dział się na parkiecie tanecznym. Pozostałe remiksy zawarte na "LAX" są przyzwoite i umilają oczekiwanie na kolejny pełnowymiarowy album zdolnej laureatki 'Idola' sprzed dekady.

Blur - Parklive
Ocena: 8/10


Pierwszy koncertowy album Blur z prawdziwego zdarzenia zawiera koncert, który odbył się w Hyde Parku z okazji zakończenia Igrzysk Olimpisjkich w Londynie. Na repertuar koncertu składa się niemal połowa płyta 'Parklife' (z utworem tytułowym, Girls & Boys, This is a low i End of century na czele), pięć utworów z rewelacyjnej '13' (Tender, Coffee & TV, Caramel, No distance left to run, Trimm trabb), nie zabrakło miejsca również na ich największy hit czyli Song 2. Szkoda, że świetny 'Think Tank' reprezentuje tylko jeden utwór, ale za to jeden z najlepszych czyli singlowe Out of time. Świetna forma muzyków, szalejący po scenie Damon Albarn, nieprzebrane tłumy żywiołowo reagującej publiczności sprawiają, że koncert ogląda się znakomicie. I pozostaje mieć nadzieję, że równie dobrze zaprezentują się za niespełna cztery miesiące w Gdyni na Open`er Festival.

Coldplay - Live 2012
Ocena: 7.5/10


Koncertowy album Coldplay dokumentujący ich trasę promocyjną po wydaniu albumu "Mylo Xyloto". Na repertuar koncertu składa się zdecydowana większość piosenek z tej płyty oraz ich największe hity z poprzednich wydawnictw: Yellow, In my place, Clocks, God put a smile upon your face, Fix You, Viva la vida oraz Violet Hill. Gościnnie w utworze Princess of China wystąpiła Rihanna. Słucha się tego wszystkiego bardzo dobrze i trochę żałuję, że nie było mi dane ich widzieć podczas ich dwóch polskich koncertów. Może będzie jeszcze okazja.

wtorek, 5 marca 2013

Podsumowanie muzyczne 2012 roku: Zapowiedź

Już wkrótce trzyczęściowe podsumowanie płytowe za rok 2012, a teraz zapowiedź tegoż. Poniżej przedstawione teledyski reprezentują utwory pochodzące z albumów, które znalazły się w moim top ten.

[camel]





czwartek, 14 lutego 2013

Live 2012, część druga.

Dzisiaj druga część moich koncertowych wspomnień z 2012 roku. A z okazji dzisiejszego święta życzę dużo miłości!


PAŹDZIERNIK

Strachy na Lachy (7.5/10)


Na krótko przed zakończeniem działalności Pidżamy Porno, Grabaż założył nową formację – Strachy Na Lachy. O ile pierwsza ich płyta przeszła właściwie bez echa (choć zawierała m.in. hity „Mamy tylko siebie” oraz „Raissę”), to druga okazała się sporym sukcesem i zawierała świetne piosenki tak jak „Dzień dobry kocham Cię”, „Moralne salto”, własne wersję piosenek „Co się stało z Magdą K.” i „Czarny chleb i czarna kawa” oraz, moim zdaniem najlepszą, „Piłę tango”. Następnie zespół nagrał dwie płyty z coverami oraz następną autorską pozycję „Dodekafonię”. Katowicki koncert zapowiadał ich szósty album, wydany kilka dni temu „!TO”. Na repertuar koncertu złożyły się ich największe przeboje, z „Piłą tango”, „Żyję w kraju” (któremu udało się dotrzeć do pierwszego miejsca Trójkowej Listy Przebojów), „Twoje oczy lubią mnie” i „Dzień dobry Kocham Cię na czele”. Doskonale wypadła także ich wersja piosenki Jacka Kaczmarskiego „A my nie chcemy uciekać stąd” oraz nowy singiel "I can`t get no gratisfaction". Rewelacyjny kontakt Grabaża z publicznością, bardzo dobrze dobrany repertuar, świetna forma muzyków sprawiły, że ten koncert będę miło wspominał.

Hey (7.5/10)


Stało się tradycją, że Hey po wydaniu kolejnej płyty melduje się w Mega Clubie. Tak stało się i tym razem, szczecinianie zawitali do Katowic ze swoją nowa płytą „Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan”. Repertuar koncertu zawierał głównie utwory z „pobanachowego” okresu grupy – była więc „Cisza, ja i czas”, „A ty?”, „Faza delta”, „Missy seepy”, „Muka!”” i „Sic”, ze starszych zagrali oczywiście „Teksańskiego”, „Schisophrenic family”, „Fate” i „Zazdrość” oraz rzadziej graną „Moją i Twoją nadzieję”. Z najnowszej płyty najbardziej spodobały mi się piosenki „Do chorągwi”, „Podobno”, pierwszy singiel z płyty czyli utwór tytułowy oraz najnowszy utwór promujący album czyli „Co tam?”. W dwóch utworach z nowego albumu Kasia zaskoczyła grą na bębnie. Poza tym, to co zwykle – małomówna Kasia, zespół w świetnej formie i żywo reagująca publiczność. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. I dobrze.

GRUDZIEŃ

Brodka(8.5/10)


Od wydanie „Grandy” Brodka jest na fali wznoszącej. Wydana niedawno epka „LAX” tylko dobrą passę wokalistki podtrzymuje – „Varsovie” stało się przebojem lata, a „Dancing Shoes” w remiksie zespołu Kamp! ze znakomitym teledyskiem mogę spokojnie zaliczyć do najlepszych piosenek ubiegłego roku. Tym razem Monika zaprosiła na trasę zespół Paula i Karol. Szczerze mówiąc niezbyt dokładnie śledziłem ich występ czekając na Gwiazdę Wieczoru. Brodka zagrała podobny repertuar jakim uraczyła fanów półtora roku wcześniej, o którym możecie przeczytać tutaj. Oczywiście na tym koncercie wykonała dodatkowo „Varsovie” oraz „Dancing Shoes” w obu wersjach. Zabrakło „Dziewczyny mojego chłopaka” w nowej aranżacji oraz coveru Tanity Tikaram „Twist In my sobriety”, które znalazły się na poprzednim koncercie w Mega Clubie. Najlepsze jednak zostawiono na koncert – wykonania coveru Eurythmics „Sweet Dreams (are made of this)” oraz AC/DC „Highway to hell” gdzie za mikrofonem stanął Krzysiek Zalewski, a na scenę wyszedł cały skład osobowy tego wydarzenia czyli również Paula i Karol wzbudziły wielkim entuzjazm wśród publiczności, która dopisała, gdyż wykupiła wszystkie dostępne bilety na to wydarzenie. Pozostaje nam tylko czekać na następną płytę Moniki i jej kolejne koncerty.

Coma (6.5/10)


Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Comy, jednakże szanuję ten zespół. Kiedy usłyszałem więc od kolegi, że Coma rusza w jubileuszową trasę, świętującą 15-lecie powstania bandu postanowiłem się pojawić na katowickim koncercie. Koncercie nietypowym, gdyż na scenie znalazło się wielkie koło, które decydowało, które piosenki usłyszymy. Były największe hity – „Leszek Żukowski”, „Na pół”, „Czas globalnej niepogody” i „Daleka droga do domu” czy „System” . Były i utwory które hitami, chociażby ze względu na swoją długość, być nie mogły, ale są bardzo cenione przez fanów jak „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków”, ich tytułowy utwór z drugiego albumu. Znalazło się także miejsce na cover zespołu Raz Dwa Trzy „Nikt nikogo (i tak warto żyć”). Wszystko wykonane na poziomie, z dużą energią i bardzo dobrze śpiewającym Piotrem Roguckim.

Grzegorz Turnau i Jacek Królik (8/10)
Grzegorz Turnau poza recitalami ze swoim pełnym składem koncertowym oraz występami z Andrzejem Sikorowskim zatytułowanych „Pasjans na Dwóch” od czasu występuje ze swoim gitarzysta Jackiem Królikiem na koncertach zatytułowanych „Wieczór Sowich Piosenek”. Ze względu na mały skład wieczory te są bardziej intymne i kameralne od tych, w których Grzegorzowi towarzyszy cały zespół. Na repertuar chorzowskiego koncertu poza swoimi największymi hitami takimi jak „Na plażach Zanzibaru” (w którym przekonująco naśladował Sebastiana Karpiela-Bułeckę), „Naprawdę nie dzieje się nic” czy „Uno momento mortis” znalazło się miejsce na wiele coverów: Billy`ego Joel`a („She`s always a woman”), Marka Grechuty („Motorek”, „Historia jednej podróży”) czy Kabaretu Starszych Panów („Moja dziewuszka nie ma serduszka”). Świetna forma muzyczna obu panów, dobór repertuaru i wspomniany już specyficzny nastrój koncertu sprawiły, że mogę polecić „Wieczory Swoich Piosenek” wszystkim miłośnikom poezji śpiewanej i Grzegorza Turnaua.

Ścianka (8.5/10)
Kiedy nic nie zapowiadał się, że zobaczę Ściankę w najbliższej okolicy (koncert, który miał się odbyć w Katowicach w grudniu został przełożona na luty, a ostatecznie ma się odbyć dopiero w maju) postanowiłem się wybrać do Krakowa. Zespołu na żywo nie widziałem od 4,5 roku tak więc bardzo czekałem na możliwość zobaczenia ich na żywo i usłyszenia utworów w zapowiadanego od dawna dwupłytowego wydawnictwa „Come November”, którego premiera jest ciągle przekładana. W „Magazynie Kultury” panowie dali znakomity koncert, złożony wyłącznie z premierowych koncertów, z wyjątkiem znanego z albumu z remiksami utworu „Shifting the day for tommorow” zagranego na bis. Pozostaje nam tylko czekać na nowy album, który przecież kiedyś musi się ukazać.

Myslovitz (8/10)


Ubiegły rok był dla Myslovitz bardzo trudny. Odejście Artura Rojka z zespołu stawiało pytanie jak panowie poradzą sobie bez tak charakterystycznego, obdarzonego specyficznym głosem frontmana. Szczerze mówiąc niezbyt podobała mi się (i chyba wielu fanom też) wizja zespołu bez Rojka, jednakże trudno to stwierdzić nie widząc jak nowy wokalista Michał Kowalonek radzi sobie na koncertach. A na katowickim koncercie poradził sobie bardzo dobrze. Widać było radość z grania oraz pozytywny odbiór publiczności, który sprawił, że panowie dali prawie trzygodzinny koncert, na który złożyło się aż 30 piosenek ze wszystkich płyt zespołu. Najwięcej piosenek pochodziło z bestsellerowego albumu „Miłość w czasach popkultury” (m.in. „Długość dźwięku samotności”, „Chłopcy”, „Nienawiść”, „Alexander”), ale zagrali także „Nocnym pociągiem aż do końca świata”, „Good day my angel”, „Scenariusz dla moich sąsiadów”, „Życie to surfing”, zmienioną „Peggy Brown”, „Blog Filatelistów Polskich” oraz wiele innych mniej i bardziej znanych utworów. Znalazło się także miejsce na nowy przebój zespołu, pierwszy nagrany z Kowalonkiem czyli „Trzy sny o tym samym”, do którego nakręcono ciekawy teledysk dziejący się w zimowej atmosferze. Koncert w Mega Clubie utwierdził mnie w przekonaniu, że Myslovitz 2.0 ma sens i warto czekać na ich nowy album, który premierę ma mieć jeszcze przed wakacjami.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Live 2012, część pierwsza.

Jako, że w ubiegłym roku - poza wspomnieniami Dominiki z koncertu Myslovitz - nie było na krockusie relacji z koncerów postanowiłem zrobić zbiorczy materiał o wszystkich koncertach, które widziałem w 2012 roku. Dzisiaj część pierwsza, wkrótce kolejna. A pod koniec miesiąca spodziewajcie się mojego pierwszego na tym blogu podsumowania płytowego.


LUTY

Mikromusic (8.5/10)


Dokładnie rok temu w moim ulubionym katowickim klubie „Katofonia” miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć Mikromusic. Karierą zespołu interesuję się od czasu gdy w 2005 roku ukazał się ich pierwszy singiel „Dobrze jest”. Bardzo podobała mi się ich druga płyta „Sennik”, która zawierała tak udane piosenki jak „Słonecznik”, utwór tytułowy, „Burzowa” czy „Kardamon i pieprz”. Koncert w Katofonii opierał się głównie na utworach z tej płyty oraz trzecim album wrocławian zatytułowanym „Sova”. Zabrzmiały więc ich najlepsze utwory z „Dobrze jest”, „Burzową”, „Pociągiem do domu”, „Niemiłością 2” czy wydłużonym, zagranym na finał „Kardamonem i pieprzem”. Znakomici instrumentaliści (z gitarzystą Dawidem Korbaczyńskim na czele) oraz urocza, dysponująca delikatnym i pięknym głosem wokalistka Natalia Grosiak sprawiły, że mój pierwszy koncert wrocławian uznaje za wyjątkowo udany. I z niecierpliwością czekam na nowy album zespołu „Piękny koniec”, który ukaże się pod koniec tego miesiąca.

Grupa MoCarta (7/10)
Kilka razy do roku zdarza mi się odwiedzić filharmonię – to całkiem niezły wynik, zważywszy, że statystyczny Polak odwiedza to miejsce raz na sto kilkadziesiąt lat. Grupę MoCarta większość z Was zna, chociażby z telewizji, gdzie często można ich spotkać w programach kabaretowych. Ich występy oparte na połączeniu muzyki klasycznej z kabaretem zazwyczaj podobają się publiczności, tak było i tym razem. Wypełniona hala, śmiechy w trakcie występu oraz gromkie oklaski po skończonym koncercie są tego najlepszym dowodem

MAJ

Fisz Emade (5/10)


Na koncerty Fisza chodzę od dobrych kilku lat. Zainteresowałem się nimi gdy odeszli od stereotypowo pojętego hip-hopu na rzecz muzyki bardziej eksperymentalnej. Świetna wówczas była ich forma koncertowa , grali z „żywymi" instrumentami, wraz z zespołem Tworzywo Sztuczne, a ich wytępy przyciągały nie tylko fanów hip-hopu, gdyż dużo na nich było rocka i improwizacji. Aktualnie Tworzywo Sztuczne zmieniło nazwę na Tworzywo ze względu na całkowitą zmianę składu – poza Fiszem i Emadem; m.in. gitarzystą został, znany z Kim Nowak, świetny Michał Sobolewski. Juwenaliowy koncert promował ich ostatnia płytę „Zwierzę bez nogi”, która była powrotem do „czystego” hip hopu, który mniej preferuję od ich bardziej eklektycznych albumów (z „F3” i „Wielkim Ciężkim Słoniem” na czele) tak więc koncert zaliczam do mniej udanych. I czekam na tak dobry album jak choćby „Heavi Metal” z 2009 roku.

WRZESIEŃ

Iza Lach (7/10)


Iza zachwyciła mnie swoim drugim albumem „Krzyk” wydanym w październiku 2011 roku i tylko czekałem aż będę miał okazję zobaczyć ja na żywo. Taka okazja nadarzyła się podczas imprezy „Kocham Katowice” czyli urodzin miasta. Bardzo fajna lokacja koncertu – Stary Dworzec Kolejowy i obawa, czy w ogóle uda mi się wejść do środka, gdyż nie posiadałem (jak większość osób zgromadzonych przed miejscem koncertu) darmowej wejściówki. Na szczęście udało mi się znaleźć wewnątrz i posłuchać niespełna godzinnego koncertu łodzianki. Na repertuar złożyły się utwory z „Krzyku” oraz płyty nagranej ze Snoop Dogiem „Off The Wire”. Najbardziej ucieszyła mnie obecność w koncercie utworów „Futro”, „Wydaje mi się” oraz „Yellow Brick Road”. Zabrakło mi utworów z debiutanckiej płyty, trochę za dużo było ballad i utworów w języku angielskim, jednakże koncert uznaje za udany i z niecierpliwością czekam na kolejny polskojęzyczny album Izy.

Kayah (7/10)
Aż dziwne, że jeszcze nigdy nie udało mi się zobaczyć koncertu Kayah. Po kilku nagranych albumach, z których największy sukces odniosła jej współpraca z Goranem Bregovicem na albumie „Kayah i Bregovic” (wielkie hity „Śpij, kochanie śpij” i „Prawy do lewego”) Artystka założyła wytwórnie płytową Kayax, w której wydaje i promuje płyty Smolika, Noviki, Marii Peszek czy Zakopowera. Na katowickim koncercie zagrała przekrojowo – było „Na językach”, „Testosteron”, „Śpij, kochanie śpij”, „Byłam różą”. Największe wrażenie zrobiła jednak hardrockowa wersja „Prawy do lewego”, która sądząc po reakcji publiczności podobała się nie tylko mi.

PAŹDZIERNIK

Anathema (4/10)
W październiku w katowickim Mega Clubie wystąpił angielski zespół Anathema. Początkowo zaczynali jako zespół grający doom metal, w ostatnich latach jednak zwrócili się w stronę spokojniejszego grania i zaliczani są do nurtu art rockowego. Niestety, skupili się na graniu tych mniej żywiołowych piosenek, w związku z czym był to koncert raczej tylko dla fanów. Wolałbym, żeby zagrali bardziej energetycznie ponieważ ponad dwu godzinny koncert złożony praktycznie z samych ballad był dość monotonny.

czwartek, 31 stycznia 2013

Roczne podsumowanie filmowe. Styczeń-Grudzień 2012, część druga

Moje cztery ulubione filmy kinowe roku 2012. Niestety, nie udało mi się zobaczyć "Pokłosia" i "Jesteś Bogiem", które - sądząc po recenzjach i frekwencji - mogłyby zająć wysokie miejsce w tym rankingu.


[camel]

4. Yuma (7.5/10, sierpień)
Akcja filmu rozgrywa się w miasteczku przy naszej zachodniej granicy, kilka lat po upadku komunizmu w Polsce. Zyga (świetny Jakub Gierszał) ma dość polskiej szarzyzny i postanawia udawać się na tytułowe ‘jumy’ – czyli drobne kradzieże w Niemczech. Jego towarzyszami zostają Kula (Krzysztof Skonieczny) i Młot (Jakub Kamieński). Pomaga mu także ciotka Halinka (w tej roli Katarzyna Figura). Wszystko idzie dobrze do czasu gdy zainteresują się nimi rosyjscy gangsterzy pod wodzą Opata (Tomasz Kot) oraz niemiecka policja, która postanawia walczyć z plagą kradzieży. Film będący połączeniem kilku gatunku ogląda się dobrze, a zwłaszcza grę aktorską Jakuba Gierszała, który po rolach we „Wszystko, co kocham” i „Sali samobójców” po raz kolejny udowadnia swój talent. Bardzo przekonująco w roli demonicznego gangstera wypada również Tomasz Kot.

3. Supermarket (8/10, grudzień)


Sylwester. Jubiler Michał Warecki (Tomasz Sapryk) wraz z żoną Bogusią (Izabela Kuna) jadąc na imprezę postanawiają zatrzymać się w supermarkecie, by kupić szampana. Po powrocie do samochodu okazuję się, że do ich auta, ktoś się włamał i ukradł akumulator. Warecki wraca więc do sklepu, gdzie zostaje przyłapany przez Himka (Mikołaj Roznerski) na kradzieży. Gdy zostaje przeszukany przez ochroniarzy okazuje się, że skradł tylko…czekoladowego batonika. Dla szefa ochrony Jaśmińskiego, który dostał polecenie od kierownika supermarketu (w tej roli Przemysław Bluszcz) to za mało. Rozpoczyna się spirala zdarzeń, po której już nic nie będzie takie samo. Wciągający thriller, rozgrywający się w jednej lokacji – a ja bardzo lubię takie filmy. Świetny debiut na dużym ekranie Mikołaja Roznerskiego, jak zwykle udana kreacja Mariana Dziędziela oraz mała, choć udana rola Justyny Schneider.

2. Rzeź (8.5/10, styczeń)


Współczesny Nowy York. Dwie pary: Nancy (Kate Winslet) i Alan (Christoph Waltz) oraz Penelope (Judie Foster) i Michael (John C. Reilly) spotykają się, by przedyskutować bójkę swoich dzieci. Początkowo rozmowa przebiega w pokojowej atmosferze, z czasem jednak przeradza się w kłótnie pełną złośliwości i oskarżeń. Film, zrealizowany na podstawie sztuki Yasminy Rezy „Bóg Mordu”, cały czas dzieje się w jednym miejscu i jest oparty w całości na dialogach bohaterów jednakże dzięki wspaniałej grze aktorskiej widz nie nudzi się ani chwilę. Roman Polański nadal w formie.

1.Lęk Wysokości (9/10. Lipiec)


W fabularnym debiucie Bartosza Konopki (nominowanego do Oskara za dokument „Królik po berlińsku”) opowiada historię dziennikarza telewizyjnego Tomka (Marcin Dorociński) oraz jego chorego psychicznie ojca (Krzysztof Stroiński). Dotychczas relacje ojca z synem nie były najlepsze – w dzieciństwie wyrzucił on Tomka i jego matkę z domu, tak więc wizje opieki nad ojcem przyjmuje z niechęcią. Z czasem, powoli starają się odbudować dobre relacje między sobą. Rewelacyjny film głównie dzięki mistrzowskim kreacjom Dorocińskiego i Stroińskiego, którzy swoje role grają wyjątkowo sugestywnie. Zdecydowanie polecam, jednocześnie ostrzegając co wrażliwsze osoby – film pozostaje w głowach jeszcze długo po projekcji.