GRA MUZYKA

czwartek, 31 grudnia 2009

PODSUMOWANIA DEKADY cz.2 Artyści/Zespoły 2000-2009

[camel]


W ostatni dzień starego roku z najlepszymi życzeniami na rok kolejny przedstawiam listę zespołów i artystów, których najbardziej ceniłem w mijającej dekadzie.

POLSKA


1. Ścianka / Maciej Cieślak


2. Cool Kids Of Death
3. Myslovitz / Artur Rojek
4. Hey / Kasia Nosowska
5. Leszek Możdżer
6. Łona / Fisz
7. Sidney Polak / Muchy
8. Maciej Maleńczuk / Homo Twist / Pudelsi
9. Lenny Valentino
10.Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach / The Car Is On Fire / T.Love

ŚWIAT



1. Damon Albarn / Blur / Gorillaz


2. Placebo / Brian Molko
3. Alanis Morissette
4. Nelly Furtado
5. Radiohead
6. Rihanna
7. Editors
8. Björk
9. Britney Spears / Christina Aquilera
10.Coldplay

środa, 23 grudnia 2009

Ścianka - Białe wakacje (2002)

Filip o najlepszej jego zdaniem płycie Ścianki.




[filip szałasek]
ocena: 7.5/10


Trzeba było trochę poczekać zanim pojawił się materiał, który można zestawiać z "Białymi wakacjami". Po siedmiu latach od wydania tego albumu szczęśliwie rozwiązał się woreczek z całą masą apologetów wakacji i lata. Jeśli umówić się, że revival kasety, glo-fi, low-fi pop, shitgaze'y, a przecież i baleary, poruszają problem pamięci i potencjału jaki prezentuje sobą brzmienie jako inhibitor wspomnień, to Ścianka zastanawiała się nad tym wcześniej i od momentu wydania "Białych wakacji" nikt na serio tego tematu w polskiej muzyce nie poruszył. Były podejścia do kwestii dzieciństwa, ale w perspektywie znanej już z rodzimej kinematografii: nieuzasadnienie traumatyczne i przaśne aż do rumuństwa. Lenny Valentino odkształca trochę ten obraz, ale, no cóż, w składzie był element Ścianki a wyjątek to żaden kontrargument dla smutnej reguły.

W ramach niefrasobliwego, potocznego ujęcia muzyka to coś, co ma relaksować, nie sprawiać problemu i, uogólniając na potrzeby, te założenia spełnia Washed Out, Air France, Toro Y Moi i wiele innych nowych pozycji dotykających tematyki lata, wakacji i szerzej: atmosfery zapomnienia (nie hedonizmu jednak, bo nostalgia). Wszystkie te płytki, jeśli darować sobie lans na określanie potencjalnych granic definicji popu, można spokojnie rozumieć w ich funkcjonalności jako chill-outy czy downtempa. Ci twórcy chcą odprężać ewokując zapomnienie i eksplorując całe spectrum odpowiednich konotacji i symboli: od akwatycznych ornamentacji, przez dystorcje będące reminiscencją zniekształconych przez czas wspomnień, po urzekająco proste melodie i rytmy, odsyłające ku wybiórczej, symplifikującej pamięci dyskotek w kurortach, plaż, słonecznych cętek tańczących na wodzie lub wśród liści. Ścianka ze swoimi "Białymi wakacjami" wpisuje się w ten zestaw stereotypów, a raczej precyzyjniej: wpisała się już, "trochę" wyprzedzając eksplozję i jedynie przez odmienność gatunkową nie narzuca się jako zapomniany, prowincjonalny pionier. Powiedzmy, że jest jeszcze jedna różnica w tematyce: mocny akcent pada na "Białych wakacjach" na drogę, przemieszczanie się. Ale przecież do tych aktualnie poruszanych pejzaży (Ibiza, Kalifornia, cokolwiek) też trzeba podróżować, do tego zawsze tylko goniąc fantom, bo przecież nie mówimy o konkretnych lokacjach, a o geografii pamięci i skojarzeń, a może nawet i o micie wyobraźni.

Nie da się interpretując "Białe wakacje" pominąć literackich tropów. Najbardziej narzucającym się jest tytuł Harfa traw dzielony z opowiadaniem Trumana Capote. Klimat obu tych utworów jest zbliżony w posługiwaniu się prześwietlonymi, mlecznymi barwami zacierającego się wspomnienia oraz prostotą stanowiącą jedyne rozwiązanie dla ominięcia pretensjonalnych zniekształceń relacji ze słabo uchwytnej werbalnie materii pamięciowej. U obu mamy też interesująco przeprowadzoną metaforykę: poszczególne przenośnie można traktować dosłownie, bez ujmy dla sensowności. Interpretację warto przeprowadzać dopiero na całości utworu skupiając uwagę na intuicyjnym wrażeniu odsyłającym prosto do topiki opuszczenia cywilizacji i jej rygorów oraz odparcia wymogów zespołu cech, które nazywamy "dojrzałością". Jeśli używać tu koła hermeneutycznego to zastępując etap "od szczegółu do ogółu" ruchem "od intuicji/wyczucia-symbolu do ogółu". Letnia symbolika zresztą nie wyczerpuje się na tym jednym utworze, przenikając całe "Białe wakacje" - mglista biel melodyki, rockowe (mikronoise'owe, mikrogarażowe?) przybrudzenia gitar elektrycznych, płynność akustyków i wokali, za równo z hasłowymi lirykami - wszystko to jedno, nawet w dopełniających całość obrazu miniaturach ambientowych czy w wyraźniej jesiennie zorientowanych balladach.

Można dalej rozpatrywać ten album w takich kategoriach, co ujawnia tylko jego żywotność. Ostatecznie rzadko zdarza się, aby obrany do komparatystyki materiał musiał czekać na pojawienie się elementu, z którym można by go zestawiać, a i to tylko na bazie analogii interliterackiej, czyli skupiając się nie na podobieństwach formalnych czy wspólnym źródle genetycznym, ale na samej tematyce i funkcji dzieła. Po stronie zaś odbiorcy, tego ww. niefrasobliwego, potocznego ujęcia, można ująć "Białe wakacje" słuchane w 2009 roku mniej więcej tak: jeśli chcesz nadążać za najnowszymi trendami, rozumieć, co lansują obecnie serwisy muzyczne i odnieść to do własnego podwórka, musisz znać "Białe wakacje" właśnie.

Szczególnie, że po latach można już "Wakacje" postrzegać odwrotnie do ich recepcji rozpowszechnionej bezpośrednio po premierze: przede wszystkim jako rzecz od początku do końca słuchalną w przeciwieństwie do "Dni wiatru" (5/10) i "Statku kosmicznego" (4/10), i zawsze aktualną, bo nie obarczoną statusem debiutu, eksperymentu czy reaktywacji jak "Pan Planeta" (5.5/10). Nawet jeśli jest to zbiór utworów, które nie zmieściły się na wcześniejszych płytach Ścianki, nie umniejsza to ich wartości, otwierając raczej kolejną płaszczyznę krytycznego odbioru całokształtu twórczości tego interesującego zespołu. "Białe wakacje" to ani debiut, ani eksperyment, ani reaktywacja, więc chyba właśnie normalna płyta Ścianki wbrew pozorom i szkoda, że ostatnie dokonania tego projektu nie rokują powrotu do tego, co wyszło im tak naturalnie.

piątek, 18 grudnia 2009

Nie boję się o nich... czyli Hey w katowickim Mega Clubie, 17 grudnia 2009



[camel]
ocena: 8.5/10


Hey w Mega Clubie equals świetny koncert i duża doza emocji ujawniająca się wśród publiczności tych wydarzeń w różnoraki sposób, których tu nie będę opisywał. Zdaje sobie sprawę też, że dla osób w wieku młodszym niż ten, w którym ja jestem obecnie emocje mogły być jeszcze większe.

Ten koncert różnił się od innych w tym miejscu (i nie tylko w tym, grają tak podczas całej trasy), że Kasia z kolegami z zespołu przedstawiła na początku cały ostatni album. Od Vanitas po Nie Więcej, kawałek po kawałku. Z tej części wyróżniały się rozbudowany Vanitas, oraz dwie pozostałe kompozycje z mojego ulubionego tryptyku na MURPie czyli Umieraj Stąd plus Faza Delta - na żywo jeszcze lepsze niż na płycie, utwór tytułowy z przepięknie wykrzyczanym przez Katarzynę refrenem, Boję się o nas (następny singiel jednak? Chciałbym) oraz ultraprzebojowe dla mnie Kto tam? Kto jest w środku? - ułyszeliśmy tę piosenkę jeszcze po koncercie w ciekawym mixie, które - wnosząc po chóralnym spiewaniu zmierzającej ku szatni publiki - spodobały się.

Nie to jest najważniejsze jednak - w drugiej części koncertu usłyszeliśmy m.in. Cudzoziemkę w raju kobiet, Mukę, Heledore Babe i WCZESNĄ JESIEŃ, W imieniu dam, Antibę, oraz Że... Ukłon w stronę wiernych słuchaczy Heya, za którego się uważam i za te piosenki zespołowi dziękuje najmocniej. Ostatnim utworem podczas trzypiosenkowego bisu, znowu przypomnienie z "?" - Je-Ło. Coż, cytując słowa tego tracka 'to zawsze działa'. Wpomagający na klawiszach Krzysztof Zalewski sprawdził się dobrze. To co Kasiu, Pawle, Marcinie, Robercie, Jacku i Krzyśku - kiedy ponownie odwiedzicie katowickie Mega? Mam nadzieję, że już za rok.

ps. Hatifnatsy na supporcie. OK, było Walking in the dark więc szacun. Choć ten wokal... (wiem, podstawowy zarzut dotyczący warszawiaków, ale co zrobić skoro nie mogę się do niego przyzwyczaić).

poniedziałek, 7 grudnia 2009

No escape in gravity... czyli relacja z listopadowych koncertów Placebo oraz Editors

Iris relacjonuje warszawski koncert Placebo oraz krakowski Editors. Czytania sporo. Emocji w tekście zawartych również. Zapraszam do lektury osobiście żałując, że nie mogłem być 19 listopada na Torwarze oraz 25 w Studio.



[iris]

oceny:
Placebo 10/10
Editors 7/10



Dwa koncerty w ciągu tygodnia - dawno tak nie było...
Dwa klubowe koncerty międzynarodowych gwiazd (jak ja nie lubię tego słowa...) w ciągu tygodnia - tak nie było jeszcze nigdy. Na oba czekałam długo i z utęsknieniem. Na oba bilety kupiłam w dniu, w którym pojawiły się w sprzedaży. Na obu też miałam nadzieję się wywrzeszczeć i wyskakać. Plany udało się zrealizować, a mnie na okoliczność obu imprez nasunęły się różnego rodzaju wnioski.

Placebo




W kwestii zespołu Placebo mój wszelki obiektywizm zalewając się łzami odchodzi w siną dal. Kocham ich tak samo mocno, jak dawno temu ich niecierpiałam. O ich koncercie wypowiadałabym się z westchnieniami co drugie słowo, nawet gdyby Brian Molko fałszował i śpiewał "Wlazł kotek na płotek" po niemiecku (niczego gorszego nie potrafię sobie wyobrazić - proszę mi wybaczyć...). W kwestii show, jakie dali na warszawskim Torwarze w tym roku mam ten komfort, że nie muszę ich w żaden sposób usprawiedliwiać ani też na nic przymykać oczu. To niewątpliwie jest ich czas. Płyta "Battle for the Sun" przyniosła im największy dotąd sukces i myślę, że stało się tak nie bez przyczyny. Nie chodzi mi tutaj wcale o fakt, że to album przystępny, bogaty instrumentalnie, melodyjny. To przede wszystkim album prawdziwy. Ja przynajmniej nie węszę w nim żadnej ściemy pod publiczkę. Można drwić z ich przejścia na stronę światła, ale każdy chyba, kto 19 listopada był na Torwarze, przyzna, że dobrze się stało. O tym jednak z chwilę.

Większość kawałków granych podczas tej trasy pochodzi właśnie z ostatniego albumu. Na żywo bronią się doskonale, czemu trudno się dziwić zważywszy na fakt, że to w większości żywiołowe kawałki idealne do skakania, krzyków i chóralnych odśpiewów. Ode mnie tej materii dwa wyróżnienia: "Ashtray Heart" oraz "Bright Lights" z dodatkowym chórkiem pod koniec. Natomiast trochę szkoda, że wolniejsze utwory z tego albumu - moje ukochane "Happy You're Gone" oraz wymarzone przez publikę na wszystkich kontynentach "Kings of Medicine" nie załapały się do setlisty. Ze starszych piosenek ciągle pojawia się dużo tych z "Meds" i choć album nie należy absolutne do moich faworytów, to jednak na koncercie nie mam do nich zastrzeżeń. Tytułowy kawałek brzmi absolutnie genialnie - dramatyzm i schizofreniczne emocje zamknięte w klamrze totalnej melancholii. Mój numer jeden z tej płyty Infra-red wywołuje natomiast dreszcz zakazanej przyjemności na myśl o wszelkiego gatunku zemście.

Repertuarowo na szczególną uwagę zasługują utwory przearanżowane. Półkustycznie zagrane "Because I Want You" to zupełnie nowa jakość - z dość moim skromnym zdaniem ciężkostrawnej i przeciętnej piosenki stało się utworem, przy którym pod powieką może zakręcić się łza. Jednak to "Twenty Years" w wersji funky jest moim absolutnym faworytem wieczoru. Nie muszę mówić, że to generalnie doskonały utwór ze świetnym tekstem, ale tutaj wzbogacony bujającym bitem, zaśpiewany bardziej dynamicznie (z bezkonkurencyjną linią wokalu w drugiej części - you're the truth not i, not i!!!) zabrzmiał z nową siłą. Ku radości tłumów, w tym mojej szczególnej, zagrali także utwór wyłącznie koncertowy, który od czasu do czasu pojawia się na tej trasie - "Trigger Happy". Ta piosenka przywołuje w pamięci Placebo sprzed lat. I w tym wypadku (wyjątkowo!) kupuję nawet zaangażowany społeczno-politycznie tekst - bo napisany z pomysłem i trudno się z nim nie zgodzić.

Wiadomo jednak, że w koncertach nie chodzi tylko o muzykę. Liczy się także energia, czy jakkolwiek to nazwać - atmosfera lub klimat na przykład. Przy tej właśnie okazji - uważam - potwierdza się sens ich przejścia na jasną stronę mocy. Teraz grają dla ludzi i z wyraźną przyjemnością. Widać, że polską publiczność lubią bardzo, ale to nie o sympatię chodzi. Molko hipnotyzuje osobowością. Przestał być, co prawda uroczą, ale rozkapryszoną primadonną. Żartował z publicznością, cały czas dało się odczuć rewelacyjny kontakt między sceną a dosłownie szlejącą widownią, która została przez Briana skomplementowana określeniem fucking amazing.
Trochę już się naczytałam opinii na temat tego koncertu. Dla porównania obejrzałam także sporo materiałów z innych w czasie tej trasy i mogę z czystym sumieniem ocenić torwarowy popis Placebo bardzo wysoko. I być może znajdą się tacy, którzy się ze mną nie zgodzą, bo chcieli więcej, lepiej, bo ochroniarze nie dawali wody, a krótkometrażowe filmy prezentowane przed suportem nie zrobiły na nich wrażenia (na mnie zrobiły, żeby nie było niedomówień, mam nawet swoje ulubione), ale ja stojąc w sześcioipółtysięcznym tłumie, będąc na nogach jakieś 8 godzin i momentami zacięcie walcząc o swój skrawek barierki miałam wrażenie, że jestem na kameralnym koncercie, a oni grają tylko dla mnie. Pewnie nie ja jedna... Jeśli zespół potrafi stworzyć taką atmosferę w zapchanej po brzegi hali, to moim zdaniem są mistrzami. Amen.

Editors




Editors są zespołem ważnym dla mnie o tyle, że odkryłam ich sama niedługo po tym, jak ukazała się ich debiutancka płyta "The Back Room". Od tamtego momentu zapałałam do nich uczuciem równie silnym, co niezmiennym do dziś. Na koncert przyszło mi trochę poczekać, bo choć pojawiali się w Polsce niejeden już raz, mnie było ciągle nie po drodze.. Przyjazdu jednego z moich ulubionych zespołów do Krakowa nie mogłam jednak przegapić.

Przepełniona świeżymi wrażeniami z Placebo stanęłam jak wryta, kiedy o osiemnastej przed klubem Studio zobaczyłam osiem osób. W pierwszej chwili pomyślałam nawet, że chyba musiałam coś pomylić. Po półgodzinie stania rozbolał mnie kręgosłup. Trudno - pomyślałam - nie codziennie jest święto, w moim wieku dziwne jest, kiedy nie boli (oj tam, oj tam - dop c.). Paląc jednego papierosa za drugim przestępowałam z nogi na nogę. Czas dłużył się okropnie, pojedyncze osoby sunęły powoli w kierunku klubu. Drzwi miały być otwarte o wpół do siódmej, komuś z organizatorów godzina w jedną czy drugą stronę nie robiła jednak najwyraźnej żadnej różnicy, bo piętnaście minut później nic nie wskazywało na to, żebyśmy mieli gdziekolwiek zostać wpuszczeni. Uformowała się niezła kolejka, a wśród czekających znalazł się malkontent z tych, którzy zapłacili, więc im się należy. Zrobił ochroniarzowi awanturę, że marznie. Nic nie wskórał i tak drzwi główne otworzyli o siódmej, a te do sali koncertowej jakiś kwadrans po. Kto zna Studio, ten wiem, ile miejsca jest w przedsionku. całe szczęście, że nabywanie oświadczenia dużej sardynki w maleńkiej puszeczce nie trwało długo... Dzikim biegiem dopadłam barierki i gdzieś na marginesie umysłu pojawiło mi się lekkie zdziwienie, że pies z kulawą nogą nie zainteresował się galopującym przez salę tłumem. Mieliśmy szanse dokonać wzajemnie na sobie masakry kopytami...

Stanie pod barierką jeszcze przez ponad pół godziny doprowadziło mnie na skraj rozpaczy, bo strzykało mnie w biodrze i chciało mi się pić, kręgosłup zaś nie przestawał alarmować. Mężnie wytrwałam. Suporty były dwa, ale o nich zbiorczo na końcu. Ważniejsze w tej chwili, co działo się w przerwach. Na scenę wkraczała horda uroczych panów, którzy wnosili, wynosili, montowali, rozkręcali, sprawdzali, przyklejali i trwało to wszystko wieki całe. Trudno co prawda mieć pretensje, bo scena w Studio ma ograniczone gabaryty i nie dało się sprzętu rozstawić zawczasu, ale atmosfera skutecznie pryskała, kiedy popisy muzyczne zastępowane były mechaniczno-monterskimi.

Wszystkie te drobiazgi nie zraziły mnie jednak. Wykończona i lekko zdesperowana czyhałam na posterunku. W końcu wyszli na scenę. Zaczęli od intro nowego albumu - tytułowego kawałka "In This Light and on This Evening". Mnie nie poruszył, ale tak się ucieszyłam, że ich widzę na żywo, że nawet nie zwróciłam na ten fakt specjalnie uwagi. Potem było już tylko lepiej. Kawałki z nowej płyty zgrabnie wymieszane z tymi z dwóch wcześniejszych. Zagrali wszystkie moje ukochane piosenki - zarówno te znane: "An End Has a Start", "Blood", "Munich", "Smokers Outside the Hospital Door", czy królująca obecnie w rozgłośniach "Papillon", ale przede wszystkim te mniej popularne, jak "Escape the Nest" i "Camera". Ten ostatni utwór jest moim numerem jeden w ich dorobku i to, jak zabrzmiał na żywo, wywołało we mnie jedyny tego wieczoru dreszcz.
Mówiąc zupełnie szczerze, to był bardzo dobry koncert. Tom Smith to świetny wokalista, choć mnie trochę razi jego bardzo specyficzne, przesadnie dramatyczne być może, zachowanie na scenie. Taka teatralność może przeszkadzać. Bo tak naprawdę teoretycznie wszystko było - dobra muzyka, rozszalała publiczność, nieśmiałe zagadywanie tłumu przez wokalistę, ale w praktyce miałam wrażenie, że brakuje w tym prawdy; że to raczej taki teatrzyk, w którym wszyscy odgrywamy przypisane nam role. Odgrywaliśmy dobrze - zarówno zespół, jak i publiczność, ale co z tego, kiedy pozostawała świadomość, że to wszystko na niby; że to zaangażowanie zostało starannie wyreżyserowane. Nie wyszłam rozczarowana. Ale też nie wyfrunęłam z klubu' 'Studio' na skrzydłach wrażeń.

Jedno trzeba powiedzieć jasno - gdyby nie złożyło się tak niefortunnie, że Editors zobaczyłam na żywo niecały tydzień po obejrzeniu Placebo, moje wrażenia pewnie byłyby inne. Stało się jednak tak, a nie inaczej. Doceniam fakt, że tych pierwszych mogłam zobaczyć w klubie na 1200 osób, co pewnie stanowi ewenement i nie sądzę, aby się powtórzyło. Natomiast żałuję, że nie zmieniali aranży piosenek; że nie byli po prostu sobą i nie dawali się ponieść emocjom. To mógł być naprawdę niezapomniany koncert. Ale nie był...

Supporty




Suporty na obu koncertach zaskoczyły mnie kompletnie. Grające przed Placebo Expatriate to zespół ewidentnie sporo czerpiący z klimatów disco lat 70tych. Brawo dla nich, że czerpią mądrze. Energetycznie, tanecznie, bez kompleksów. Dali radę, a łatwego zadania nie mieli, bo stojący parę godzin pod Torwarem i następne dwie wewnątrz ludzie spragnieni byli wyczekiwanego gwoździa wieczoru jak kanie dżdżu... Po pierwszych kilku nutach pragnieni przeszło - były piski, wrzaski i dzikie podskoki.
Editors przywieźli ze sobą aż dwa wspomagacze. Oba zespoły świetne. Wintersleep, muzyczni czarodzieje, wyraźnie wzruszeni przyjęciem. Maccabees - geniusze w zakresie występów scenicznych. Jak dla mnie wyglądają okropnie (a tak już mam, że jestem raczej estetką i jak mi się coś wizualnie nie podoba, to trudno mnie do tego przekonać), ale to przestaje mieć znacznie po pierwszych trzydziestu sekundach. Za parę lat mogą zdystansować Editors, jeśli tylko nie zabłądzą gdzieś po drodze. Świetne piosenki, energia zespołu. Mam wrażenie, że ich mini koncert był numerem jeden wieczoru w klubie Studio...

"500 dni miłości" w reżyserii Marca Webba



[dominika]
ocena: 8/10


"Tom (Joseph Gordon-Levitt) jest nieszczęśliwym i niepoprawnym romantykiem, który zarabia na życie wymyślając teksty na pocztówki z życzeniami. Gdy jego dziewczyna, Summer (Zooey Deschanel), odchodzi od niego, zrozpaczony postanawia wrócić myślami do ich 500 dni razem, aby odkryć, co poszło źle. Ostatecznie refleksje Toma pozwolą mu na nowo odkryć jego prawdziwą życiową pasję..."

Jeden z ciekawszych obrazów, jakie ostatnio oglądałam. Czegoś takiego naprawdę potrzebowałam! Film lekki, zabawny, zachowany niekiedy w konwencji pewnego rodzaju baśni - lecz mimo tego wszystkiego również wzruszający i prawdziwy ponieważ tak właśnie w życiu bywa... Niezwykle przemawiające i prawdziwe kreacje bohaterów, a to wszystko z towarzyszeniem solidnej i niebanalnej muzyki m.in. The Smiths, Reginy Spector czy The Clash. Można doszukać się tu podobieństw do kilku głośnych filmów – przykładowo Amelii, Garden State, Zakochanego bez pamięci - jednakże reżyserowi udało się stworzyć film niespotykany i oryginalny! (sprawy montażowe – nie chcę zdradzać).
Polecam wszystkim, choć nie zgadzam się z dystrybutorem, że jest to stricte komedia romantyczna, gdyż jak mówi filmowy narrator: "To nie jest historia miłosna, to historia o miłości". Na pewno do niego wrócę. I to nie raz.

niedziela, 6 grudnia 2009

T-raperzy znad Wisły - comeback!



[camel]


STARtEST zasłużenie robi furorę w necie i na Trójce. W ramach przypomnienia próbka dokonań tej zacnej formacji sprzed 11 lat. Niestety dwa klipy są czarno-białe ale dobre i to:







oraz żarcik na koniec:



ps. Dziękuje osobom, które umieściły te kawałki na YouTubie.

sobota, 5 grudnia 2009

Film roku 2009: Dom zły



Recenzja na Krockusie wkrótce, teraz na nią za wcześnie,
za dużo emocji. [camel]

piątek, 4 grudnia 2009

PODSUMOWANIA DEKADY cz.1: Polska

[camel]


1. Cool Kids Of Death - Cool Kids of Death (2002)




2. Ścianka - Białe wakacje (2002)




3. Lenny Valentino - Uwaga! Jedzie tramwaj (2001)




4. Ścianka - Pan Planeta (2006)




5. Sidney Polak - Sidney Polak (2004)




6. Hey - [sic!] (2001)
7. Negatyw - Paczatarez (2002)
8. The Car Is On Fire - Lake & Flames (2006)
9. Muchy - Terroromans (2007)
10. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach - Ósme piętro (2005)

11. Łona - Nic dziwnego (2004)
12. Ścianka - Dni Wiatru (2001)
13. Nosowska - UniSexBlues (2007)
14. Reni Jusis - Trans Misja (2003)
15. Łona - Koniec żartów (2004)
16. The Car Is On Fire - The Car Is On Fire (2005)
17. Tworzywo Sztuczne - Wielki ciężki słoń (2004)
18. Pezet - Muzyka poważna (2004)
19. Fisz Emade jako Tworzywo Sztuczne - F3 (2002)
20. Nosowska - Osiecka (2007)

21. Leszek Możdżer - Piano (2004)
22. Reni Jusis - Elektrenika (2001)
23. Myslovitz - Happiness is easy (2006)
24. Świetliki & Linda - Las putas melancolicas (2004)
25. Pudelsi - Wolność słowa (2004)
26. T.Love - I hate rock`n`roll (2006)
27. Anna Maria Jopek - Bosa (2000)
28. Cool Kids Of Death - Afterparty (2008)
29. Hey - Echosystem (2005)
30. Lech Janerka - Plagiaty (2005)

ps. omówienia poszczególnych płyt z w/w listy w nowym roku, jak starczy czasu. kolejne rankingi podsumowujące lata zerowe umieszczone zostaną w okresie świąteczno-noworocznym.

niedziela, 29 listopada 2009

Piotr Czerwiński - Pokalanie (2005)



[camel]
ocena: 10/10


Ta książka Wami wstrząśnie. Jeżeli macie jakąś, minimalną chociaż, dawkę wrażliwości w sobie, to powinna Wami wstrząsnąć. Ale po kolei.

Piotr Czerwiński, rocznik 1972, absolwent dziennikarstwa na UW. Przez lata związany z Expresem Wieczornym, po jego zamknięciu pisywał dla pism kolorowych. Mieszka w Warszawie. Tyle głosi notka biograficzna, którą znajdziemy na tylnej obwolucie okładki. A co znajdziemy w środku? Opis brutalnej, polskiej rzeczywistości. Widziany oczami młodego inteligenta, który jest zbyt wrażliwy, by osiągnąć sukces czy choćby nawet godnie egzystować w dzisiejszym, postkomunistycznym i skomercjalizowanym świecie. Czerwiński nie przebiera w słowach, jego język jest komunikatywny, dosadny, a często wulgarny: ”Bardzo dużo przeklinam. Kiedyś tak nie było, ale w pewnym momencie wszystkie inne słowa przestały mieć właściwą moc. Mam nałogowe podejście do języka; zarzucanie lekkich słówek zupełnie mnie już nie kręci. Muszę spawać mocne, twarde wyrazy. Słowa są zbyt giętkie, by im pozwolić na tremę. A najbardziej giętkie są przekleństwa. One nas kiedyś zegną do reszty” – wyznaje autor w ‘Zbyt długim prologu’.

Jeżeli przyzwyczaimy się do dosadności bohatera książki Piotra Czerwińskiego to nie powinniśmy mieć problemu z przebrnięciem przez następne strony tej wciągającej powieści. Jest co czytać. Mamy tu i miłość i wspomnienia z dzieciństwa spędzanego w czasach komunizmu. Ciekawie Czerwiński opisuje reguły rządzące światem dziennikarskim, a ponieważ sam jest dziennikarzem to zna swoje środowisko "od podszewki". Jak czytamy na kartach powieści, jest to środowisko skomercjalizowane, żerujące na najniższych ludzkich emocjach, pragnące szybko „wyłowić” jakiś skandal, by za to otrzymać jak największe pieniądze. Smutne to, ale prawdziwe. A bohater powieści zbyt wrażliwy jest na to, by do końca przystać na te reguły – tak więc z powodu swojego nieprzystosowania, "nieupupienia" boryka się z nałogiem alkoholowym na co wpływ mają także jego nieudane związki damsko-męskie. W "Pokalaniu" przeżywa zauroczenie koleżanką z pracy, którą nazywa "Tofi".

Mógłbym o tej książce pisać w nieskończoność, ale myślę, że to nie ma specjalnego sensu. Najlepiej ją po prostu przeczytać. I pozbawić się złudzeń, że świat jest piękny. Choć nawet sam bohater nie uważa, że ten świat jest tak do końca "porąbany" o czym świadczy niezwykłe i poetyckie (!) zakończenie książki: "Młodość jest jak te butelki,które rozwalaliśmy o ściany. Nie można ich skleić z powrotem, ale jest jeszcze szansa, dla każdego z nas, marnych ciuli, że przyjdzie ktoś, kto ułoży z nich witraże".
"Pokalanie" wyprzedziło w rankingu moich książek życia "Wierność w stereo" Hornby`ego i „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa, tak więc do księgarni marsz! Choć minęły cztery lata odkąd ją przeczytałem nadal z czystym sumieniem daję maksymalną notę.

wtorek, 10 listopada 2009

Płytowe premiery jesienne cz.2



EDIT: UAKTUALNIONE


[camel]


9 listopada
Robbie Willimas - Reality killed the video star

13 listopada
Andy - 11 piosenek
Anita Lipnicka - Hard land of wonder
Renata Przemyk - Odjazd [2cd]
Skunk Anansie - Smashes & trashes [cd, cd/dvd]
Jamie Cullum - The Pursuit
Bee Gees - The Ultimate Bee Gees
Kabaret Moralnego niepokoju - Trasasa [dvd]
Ronan Keating - Winter Songs
Rush - Working Men

16 listopada
CNC - No Mood [projekt Dejnarowicza i Maciejewskiego]
Queen - Absolute Greatest [cd, 2cd, 3lp,special limited edition]
Leona Lewis - Echo
Lily Allen - It`s not me, It`s you [limited]
Norah Jones - The Fall [cd, lp, deluxe edition]
Katy Perry - Unplugged [cd/dvd]
Janet Jackson - Best

20 listopada
Federacja - Dycha w trójce
Armia - Freak
Paul McCartney - Good Evening NY City [2cd/dvd, 2cd/2dvd]
Jethro Tull - Live at Avo Session Basel 2008 [dvd]
Anna Treter - Może tak, może nie
Enya - The very best of [cd, cd/dvd]

23 listopada
Blur - All the people 02/07/2009 [koncertówka z Londynu, 2cd]
Blur - All the people 03/07/2009 [koncertówka z Londynu, 2cd]
Errors - How clean is your acid house?
Beyonce - I am...yours, an intimate performance at Wynn Las Vegas [dvd, cd/dvd]
Britney Spears - The singles collection [cd, cd/dvd, 29cd/dvd]

24 listopada
Susan Boyle - I dreamed a dream

25 listopada
Frontside - Korzenie

27 listopada
Borys Szyc - Feelin` good
Seal - Hits
O.S.T.R. - Jazzurekcja:Addendum [2cd]
Various Artists - Lista przebojów Trójki
The Rasmus - Best of 2001-2009
Felicjan Andrzejczak - Biegnę jak maratończyk
Lady Gaga - Fame monster
Armia - Freak
Nirvana - Live at Reading
Robert Chojnacki - The best of [2cd]

30 listopada
Andrzej Piaseczny/Seweryn Krajewski - Na przekór nowym czasom - live
Tricky - Meets south rakkas crew [cd, lp]
Seal - Hits
NeLL - White noise zone

4 grudnia
Indios Bravos - On stage [koncertówka]
Timbaland - Shock Value II
Richard Bona - The shades of blues

7 grudnia
George Michael - Live in London [dvd]
Riverside - Reality dreams [dvd]
30 seconds to Mars - This is war

14 grudnia
Alicia Keys - The elements of freedom [cd, lp ,cd/dvd]

2010

luty
Ania - Ania Movie

luty/marzec
Muchy - Notoryczni debiutanci [tytuł roboczy]

marzec
Muniek

czwartek, 5 listopada 2009

Hey - Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! (2009)



[camel]
ocena: 7/10


Cztery lata kazali nam czekać na nowy album. Przez ten czas wydali świetnie przyjęty, bogaty aranżacyjnie MTV Unplugged, a Kasia Nosowska uraczyła nas aż dwoma albumami: wydanym po siedmiu latach przerwy nowoczesnym UniSexBlues oraz retro-jazzowym projektem Osiecka, na którym zamieściła niezwykle udane interpretacje piosenek Naszej Narodowej Poetki. To, że Hey umie grać inaczej udowodniła kiepska płyta Music. Music, z której prawie nic nie grają na koncertach. Zapowiedź, że nowy album będzie znacząco różnił się od Echosystemu nie napawała mnie więc optymizmem. Na szczęście nie jest tak źle, a nową płytę – najbardziej elektroniczną w dorobku – spokojnie można zaliczyć do udanych. Choć na pewno nie do najlepszej płyty w ich dyskografii (tutaj prym wiodą dla mnie ? i [Sic!]), czy do płyty dekady, bo i takie głosy się pojawiły.

Już pierwszy utwór Vanitas zwiastuje zmiany. Zaczyna się jakimś niskim, basowym dźwiękiem pomieszanym z zacinającym się odgłosem płyty winylowej, by powoli narastać, aż do elektronicznego finału. Tekstowo Nosowska kreśli wizje życia pozagrobowego, nadużywając zdrobnień („kamieniczki i uliczki z latarenką nie zabierzesz tam i stoliczka, talerzyka z kurzą nóżką nie zabierzesz tam”). Następne dwa utwory to mocni kandydaci na kolejne single. Umieraj stąd z wyraźnie zaznaczoną perkusją oraz Faza Delta z ciekawym tanecznym rytmem i fajnym motywem gitarowym noszą duże znamiona przebojowości. Ten ostatni częstuje nas na dodatek udanym, leniwym finałem. Nie rozumiem natomiast obecności piosenki Piersi ćwierć, gdyby nie końcowa część z orientalizującą wokalizą Kasi byłby zupełnie zbędny. Na szczęście to tylko chwilowa niedyspozycja zespołu, bo Chiński urzędnik państwowy zwracający uwagę partią klawiszy (które brzmią jakoś myslovitzko) jest już lepszy. Tytułowy utwór „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”, najbardziej rockowy na albumie, to pierwszy moment na płycie gdzie Kasia śpiewa tak wysoko. Pojawiły się gdzieniegdzie porównania do Ramony Rey. Potężny, wykrzyczany refren to dla mnie jeden z najmocniejszych momentów albumu. Klawiszowe solo pod koniec stanowi dobre urozmaicenie. Stygnę zaskakuje folkującą gitarą (która przypomina mi tą z piosenki Musisz wierzyć Ani Dąbrowskiej) i znowu udanym finałem, z wyraźnie brzmiącym basem. Boję się o nas to kolejny highlight. Tło stanowią tu handclapy i dźwięk kasy fiskalnej wśród których Kasia wyśpiewuje strach przed wygaśnięciem uczucia. Kolejny kandydat na singla. Zapowiadająca MURP piosenka Kto tam? Kto jest w środku?, która zwiastowała nowe brzmienie Heya również należy zaliczyć do plusów. Wielu z nas pewnie się zdziwiło gdy na wysokości 2:23 pojawił się motyw elektro. Na sam koniec zostawiono Nie więcej, jedyną klasyczną balladę w zestawie i tu novum – Kasia śpiewa z towarzyszeniem samego fortepianu.

Wadą płyty jest na pewno czas jej trwania – nieco ponad czterdzieści minut pozostawia niedosyt. Jeśli chodzi o teksty, to niektóre z nich przypominają mi poezję nowoczesną (Faza Delta, Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!), Nosowska też przemyca w nich kilka neologizmów (nanozgon, dźwigozaury, judasze oczu). Ogólnie płyta jest dobra, choć tak jak wspominałem nie dostrzegam w niej żadnej wybitności. Po prostu Hey nie schodzi poniżej pewnego poziomu. 14 listopada, koncertem w zabrzańskim CK Wiatrak zaczyna się trasa koncertowa promująca album, na którym zespół zamierza zagrać wszystkie utwory z MURP, więc na pewno warto się na niej pojawić.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie.
Pierwszą z nich jest oprawa graficzna. Hey i solowa Nosowska od kilku lat dbają o oprawę graficzną swoich wydawnictw. Na Music. Music motywem przewodnim był domek z plasteliny, Echosystem w limitowanej edycji zaskoczył wycinanymi postaciami członków zespołu. Albumy MTV Unplugged i Osiecka cechowały się wyjątkowym atyzmem i starannością wykonania, a UniSexBlues gaficznie opierał się na zdjęciach wokalistki zrobionych w budce w podziemiach. Tym razem otrzymujemy białą okładkę z tłoczonymi napisami Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! oraz wyciętym tytułem albumu w alfabecie Morsa pod którym znajdziemy dziesięć karteczek w różnych pastelowych kolorach z jednej strony oraz pojedynczymi tekstami z drugiej.
Drugą kwestią jest film dołączony do specjalnego wydania, w ciekawy sposób pokazujący trudy i radości nagrywania albumu w westernowym miasteczku w Sarnowej Górze (instrumenty) oraz studiu Fonoplastykon we Wrocławiu (głos). Poza muzykami możemy tutaj również zobaczyć potomstwo członków Heya oraz Tomasza Knapika (zapowiadającego film) i Krystynę Loskę (która film kończy). Fajnie zrealizowany obraz, dobrze uzupełniający odbiór najnowszego działa grupy.

czwartek, 29 października 2009

The Car Is On Fire - Live in Wrocław, Bezsenność, 28.10.2009



[camel]
ocena: 8/10


The Car Is On Fire był swego czasu dla mnie bardzo ważnym zespołem. Po garażowym self-titled debiucie z 2005 z genialnymi Cranks, Miniskirt czy Expect some hatred zaskoczyli słuchaczy eklektycznym Lake & Flames na którym obok rockowych numerów (Red Rocker, Ex Sex is (not) the best (title)) znalazło się miejsce na utwory o zabarwieniu tanecznym (singlowe Can`t cook (who cares?), Oh, Joe) czy zgrabne ballady (Neyorkewr, Falling asleep and waking up). Album z miejsca został uznany za wybitny i z pewnością znajdzie się w podsumowaniach dekady. W lipcu 2007 ze składu TCIOF odeszła najważniejsza dla mnie persona – Borys Dejnarowicz, współzałożyciel niezależnego serwisu muzycznego Porcys.com, a w zespole odpowiedziany za sporą część repertuaru. Przeciętny koncert we wrocławskim „Niebie” w listopadzie 2007 sprawił, że na czas jakiś przestałem się interesować karierą tej grupy.

Wiosną tego roku ukazał się album Ombarrops, który nie zrobił na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do udanego koncertu na Off Festivalu. Dlatego będąc wczoraj we Wrocławiu postanowiłem znowu zobaczyć ich na żywo. Skład zespołu poza gitarzystą Jackiem Szabrańskim, basistą Kubą Czubakiem i perkusistą Krzyśkiem Haliczem uzupełniają na scenie dodatkowy gitarzysta oraz klawiszowiec/perkusista. Na klawiszach szwedzka flaga z napisem Love.. Zaczęli od świetnego utworu tytułowego z ich ostatniej płyty, następnie zagrali z niej jeszcze kilka kawałków. Na szczęście usłyszeliśmy też kilka kawałków z poprzednich płyt m.in. Cranks, 16 days & 16 nights z debiutu oraz The Car Is On Fire Early Morning Internazionale, Can`t cook (who cares?), Oh Joe, Such a lovely i Love. z Lake & Flames. Utwory z Ombarrops świetnie bronią się na żywo, a najciekawszym momentem był śpiew „pa, pa, pa, pa, pa, pa” z rękami muzyków rozłożonymi w stronę publiczności – naprawdę fajne urozmaicenie koncertu. Tego wieczoru ze sceny wrocławskiej „Bezsenności” wprost biła od muzyków energia i radość grania. Carsi udowodnili, że są jednymi z najlepszych zespołów koncertowych w naszym kraju, których warto zobaczyć na żywo. Tych koncertów jeszcze się trochę odbędzie wkrótce, więc radzę Wam na któryś z nich się wybrać.

PS: Za dwa tygodnie Dejnarowicz z Piotrem Maciejewskim z Much wydają jako CNC album No mood. Sądząc po utworze granym ostatnio przez Trójkę zapowiada się ciekawie.











piątek, 9 października 2009

Basia - Live in Zabrze, Dom Muzyki i Tańca, 5.10.2009


fot. Andrzej Grygiel/PAP

[camel]
ocena: 7/10


Basia Trzetrzelewska razem z Madonną, Michaelem Jacksonem, Dire Straits, Stingiem i Heyem należy do moich pierwszych fascynacji muzycznych. Jako dziecko zachwycałem się jej trzema albumami: debiutanckim Time and Tide (1987), kolejnym London, Warsaw, New York (1990), który był moim pierwszym kompaktem w życiu oraz ostatnim przed długoletnią przerwą, moim zdaniem najlepszym The Sweetest Illusion (1994) podczas promocji którego Basia po raz pierwszy przyjechała do Polski. Wtedy też po raz pierwszy widziałem Basię na żywo w katowickim Spodku. Wystąpiła wtedy w pełnym elektrycznym składzie, co pozwoliło zaprezentować jej piosenki w aranżacjach zbliżonych do tych zawartych na płytach. Następnie Basia zamilkła na piętnaście lat wydając w tym czasie trzy albumy: koncertowy Basia on Brodway, kompilacyjny Clear Horizon. The Best Of... oraz Matt`s Mood sprzed pięciu lat z zespołem Matt Bianco (równo dwadzieścia lat po Whose Side Are You On na którym także śpiewała). Na dobre powróciła dopiero w tym roku albumem It`s that girl again, który stał się bestsellerem także w Polsce. Ruszyła w związku z tym w trasę podczas której zapowiedziane zostały trzy koncerty w Polsce: w Zabrzu, Warszawie i Poznaniu.

5 października, po czternastu latach od swoich poprzednich koncertów w naszym kraju wystąpiła w zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca. Zasadniczą kwestią różniącą trasę od tej sprzed kilkunastu lat był akustyczny skład który teraz stanowiły poza Trzetrzelewską, dwie chórzystki, gitarzysta i trębacz. Można więc ten skład nazwać Acoustic evening with Basia. Piosenki jakie zaprezentowała tego wieczoru w Zabrzu pozbawione były bogatych aranżacji, bez perkusji, którą zastępowały rozmaite „przeszkadzajki” na kórych grał wieloletni współpracownik, a prywatnie partner Basi Kevin Robinson. Zgodnie z zapowiedziami wokalistka przedstawiła repertuar na który złożyło się pięć piosenek z najnowszej płyty: singlowe A Gift i Blame it on the summer,tytułowe It`s that girl again na sam początek, If not now then when oraz najlepsze, żywiołowe Winners inspirowane piłką nożną. Poza premierowym materiałem usłyszeliśmy prawie całą debiutancką płytę z Time and Tide, Promises i Astrud na czele, Half a minute z repertuaru Matt Bianco, cztery utwory z London Warsaw New York (Baby, you`re mine, Cruising for bruising, Take him back Rachel i poświęconą Polsce Copernicus kończącą część podstawową) oraz tylko dwie z rewelacyjnej The Sweetest Illusion (Drunk on love oraz Yearning podczas bisów). Nowe aranżacje stworzyły intymną, kameralną atmosferę choć w kilku przypadkach zubożyły brzmienie kilku utworów np. Drunk on love, Run for cover czy Copernicus. Basia często nawiązywała kontakt z publicznością opowiadając o czym jest dana piosenka czy dzieląc się z słuchaczami opowieściami ze swojego życia. Ogólnie bardzo przyjemny wieczór choć chciałbym jeszcze ją usłyszeć w trasie nieakustycznej, takiej jaką kilkanaście lat temu miałem okazję podczas jej koncertu w Spodku.Póki co pozostaje mi czekać na zapowiadaną płytę z rejestracjami polskich koncertów z tej trasy.

poniedziałek, 28 września 2009

Płytowe premiery jesienne



EDIT: UAKTUALNIONE


[camel]


2 października
Closterkeller - Aurum
Natalie Imruglia - Come To life
Janusz Radek - Dziwny ten świat - opowieść Niemenem
Mariah Carey - Memoirs of an imperfect angel
Saluminesia - Sprzedając pamięć

5 października
Air - Love 2

9 października
Plastic - P.O.P
Various Artists - Idiota (spektakl wrocławskiego 'Capitolu')
Trzydwa%uht - Lista zakupów na miesiąc maj
Diana Krall - Quiet Nights [cd/dvd]
Stanisław Soyka + Sextet - Studio Wąchock
Tymon & Transistors - Bigos Heart

12 października
Editors - In this light and on this evening
Shakira - She wolf

16 października
Michael Buble - Crazy love
Tomasz Stańko - Dark eyes

19 października
Rammstein - Liebe ist fur alle da
Happysad - Mów mi dobrze
Lachowicz - Pigs, joys and organs
Marillion - Charting the singles
Blondie - Singles collection 1977-1982
Duran Duran - Singles collection 1981 - 1985

23 października
Sting - If on a winter`s night
Hey - Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! [cd, cd+dvd]
Agnieszka Chylińska - Modern rocking
Pustki - Kalambury
Wolf Mother - Cosmic egg
Morrisey - Swords
Michael Jakson - Remix Suites

26 października
Gov`t Mule - - By a thread
Pink - Funhouse Tour: Live in Australia
Michael Jackson - This is it [ost]

30 października
Chris Botti - In Boston
Nirvana - Live at Reading
OT.TO - Od akordeonu do zasmażki [dvd]
Hurt - Wakacje i prezenty
Skunk Anansie - Smashes and trashes
Kabaret Łowcy.B - Upiory w operze [dvd]

13 listopada
Anita Lipnicka - Hard land of wonder

16 listopada
Queen - Absolute greatest

27 listopada
Rihanna - Rated R

wtorek, 1 września 2009

"I`ve got myxomatosis, I`ve got myxomatosis" - relacja z poznańskiego koncertu Radiohead z 25 sierpnia 2009 roku



[camel]
ocena: 9/10


Trudno rozpatrywać ten koncert tylko pod względem muzycznym na zasadzie przyjechali-zagrali-pojechali. Na koncert Radiohead (Świat #1, Kosmos #1) wielu polskich fanów muzyki czekało od 15 lat, kiedy oksfordzki kwintet ostatni raz zagrał w Polsce w ramach sopockiego festiwalu Marlboro Rock In. Od tego czasu zespół z niewiadomych względów (podobno z powodu fatalnej organizacji sopockiego koncertu) omijał nasz kraj szerokim łukiem. Wielu próbowało ich sprowadzić do Polski, najbardziej zależało na tym Alter Artowi – cały czas liczono na to, że wystąpią na którejś edycji Open`era. Aż w końcu w kwietniu gruchnęła wiadomość: przyjadą i wystąpią 25 sierpnia w ramach projektu Poznań dla Ziemi. Chciałbym widzieć minę Mikołaja Ziółkowskiego gdy się o tym dowiedział. Bilety na pierwszą strefę wykupiono w kilka godzin. Różne fora, majspejsy i lastefemy zapełniły się wpisami podekscytowanych fanów chwalącymi się, że już mają bilet i nie mogącymi się już doczekać jak to będzie wspaniale na koncercie radiogłowych. Muszę przyznać, że sam do fanów tego zespołu nigdy się nie zaliczałem, byłem raczej wielkim miłośnikiem ich przedostatniej płyty Hail to the Thief, którą uważam za jedną z najlepszych płyt mijającej dekady. Mimo to, było dla mnie oczywiste, że muszę znaleźć się na tym koncercie.

Po przyjeździe do Poznania i posileniu się około 20 byłem pod Parkiem Cytadela. Support (Moderat) sobie odpuściłem czekając na danie główne. Zaczęli punktualnie, kilka minut po 21 rozległy się dźwięki intra, po czym zabrzmiał opener trasy In Raibows czyli 15 steps. Następnie zagrali opener poprzedniej trasy czyli There, there. Świetne wykonanie, z Greenwodem na dodatkowych bębnach. Było nam jeszcze dane usłyszeć 3 utwory z tego genialnego albumu – miażdżące Myxomatosis, żywiołowe 2+2=5 oraz transowe The Gloaming. Cieszyła liczna reprezentacja utworów z OK ComputerKarma police z finałem a capella Yorke + publiczność, Paranoid android i Lucky oraz Kid A – rewelacyjne wykonania piosenek Optimistic, Idioteque i Everything in its right place na koniec części zasadniczej z na żywo samplowanym wokalem oraz The national anthem z fragmentami polskiej audycji radiowej. Z Amnesiaca usłyszeliśmy You and whose army? oraz I might be wrong w ramach pierwszego bisu. The Bends reprezentował tylko jeden utwór ale za to jaki – znów pięknie wykonany Fade out (Street spirit). Jako, że ostatnią płytą kwintetu było In Rainbows to właśnie z niej usłyszeliśmy najwięcej piosenek, bo aż siedem z czego największe wrażenie zrobiły na mnie All I need i Jigsaw falling into place. Największą niespodziankę zgotowali nam jednak na koniec. Mowa o nieuwzględnionym w setliście Creep – ich pierwszym przeboju, którego nie grali na koncertach od trzech lat. Bardzo czekałem na ten utwór i cieszę się, że udało mi się go usłyszeć w Poznaniu. Ponad 30 tysięcy ludzi śpiewało z Yorkiem "But I`m a creep / I`m a weirdo / What the hell I`m doing here / I don`t belong here / I don`t belong her".

Warto też wspomnieć o scenografii – zwisających rurach, które zmieniały swoje kolory w zależności od utworu, co robiło niesamowite wrażenie. Stojący w pierwszej strefie (ja ze znajomymi byłem w drugiej) pewnie bez trudu zauważyli na scenie flagę Tybetu. Mankamentem koncertu były telebimy, które pokazywały obraz w dziwny, poszatkowany sposób. Najczęściej były dzielone na sześć kwadracików, w których pojawiali się członkowie zespołu. Osobiście wolałbym tradycyjny, całościowy obraz. 25 utworów, 2 godziny 10 minut grania. Marzenia się spełniły. To był na pewno koncert roku, jeden z koncertów dekady, dla bardzo wielu koncert życia. Radiohead dali znakomity występ z dobrze dobraną setlistą i wspaniałą scenografią. Pozostaje wierzyć, że na następny ich przyjazd do Polski nie będziemy musieli czekać kolejnych piętnaście lat.























Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (VIII, ost.)



[adam osiński]


Zaremba siedział na swoim krześle i wpatrywał w przestrzeń przez otwarte drzwi. Na podłodze w niezmienionej pozycji leżał zabity policjant. Sięgnął po paczkę Marlboro i wyjął papierosa, którego włożył do ust, lecz po chwili zrezygnował z zamiaru zapalenia go. Usłyszał warkot silnika. Para kochanków opuszczała zajazd. Staruszek jeszcze raz pomyślał o policjancie przy radiowozie. Dlaczego nie reagował? Przecież musiał ich widzieć. Skrzypienie podłogi. Zaremba ocknął się z zamyślenia. Zobaczył Wójcika pełzającego na czworakach. Obaj spojrzeli na siebie. Wójcik spuścił wzrok w dół i obrócił martwego policjanta, pod którym leżała jego służbowa broń.
- Nie dotykaj tego – powiedział Zaremba wyjmując zza biurka strzelbę, którą od razu odbezpieczył – Wiem, kim jesteś. Przyjechali tu po ciebie.
- Nie spinaj się staruszku. Chcę tylko stąd odjechać. Nic...
- Nigdzie się nie ruszysz! – przerwał mu stanowczo właściciel motelu.
- Ty stary dziadzie! – syknął Wójcik i sięgnął po pistolet leżący przed nim.
Zaremba nie namyślając się ani chwili nacisnął spust, a pocisk trafił prosto w pierś mordercy.
Odłożył strzelbę i odpalił papierosa, wypuszczając kłąb dymu. Spojrzał na kolejne ciało leżące w progu.

Poczuł dziwny niepokój, a dłoń, w której trzymał papierosa zaczęła mu lekko drgać. Zdał sobie sprawę, że to uczucie niepokoju nie jest mu obce. Ten wewnętrzny zgrzyt, który w nim był, znał z dalekiej przeszłości. Choć minęło od tamtych wydarzeń wiele lat, wryły się one głęboko w jego pamięć. Pamiętał dobrze. To uczucie towarzyszyło mu po raz pierwszy tamtego grudniowego dnia w Gdyni, gdy będąc żołnierzem Wojska Polskiego śmiertelnie postrzelił młodego chłopaka. Pamiętał dobrze, jak grupa stoczniowców udawała się w ten chłodny poranek do pracy. Pamiętał ich twarze, gdy otworzyli ogień. Widział jak ciało chłopaka wygina się w nienaturalny sposób i bezwładnie pada na ziemię. To rozczarowanie światem, które czuł przez większość swego życia, narodziło się wtedy, w tej jednej, krótkiej chwili. Zaremba uniósł się lekko do góry i poprawił czerwoną poduszkę. Deszcz w końcu ustał, ale przez otwarte drzwi dostawało się chłodne powietrze. Starzec nie myślał by je zamknąć, ponieważ musiałby zająć się ciałami. Nie miał na to siły i ochoty. Usłyszał wyjący w oddali policyjny sygnał. Oni się tym zajmą – pomyślał staruszek i odpalił kolejnego papierosa.

KONIEC

czwartek, 27 sierpnia 2009

Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (VII)



[adam osiński]


Na odgłos wystrzału policjant z recepcji zrobił szybki ruch do tyłu. Prawą ręką sięgał do kabury z bronią, a lewą złapał za krawędź drzwi, gotowy do interwencji. Pająk błyskawicznym ruchem sięgnął rękoma do tyłu i wyciągnął zza paska u spodni pistolet, przedtem niewidoczny pod skórzaną kurtką. Bez zastanowienia wymierzył policjantowi dwa strzały w plecy. Martwy mężczyzna runął na podłogę w progu. Ułamek sekundy później lufa pistoletu była wymierzona wprost w Zarembę. Właśnie teraz, po raz pierwszy tego wieczoru, staruszek poczuł strach.
- Nie ruszaj się z tego krzesła, bo skończysz jak on – wycedził przez zaciśnięte usta Pająk.
Zrobił dwa kroki do przodu, chwycił za telefon, wyrwał go z gniazdka i wybiegł na zewnątrz. Rozległa się kanonada wystrzałów, które przerwały spokojny, deszczowy rytm tego wieczoru. Przez ulicę przejechał samochód, którego pasażerowie musieli być nieświadomi toczącego się dramatu. Jeśli byli świadomi, prawdopodobnie zignorowali to. Zaremba wstał z krzesła. Popatrzył na leżące w progu ciało. Trupie oczy, wciąż otwarte, wpatrywały się ślepo w nicość. Śmierć przyszła od najmniej spodziewanej strony. Staruszek wychylił głowę i zobaczył policjanta skrywającego się z bronią w ręku za swoim radiowozem. Zmieniał magazynek. Zaremba miał wrażenie, że jest niezdecydowany i nie bardzo wie, jak się zachować. Nie mogło to dziwić, gdyż staruszek przewidywał, że to jedyny stróż prawa, który pozostał przy życiu. Zniknął także Pająk.

Strzały na moment ustały. Nasłuchiwał jakichkolwiek odgłosów, które nie nadchodziły. A jednak, w pewnym momencie, usłyszał na tyłach posesji kroki biegnącej osoby. A właściwie...tak...dwóch biegnących osób. Wybiegły po chwili z prawej strony. Przez błoto i w strugach rzęsistego deszczu biegła Marta, z czarną torbą w ręku, i mężczyzna, którym był...Pająk. Właściciel motelu spojrzał w stronę policjanta. Siedział tyłem oparty o radiowóz i nie reagował. Może jest ranny – pomyślał Zaremba. Dwójka uciekinierów zatoczyła szeroki łuk i z pewnością biegła w stronę pozostawionego przy wjeździe auta. Zaremba obserwował ich z oddali, gdy nagle otworzyły się cicho drzwi jednego z pokojów. Na czworakach wypełznął Wójcik. Obejrzał się w obie strony i przemieszczał na prawo w pozycji przypominającej żołnierza na wojnie. Staruszek wycofał się z powrotem do pomieszczenia.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (VI)



[adam osiński]


Właściciel motelu poczuł uścisk w żołądku, gdy przypomniał sobie z jaką swobodą i szczerością w głosie, bez najmniejszego zająknięcia, urocza, choć już teraz wiedział, że tylko z pozoru, blondynka mówiła o moralności i spokoju sumienia. Zakłamanie, którego nie wyczuł w jej zachowaniu, ale którego był już pewien, okazało się być tak zakorzenione w naturze, że wyparło jakiekolwiek poczucie przyzwoitości. Zaremba był przekonany, że ten cynizm opanował nie tylko podstępną dziewczynę, lecz panoszy się w świecie od lat. Minęło kilka minut, gdy staruszek zauważył pomarańczowe, migające punkciki. Pojazd niewiadomej marki zjechał z drogi i wyłączył światła. Zaremba widział już tylko kontur samochodu, który zamiast podjechać blisko wejścia do recepcji zaparkował tuż za zjazdem. Takiego ruchu, jak tej nocy nie było tu od dawna. Zaremba ocenił, że nie są to kolejni klienci, rezygnujący z utrudnionej jazdy w deszczu, który choć nadal padał, to nie tak intensywnie, jak przed paroma chwilami. Wciąż myślał o wydarzeniach dzisiejszego wieczoru wiedząc, że będą miały one swój dalszy ciąg. Nie często zdarza się obsługiwać mordercę – gwałciciela i parę uciekinierów z torbą wypchaną pieniędzmi. Wszystkie znaki na deszczowym niebie wskazywały, że w aucie jest „brat Michał” lub policjanci, którzy zaaresztują Wójcika. Nikt inny nie widziałby sensu parkować w deszczową noc kilkadziesiąt metrów od motelu.

Z samochodu wyszła jedna osoba. Zaremba miał więc pewność, że nie była to policja wezwana do zatrzymania Wójcika. Sylwetka, którą widział, kierowała się w stronę recepcji, więc właściciel motelu dobrze widział każdy krok stawiany w błocie przez nieznajomego. Pomimo ciągle padającego deszczu człowiek szedł równym, spokojnym krokiem. Czas, który zajmowało mu dojście do drzwi recepcji wydłużał się w świadomości starca nienaturalnie. W końcu zobaczył go wyraźnie w świetle na werandzie. Nieznajomy, ubrany w czarną skórzaną kurtkę, wszedł z marszu do środka nie wycierając nawet butów.
- Potrzebny jest mi pokój na noc – rzucił jeszcze w progu.
- Będzie pan łaskaw zamknąć drzwi. Ciepło mi wywiewa – powiedział szorstko Zaremba, a nieznajomy wykonał polecenie.
Następnie sięgnął pod kurtkę i wyjął dowód osobisty, który podał starcowi. W dokumencie zapisane było nazwisko: Adam Pająk. Zdjęcie przedstawiało dokładnie tego mężczyznę, który stał przed Zarembą. Wpisał dane do księgi, którą Pająk bez słowa obrócił by się podpisać.
- Widzę, że ma pan dzisiaj tylko dwóch gości?
- Trzech. Dostanie pan „dwójkę” – Zaremba obrócił się po klucz.
- Proszę dać mi „piątkę” – popatrzył w oczy staruszkowi, który zrobił to samo – To moja szczęśliwa cyfra.
- Będzie pan potrzebował szczęścia tej nocy?
Pająk nie odpowiedział. Wyciągnął pieniądze i rzucił na biurko. Zaremba obrócił się po raz drugi i spełnił życzenie klienta. Wziął do ręki banknoty i sięgnął do szuflady by wydać resztę. Pająk stał ciągle przed nim i obserwował każdy ruch staruszka.
- Obędzie się bez reszty – powiedział i po raz pierwszy lekko się uśmiechnął.
Zaremba bez słowa zamknął szufladę i podniósł wzrok.
- Mamy towarzystwo – powiedział najzupełniej beznamiętnie, jakby od niechcenia, po tym jak spojrzał w stronę okna.
Pająkowi zszedł uśmiech z twarzy. Wbił wzrok w starca na dwie sekundy po czym raptownie obejrzał się za siebie. Na podjazd wjechały dwa samochody.

Radiowozy policyjne były już dobrze widoczne. Światła wyłączyli, podobnie jak Pająk, tuż po zjechaniu z drogi. Jeden z nich skierował się pod wejście do recepcji, drugi, jadący za nim, odbił na prawo i podjechał pod werandę, przed wejście do jednego z pokoi.
- Po co oni tu przyjechali? Wie pan? – zapytał Pająk, totalnie zaskoczony zaistniałą sytuacją.
Zaremba wzruszył tylko ramionami i pokręcił przecząco głową. Pająk obracał się nienaturalnie patrząc to na staruszka, który zachowywał spokój, to na wydarzenia za oknem. Z radiowozu sprzed recepcji wyszło dwóch mundurowych. Jeden ominął werandę z lewej strony i poszedł na tył kompleksu. Drugi ruszył w stronę recepcji. Tuż przed wejściem spojrzał w okno. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Pająka.
- Policja. Pan jest właścicielem motelu? – powiedział po wejściu spoglądając na Zarembę – Proszę stąd nie wychodzić. A pan kim jest? – Jego wzrok powędrował w bok.
- Klientem – odpowiedział spokojnie Pająk.
Tuż po wypowiedzeniu tych słów rozległ się huk, nieco stłumiony przez padający deszcz. Wszyscy trzej mężczyźni przebywający w recepcji mieli świadomość czym był ten dźwięk. Wystrzał z pistoletu. Właśnie wtedy rozpętało się piekło.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (V)



[adam osiński]


Radioodbiornik stał ponownie na środku biurka przed Zarembą, który pochylał się nad nim i nalewał kolejną setkę wódki.
- Gdybym nie była głodna, mógłbyś mnie przelecieć.
- Nawet bym nie chciał.
- Wy, esbecy, zawsze jesteście tacy twardzi?
- Kurwa! Znowu zaczynasz?!
- Aż dziw bierze, że z twoimi napadami agresji zweryfikowali cię pozytywnie. Zresztą...dziś się przekonają, że popełnili błąd.
- Stul pysk. Jak widzisz to ja miałem rację, bo my tu siedzimy z furą kasy, a Michaś, który obrał inną drogę, pewnie tłumaczy się przed Kajzerem. Albo jest już na dnie rzeki.

Zaremba zauważył, że z drogi zjeżdża kolejny samochód. Wyłączył radioodbiornik i ponownie odstawił go na bok. Na zewnątrz panował już mrok i właściciel motelu nie zauważył jakiej marki jest pojazd, który zaparkował przed Polonezem. Z auta wysiadła krępa osoba i truchtem wbiegła na werandę. Jego sylwetka, bo to niewątpliwie był mężczyzna, pojawiła się w oknie i zniknęła za drzwiami. Rozległo się pukanie do drzwi, właściwie dudnienie, gdyż facet niewątpliwie walił w drzwi zaciśniętą pięścią. Zaremba mówiąc „proszę” schował czystą bez banderoli pod biurko. W drzwiach pojawił się wąsaty gość w jeansowej kurtce, mocno już zmoczonej. Zaremba poczuł podekscytowanie, ale było to raczej uczucie dławiące go w środku, bo jego wyraz twarzy pozostał bez zmian. Nie drgnął ani jeden mięsień. A mógłby, gdyż mężczyzna, który przed nim stał był tym samym, którego widział na policyjnym zdjęciu.
- Nic na drodze nie widać, psia mać – rzucił przybysz.
- Muszę podziękować naturze – powiedział Zaremba – inaczej nie miałbym utargu.
- Niech Pan Bogu podziękuje. Czyli coś Pan dla mnie ma? Na parkingu zauważyłem tylko jedno auto.
- A Pan wierzy w Boga? – podchwycił staruszek.
- Od dawna go nie widziałem – wymamrotał nieznajomy.
- Ja go w tym kraju nigdy nie widziałem – głos Zaremby zadudnił głośno, a mówiąc to wstał z krzesła i sięgnął za siebie, wybierając jeden klucz – Siódemka. Proszę się najpierw wpisać. Ma Pan dowód?
- Na istnienie Boga? – nieznajomy uśmiechnął się głupio.
- Osobisty – rzucił oschle Zaremba.
- Nie przy sobie.
- Niech się Pan wpisze. Do godziny dwunastej trzeba opuścić pokój.
- Wyjeżdżam wcześnie rano. Spieszy mi się.
- W recepcji będę od siódmej. Nocuję w tym domu, co stoi za nami sto metrów.
- Sam Pan tam mieszka? – spytał Wójcik, bo właśnie tym nazwiskiem się podpisał. Zaremba uznał, że pytanie jest wścibskie i podejrzane, szczególnie, gdy zadaje je kryminalista.
- Z mamą – rzucił krótko.

Wójcik spojrzał mu prosto w oczy. Po chwili spuścił wzrok, rzucił bez słów kilka banknotów i zabrał klucz z biurka. Gdy wyszedł, nie zamknąwszy dokładnie drzwi, Zaremba oparł się o tył krzesła i zapalił papierosa. Tym razem jego dłoń nie powędrowała w stronę butelki czystej. Zamiast tego wyjął z szuflady biurka kartkę z zapisanym numerem telefonu, który dostał od policjanta. Przysunął do siebie stary telefon i wolno wybrał odpowiednie cyferki. Gdy skończył trwającą krótko rozmowę wyciągnął się na swym niewygodnym krześle i spalił do końca papierosa. Spojrzał też na swój stary zegarek. Był ciekaw, jak szybko reaguje Policja, nowi stróże porządku w wolnej Polsce

wtorek, 4 sierpnia 2009

Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (IV)



[adam osiński]


Szybkim ruchem przekręcił gałkę i przesunął radioodbiornik na skraj biurka. Rozległo się pukanie i do recepcji weszła blondynka. Zaremba odezwał się swoim zwyczajowym, zgorzkniałym głosem.
- Cóż mogę jeszcze zrobić dla ciebie, młoda damo?
- Nie przeszkadzam? – ponownie uśmiechnęła się do niego, jak wtedy.
- Nie, jak widzisz mnie już na starość tylko gazety pozostały – poklepał dłonią po gazecie leżącej przed nim – Mało kto odwiedza już ten motel.
- Ale widzę, że muzyki ciągle pan może posłuchać – mówiąc to, popatrzyła na radioodbiornik
- Nie muzyki, a wiadomości czasem posłucham, żeby wiedzieć co w tym kraju się wyrabia. Wszystko stoi na głowie.
- Nie chcę być niegrzeczna, ale czy mogłabym skorzystać z telefonu? – ta prośba mocno Zarembę zdziwiła, choć nie dał tego po sobie poznać – Chciałabym zadzwonić do brata, że spóźnimy się z wizytą kilka godzin.
- Naturalnie, złotko. Proszę bardzo – przysunął telefon stojący obok radioodbiornika bliżej niej.

Ona usiadła jednym pośladkiem na biurku. Jasnoniebieskie jeansy opinały mocno jej smukłe ciało. Energicznym ruchem wykręciła numer, a Zaremba odpalił kolejnego papierosa.
- Michał? Tu Marta – powiedziała po chwili do słuchawki – nie denerwuj się braciszku. Dzwonię do ciebie z motelu. 40 km na północ od miasta. Jakieś trzy kilometry za tą starą cukrownią. Musimy się tutaj zatrzymać na kilka na godzin. Jest ogromna ulewa, nie chcemy ryzykować. Waldkowi przyda się odpoczynek – zawiesiła na chwilę głos – Tak, w interesach poszło mu dobrze, jesteśmy szczęśliwi i czekamy niecierpliwie na spotkanie z tobą – ponownie zamilkła słuchając swojego rozmówcy – Na razie - odłożyła słuchawkę i popatrzyła na Zarembę uśmiechając się. Gdy rozmawiała wzrok miała wbity w ścianę, a twarz skupioną.
- Pański brat robi interesy z mężem?
- Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem. Ale istotnie, otwierają razem biznes. Przyjaźnią się od wielu lat.
- W jakiej branży?
- Środki chemiczne. Pan wybaczy, ale powinnam wracać. Mogłabym tylko pożyczyć grzałkę i trochę kawy?
- Leżą na komodzie. Proszę sobie wziąć – po tych słowach Marta wyciągnęła z kieszeni kilka monet.
- Proszę. Za kawę.
- Nie trzeba. Proszę iść i liczyć na łaskawość natury. Paskudna noc dzisiaj.
- Naprawdę mieszka pan z matką w tamtym domu? – mimo wcześniejszego zamiaru wyjścia zmieniła temat i usiadła na skraju biurka, choć tym razem telefonować nie zamierzała.
- Tak, dziwi to panią?
- Należałoby pogratulować pana matce słusznego wieku. Ludzie żyją coraz krócej.
- Moja żona żyła krótko.
- Przykro mi. Ma pan dzieci?
- Nie.
- Nie ma pan nikogo oprócz matki i siedzi pan samotnie w tym motelu, na tym krześle, wśród tego dymu. Nie przykrzy się panu?
- Samotność, moja droga, to mój wybór, z którego jestem zadowolony. To, co mówię, pewnie jest dla ciebie gorzkie, ale sam dla siebie jestem najlepszym przyjacielem. Dlatego, że sam siebie jestem w stanie zrozumieć, choć czasami, nie ukrywam, nawet z tym miałem problemy. Nie chodzi tu też o to, że zawiódł mnie system, w którym żyłem całe życie, czy, że nie widzę przyszłości dla tego, co teraz nadeszło. Chodzi o to, moja droga, że świat mnie zawiódł. Ludzie mnie zawiedli. Zawodzili, gdy byłem jeszcze młodszy od ciebie i robią to nadal. Dziś nie mam nawet kontaktu z córką.
- Mówił pan, że nie ma dzieci.
- Już nie – rzucił pospiesznie Zaremba – pani ciągle wierzy w ideały tego świata?
- Mnie nikt nie zawiódł. Może pora spojrzeć z optymizmem w przyszłość. Świat się zmienił. W ludziach wciąż jest wiele dobra. Ja mam spokojne sumienie.
Rozmowę przerwał Waldek, który gwałtownie otworzył drzwi, lecz nie wszedł do środka, pozostał za progiem.
- Gdzie ty się, do cholery, podziewasz?
Marta odwróciła od niego wzrok i spojrzała na Zarembę. Na jej twarzy ponownie pojawił się szczery uśmiech. Spojrzała staruszkowi prosto w oczy.
- Niech się pan trzyma – rzuciła na obchodne, chwyciła za grzałkę oraz kawę – Nie denerwuj się, misiaczku.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Heineken Open’er Festival 2009 - święto muzyki

Spóźniona, ale za to obszerna relacja Dominiki z tegorocznego Open`era.




[dominika]


Jak co roku, ogromna liczba ludzi odwiedza Gdynię po to, by doznać niezapomnianych wrażeń związanych z kolejną już edycją jednego z największych festiwali muzycznych w Europie, bo polski Open’er w tej chwili można już z całą pewnością do takich zaliczyć. W tym roku organizatorzy, przygotowali nam po raz pierwszy czterodniową imprezę i jak zwykle zapewnili publiczności Line-up pełen artystów z najwyższej półki. Pakujmy więc plecaki i jeszcze raz wyruszmy w tą ekscytującą podróż pełną dźwięków, niezapomnianej atmosfery oraz przesympatycznych ludzi.

Czwartek: 02.07.2009

Szczerze powiedziawszy byłam bardzo nastawiona, na Opening Day. No, ale mimo tego muszę przyznać, że spotkałam się, że sporym rozczarowaniem.
Tak się złożyło, że na teren festiwalu, razem ze znajomymi dotarliśmy w okolicach godziny 19.00, zatem zaraz po przejściu kontroli przy bramkach pognaliśmy do namiotu, na koncert The Car Is On Fire - z którego wyszłam bardzo szybko. Nie spodziewałam się cudów, po przesłuchaniu najnowszego krążka, jednakże będąc wcześniej na ich klubowym koncercie, miałam nadzieję, że starszymi przebojami podniosą rangę występu. Zawiodłam się jednak. Fatalne nagłośnienie, znikomy kontakt z publiką, która sama nie za bardzo wiedziała, czy ma stać czy skakać. Kawałki, które grali okazały się zlepkiem dźwięków, o bardzo małej wartości.
Z niecierpliwością czekałam zatem na występy Arctic Monkeys oraz Basement Jaxx.

Ta pierwsza grupa sprawiła, że mam dość mieszane uczucia. Minusem są oczywiście problemy techniczne, które w pewnym stopniu popsuły odbiór całego występu, jednakże odniosłam również wrażenie, (z całą sympatią do AM), że panowie strasznie się wywyższają i nie szukają zbytnio kontaktu z publicznością. Co do samej setlisty, nie zabrakło przebojów m.in: When the Sun goes down, I bet you look good on the dance floor czy Brainstorm. Pojawiły się także utwory z nadchodzącej płyty, które prezentują się w miarę dobrze. Całość jednak, w moim mniemaniu, była utrzymana w większości w konwencji spokojnej, „sennej” zabrakło mi trochę więcej ognia. Osobiście dziękuję za 505, który to został wykonany brawurowo, a jednocześnie bardzo żałuję, że w set liście zabrakło miejsca na Mardy bum.

Z mieszanymi uczuciami po koncercie Arktycznych Małp za to z wielkim uśmiechem na twarzy oczekiwałam występu Basement Jaxx. Ten niestety w dość dużym stopniu zniknął mi z twarzy, po tym co usłyszałam. Oczywiście nie zabrakło problemów z dźwiękiem, ale bardziej rozczarował mnie set. Zupełnie niepotrzebne wstawki, przekombinowane do granic możliwości, sprawiały, że koncert w pewnym momencie stał się straszliwie nudny i nie chciało mi się już nawet tańczyć. Ożywienie i częściowa rekompensata, przyszła wraz z genialnym Where’s your head at

Czwartek zapowiadał się rewelacyjnie, natomiast skończył się jedynie dobrze.


Piątek: 03.07.2009


Przyznaję - z całego rozkładu jazdy przewidzianego na tegorocznego HOFA, ten dzień uważałam za najsłabszy rozpatrując to pod względem ilości wykonawców, na których czekałam danego dnia (mam nadzieję, że nie zakręciłam). Z tego również względu, pojawiłam się pod główną sceną, niedługo przed The Kooks, na których poszłam bardziej z sentymentu, ponieważ, obecnie bardzo rzadko słucham ich nagrań. Zespół, który stanowi pewną konkurencję dla Arctic Monkeys i który muzycznie, jest od nich gorszy, dał naprawdę prawdziwy, porządny koncert - znacznie lepszy niż AM. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona atmosferą i całą sympatią, którą dało się zauważyć przede wszystkim od strony kapeli. Druga płyta, która wg mnie jest znacznie gorsza od debiutu, na żywo wypada naprawdę solidnie. Stałam dosyć blisko, widziałam praktycznie wszystko, choć odbiór wizualny końcówki koncertu zaburzył mi jakiś dwumetrowy Anglik, to i tak stwierdzam, że był to naprawdę udany występ.

No, ale czas kończyć, bo przed nami ktoś, na kogo czekałam od bardzo dawna. Ktoś, kto sprawił, że krzyczałam ze szczęścia w niebogłosy - gdy tylko dowiedziałam, się, że wystąpi na tegorocznym Openerze. Tym artystą jest oczywiście Moby. Udało mi się stać niedaleko sceny, miałam również sporo miejsca, nie było żadnego ścisku. Sam Moby to również niezwykle urokliwa i przesympatyczna osoba. I tak rozpoczęło się: na początek A seated night z ostatniego krążka, następnie rewelacyjne Extreme ways, nie zabrakło również przebojów: In my heart, Why does my heart feel so bad?, Bodyrock czy We are all made of stars, które wybrzmiało znacznie lepiej niż na płycie. Porcelain natomiast sprawiło, że przeniosłam się w zupełnie inny wymiar, w oku zakręciła się również łezka. Disco lies podoba mi się bardzo w wersji studyjnej, na żywo natomiast- zmiażdżyło mnie totalnie. Na Lift me up skakałam ostatkiem sił, jednakże nie pozwoliłam nogom odpuścić, wytrzymałam do końca. Zaskoczyło mnie pozytywnie to, że Moby sięgnął po swoje starsze kawałki jak Go. Zagrał również sporo utworów z ostatniego albumu: Wait for me, które zabrzmiały naprawdę dobrze. I tak usłyszeliśmy m.in. hipnotyzujące Pale horses, Walk with me czy utwór Mistake, który spodobał mi się niezmiernie. Koncert z pewnością zaliczam, do tych najlepszych na tegorocznym festiwalu, szkoda tylko, że skończył się dla mnie - zdecydowanie za szybko.

Po zakończeniu imprezy na dużej scenie, pobiegłam na końcówkę Crystal Castles. O ile po ogłoszeniu rozkładu występów, żałowałam, że grają w czasie Moby’ego, tak teraz wiem, że nie ma czego. Jeden wielki krzyk, jazgot, prymitywne momentami dźwięki. Światła, które przyprawiły mnie o ból głowy. I wszystko to trwało niecałą godzinę. Cieszę się, że nie byłam na całym koncercie.

Piątek zatem, to naprawdę wielka rekompensata, za dosyć rozczarowujący pierwszy dzień imprezy.


Sobota: 04.07.2009

Trzeci dzień festiwalowych przeżyć, to przede wszystkim oczekiwanie na występy
White Lies oraz Pendulum. Gdzieś w tle tego wszystkiego przewijał się, nic nieznaczący dla mnie Izrael i dosyć usypiająca dziewczyna o głosie, który mogę wytrzymać tylko w wersji studyjnej - Emiliana Torrini. Nie można również zapominać o niebezpiecznie chmurzącym się niebie, które to zwiastowało dosyć poważne kłopoty dla tych, którzy zapomnieli, bądź nie mieli możliwości zaopatrzenia się w niezbędne w takich sytuacjach kalosze. Obyło się jednak bez krzyku, padało niedługo, a ziemia nie była aż tak bardzo wilgotna. Wracając do występów.

Warto było stać godzinę w ogromnym ścisku, by w konsekwencji tego, przeżyć koncert White Lies, w drugim czy trzecim rzędzie po lewej stronie sceny. Widziałam wszystko bardzo dobrze, nagłośnienie było rewelacyjne, a set lista to praktycznie cały debiutancki album. Kapitalne wykonanie E.S.T, Farewell to the fairground, Fifty on our foreheads czy Unfinished bussiness. Dla mnie był to bardzo liryczny koncert, gdzie skakanie i obijanie się o innych, wcale nie było konieczne (z resztą nie miałam zbytnio możliwości), toteż przez większość występu stałam jak zaczarowana, co parę chwil przymykając oczy. Sam zespół zaś, był niezwykle zaskoczony tak gorącym przyjęciem przez fanów.

Kiedy zakończył się występ, nie zdążyłam nawet ochłonąć, bo właśnie wybiła godzina występu Pendulum. Gnałam więc z koleżankami co sił w nogach, by stać maksymalnie blisko, no i udało się. Sam koncert, to doznanie sięgające kosmosu (mimo początkowych problemów technicznych na Showdown, które lekko wyprowadziły mnie z równowagi). Niezwykły kontakt z opener’owską publicznością, skakanie jak najbliżej nieba, brawurowy covery I’m not alone - Calvina Harrisa czy Master of puppets z repertuaru Metallici. Zagrane zostały również inne znane hity z repertuaru zespołu m.in: Slam, Mutiny, Tarantula, Hold your color czy Propane nightmares.

Sobota więc, była naprawdę udana, żałuję tylko, że nie zdążyłam na cały koncert M83, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego.

Niedziela: 05.07.2009

Bardzo szybko nadeszła kulminacja tego muzycznego szaleństwa. Niedziela, to najbardziej oczekiwany przeze mnie dzień imprezy, przede wszystkim, ze względu na Kings of Leon i The Prodigy, a jednocześnie dosyć spore rozrzewnienie, ponieważ tegoroczny festiwal, nieodwracalnie dobiega końca, czy tego chcemy czy nie.
Ostatni dzień HOFa, to tylko i wyłącznie main stage.

Lily Allen była pierwszym w jakimś stopniu oczekiwanym występem, jednak gigantyczne, kolejki przed wejściem (nie widziałam jeszcze takich) sprawiły, że nieco się spóźniłam. Przyznam szczerze, że Angielka mnie rozczarowała i to dosyć mocno, O ile studyjnie - szczególnie nowy krążek brzmi naprawdę dobrze, to na żywo Lily wypadła bardzo blado, szczególnie nijako było z wokalem. Zatem w połowie koncertu udaliśmy się wraz ze znajomymi, na bardzo dobre frytki :].

Niedługo, po zakończeniu owego występu, zaczęliśmy zmierzać z powrotem ku głównej scenie, ponieważ wielkimi krokami zbliżał się koncert Kings Of Leon, którym to byłam niesamowicie podekscytowana xD.
Ścisk był ogromny, momentami rzeczywiście brakowało tchu, ale postanowiliśmy wytrwać tam z przodu, koło fińskiej flagi. Zaczęło się. Ogromna wrzawa publiczności i dość mocny akcent na początek - Be somebody. Początkowo chłopaki grali piosenkę za piosenką, nie mówiąc w zupełności nic, ale od pewnego momentu Caleb zwyczajnie się rozgadał. Były zapewnienia o miłości do Polski oraz o tym, że nas jeszcze odwiedzą, że polska publiczność jest niesamowita. Niektórzy ubolewają, że nie wyszli na bis, pragnę zauważyć jednak, że ich koncert przedłużył się znacznie, skończyli bowiem grać 15 minut , przed planowanym występem Briana Molko i reszty. Dla mnie atmosfera tego koncertu była naprawdę niesamowita. Totalnie zaskoczony tak pozytywnym przyjęciem przez fanów zespół, zachowywał się niezwykle zwyczajnie i skromnie. Przesympatyczni ludzie wokół, szczególnie Anglicy, z którymi udało się nawet dłużej porozmawiać. Setlista również wyborowa. Zagrali utwory z każdej płyty, nie zwracając w ogóle uwagi czy są to piosenki powszechnie znane, czy może nie. Dla mnie osobistym zaskoczeniem było: The bucket czy Black thumbail. Gdyby zagrali True love way - umarłabym ze szczęścia. Większość publiczności, znała przede wszystkim utwory z ostatniego albumu. Wielki krzyk towarzyszył pierwszym taktom Closer. Podczas Sex on fire wszyscy (w tym ja) darli się w niebogłosy, tak, że w ogóle nie słyszałam głosu Caleba. Use somebody zagrane niezwykle ciepło, publiczność śpiewała nawet chórki. Bardzo sentymentalnie zrobiło się na utworze Manhattan. No, a niedługo potem skończyło się, znacznie za wcześnie, bo dla mnie mogliby grać jeszcze bardzo bardzo długo.

Przyszedł czas na Placebo. Na koncert spóźniłam się nieco, ponieważ kupowałam chyba przedostatnią butelkę ciepłej wody gazowanej. Od strony technicznej ten występ to naprawdę majstersztyk. Świetne wizualizacje i nagłośnienie, Brian Molko wokalnie radził sobie bardzo dobrze, choć jego nowy image mi w zupełności nie odpowiada. Ich ostatni krążek Battle for the sun nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Z całego albumu, może dwa utwory wpadły mi w ucho, toteż wiedząc, że będą promować przede wszystkim, swoje ostatnie dokonanie, nie nastawiałam się jakoś na ten koncert.
Czułam, że nie usłyszę Without you I’m nothing, ale brak The bitter end zaskoczył mnie i to bardzo negatywnie. Pojawiło się sporo kawałków z ostatniego krążka, nie zabrakło utworów starszych m.in. Song to say goodbye, Infra-red, Every you, Every me, Special K, Taste in men czy Special needs. W całym tym występie nie było czuć ducha, starego, przejmującego Placebo. Pod tym względem koncert był dla mnie pusty i nijaki. Może jeszcze kiedyś doczekam się od strony owego zespołu czegoś naprawdę poruszającego. Niestety, nie tym razem.

Koniec festiwalu już bardzo blisko. Pozostali tylko oni- ekscentrycy w pełnym wydaniu. The Prodigy. Atmosfera wokół, dawała znaki, że będzie to naprawdę mocne uderzenie. Wszyscy czekali zniecierpliwieni, a zespół się spóźniał. W końcu, kiedy już zaczęło dawać o sobie znać zmęczenie, kiedy już zaczęły się powoli zamykać oczy, kiedy już nerwy ledwo trzymane były w ryzach, pojawili się, ku wielkiej uciesze, zgromadzonej publiczności i zaczęli od World’s On Fire. Jak można było to przewidzieć, było ostro i zaczepnie. Były stare przeboje, takie jak: Firestarter, Smack My Bitch Up, Breathe, przeplatane utworami z ostatniego krążka: m.in. Omen, Invaders Must Die, Take Me To The Hospital. Podczas Voodoo People wszyscy skakali, z przodu, tam gdzie byłam, nie dało się stać, tłum niósł cię ku górze - utrata kontroli. Na sam koniec tradycyjnie Out Of Space a chwilę potem te głupie uczucie, to przeświadczenie, że to nieodwracalny koniec, że znowu trzeba tyle czekać oraz kłębiące się w głowie pytanie:
Czemu Heineken Open’er Festival nie może trwać dłużej?

Niedziela była naprawdę genialnym dopełnieniem, tych minionych trzech dni. Całe szczęście, że zdecydowałam się zostawić kalosze w walizce.

Tegoroczny Open’er spełnił moje oczekiwania. Zespoły na które czekałam najbardziej w większości mnie nie zawiodły, nie zabrakło również zaskoczenia zarówno pozytywnego jak i tego negatywnego. Atmosfera jak zwykle bardzo sympatyczna i miła. Cieszy mnie to, że festiwalowi towarzyszyła tak cudowna pogoda, że nie zdarzyło się to co w roku 2007, bo obawiałam się niesamowicie.
Organizatorzy spisali się prawie w stu procentach, zdenerwowało mnie tylko to, że zabrakło napojów- można było przewidzieć, że w niedzielę będzie znacznie więcej osób niż w sobotę (a już wtedy wyraźne były braki). Autobusy, koleje miejskie- tu duży plus, jeździły naprawdę co chwilę (zdarzali się nawet kanarzy).
Chociaż po The Prodigy zostałam prawie zmiażdżona, bo tłum był niezwykle dziki i nieokiełznany, to siedziałam zarówno w Opener’owym autobusie jak i w szybkiej kolei miejskiej :D

Prywatnie chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy towarzyszyli mi podczas tegorocznej edycji Heineken Open’er Festival: Marta, Dora, Ola, Kross, Iza, Kacek, Michał. Te spacery po Wrzeszczu o 4.00 czy 6.00 rano – trzeba będzie powtórzyć za rok. Zatem, do następnego! :)
5 ciastek :]