GRA MUZYKA

niedziela, 7 listopada 2010

Stephen King - Pod Kopułą (2010)



[ania wasilewska-stawiak]
ocena: 10/10


"POD KOPUŁĄ." POD WRAŻENIEM.


Do takich książek podchodzi się podobnie jak do dawno niewidzianych, dobrych znajomych. Z tęsknotą, ale i oczekiwaniami, że stara przyjaźń nie ogorzała w miarę upływu lat. Że nasz druh nie rozczaruje, a pokrzepi, że będzie taki sam jak dawniej… Szczególnie gdy w historii znajomości zdarzyły się też – co nieuniknione – drobne przytyczki, niezamierzone przykrości czy jakieś przedawnione niedomówienia. Wówczas, każde spotkanie z ulubionym znajomym staje się okazją, by skorygować niedociągnięcia oraz by pobyć znów razem. Tak po kumpelsku… Do nowej powieści Stephena Kinga należało więc podejść z niewielką rezerwą. Zwłaszcza, widząc gabaryty książki zbliżone do ostatniego, niezbyt udanego, a wszak napisanego przez mistrza, horroru. Ponad dziewięćset stron książki Pod kopułą kojarzy się z - równie imponującą objętościowo - Ręką Mistrza. I napawa obawą, czy kolejny kolos nie będzie równie "przydługi". Bo w Ręce… dłużyły się wątki, opisy i dialogi. Natomiast w najnowszym dziele Króla nie nudzi nic. A wręcz, z obfitości skumulowanych emocji, szybko zaczyna nam brakować powietrza – zupełnie tak, jak mieszkańcom Chester’s Mill.

W osławionym przez "władcy grozy" stanie Maine znów dzieje się źle. Nad niewielkim miasteczkiem nagle powstaje tajemnicza kopuła, której negatywne działanie zaczynają odczuwać najpierw poszczególni mieszkańcy, a następnie cała uwięziona społeczność. Jak zwykle w takich sytuacjach: ktoś chce czerpać profity z zaistniałej sytuacji kryzysowej, a ktoś inny w panującym chaosie ukrywa swoje zbrodnie. Jedni ludzie próbują na własną rękę wydostać się z pułapki, a więc rozwikłać zagadkę klosza, inni zaś obywatele wpadają w panikę, osaczeni klaustrofobiczną zaporą. Pod wpływem tytułowej kopuły rozbijają się samoloty, wybuchają rozruszniki serc i inne, elektroniczne urządzenia. Zwierzęta leśne w popłochu pędzą przed siebie. Zwierzęta domowe pierwsze odczuwają, że atmosfera gęstnieje, a brak dopływu świeżego powietrza, z dnia na dzień, staje się śmiertelnie niebezpieczny. Potrzeba więc głównych bohaterów (w tych rolach: osoba spoza miasta, przypadkowo znajdująca się w epicentrum zdarzeń i całkowicie przypadkowo będąca byłym (bystrym i sympatycznym) żołnierzem amerykańskim, jak również redaktorka lokalnej gazety (bystra i sympatyczna), od lat próbująca dociec prawdy o polityce miasta, o szerzącej się w regionie korupcji).

Warto zapewnić, że powód zaistnienia klosza ma związek i ze złem dziejącym się w Mill – tu pole do popisu mają więc duchowni, przedstawieni we wstępie książki, w tzw. liście obecnych – i z działaniem sił nadprzyrodzonych, co w wypadku pisarstwa Stephena Kinga, nikogo już nie dziwi. Wspomniana lista obecności jest zabiegiem literackim, ułatwiającym zorientowanie się, kto jest kim w plejadzie postaci pobocznych. King – wielbiciel psów – nie rozczarowuje swoich fanów nawet w tej materii – lista zawiera imiona wybranych czworonogów wraz z nazwiskami ich właścicieli! Wiadomo więc, kto gra w czyim zespole. Władze miasta robią swoje werbując policję kryzysową. A reszta osób, w tym na przykład rodzina pewnego zacnego lekarza, skupia się na sprawach pilnych. Oto bowiem większość miejscowych dzieci zaczyna miewać dziwne halucynacje związane ze zbliżającym się Halloween. Pod kopułę zaś, od zewnętrznej strony, zjeżdżają się samochody wojskowe, mające pilnować dostępu do przeklętego klosza. Przez niezidentyfikowaną szybę świat ogląda sceny, rozgrywające się w Chester’s Mill. Coraz wyraźniej zaczyna być widoczne, że żywioł, jaki rozpętał się pod kopułą, przyniesie mnóstwo ofiar. King bowiem, jak to King, daje swym czytelnikom grozę oczekiwania na nagły zwrot akcji, niewinnie przelaną krew, a także to, co praktykował już wiele powieści wcześniej – psychozę rozszalałego tłumu. Być może prawdą jest, iż pisarz nad swą książką zaczął pracować w latach siedemdziesiątych, lecz z przyczyn technicznych (za wielki obszar osobowościowo – przestrzenny do ujarzmienia, zbyt mała wiedza na temat zjawisk fizycznych i chemicznych, które mogłoby zaistnieć w obrębie przedstawionej bariery), zaprzestał realizacji "kopułowego projektu". Być może, faktycznie, nad lekturą o równie imponującej objętości, musiał pochylać się sztab specjalistów. Na każde osiągnięcie znanego pisarza, znajdzie się przecież zarzut o nieoryginalność, o sztampowość. Lecz dla wyczekujących nowości "kingomaniaków" niestraszna jest nawet krytyka schematyczności horroru, negacja zbyt prosto zarysowanych w nim podziałów na dobrych i złych bohaterów. Wszak dla miłośników twórczości Stephena Kinga, dzieło Pod kopułą to ponowne, wyczekiwane i wymarzone spotkanie z ,,klasyką strachu”, z dawno niewidzianym przyjacielem, niesamowicie opisanym na kartach książki – to budzący dreszczyk kontakt z lękiem, że "gdyby tak się stało, jak się stało, to by się działo..." Kto znalazł się Pod kopułą, z pewnością jest pod wrażeniem.

poniedziałek, 25 października 2010

Julianna Awdiejewa plays Chopin

Krockus nie tylko popkulturą żyje. Na dowód tego zamieszczam moją ulubioną część Koncertu Fortepianowego e-moll Fryderyka Chopina zatytułowaną Rondo - Vivace w wykonaniu laureatki pierwszego miejsca XVI Koncertu Fortepianowego im. F. Chopina Rosjanki Julianny Awdiejewej.

[camel]


sobota, 2 października 2010

Hurts - Happiness



[dominika]
ocena: 8/10


MODA NA LATA OSIEMDZIESIĄTE TRWA


W ostatnim czasie wśród artystów mamy modę na retro. Tak też dzieje się w przypadku duetu Hurts, który cieszy się naprawdę sporą popularnością. Kilka dni temu dane mi było usłyszeć w radiu utwór Devotion nagrany z udziałem Kylie Minoque. Zaowocowało to sięgnięciem po cały album. Muszę przyznać, że nie rozczarowałam się ani trochę. Płyta Happiness hipnotyzuje od początku do końca. Genialne otwarcie piosenką Silver Lining oraz zwieńczenie dzieła przy pomocy The Water. Tutaj nie ma słabych kompozycji, wszystko jest dokładnie przemyślane i dopracowane do perfekcji. Całość dopełnia tajemnicza otoczka w postaci samych artystów i strony wizualnej.

Hurts kojarzą mi się trochę z wczesnymi Depeche Mode czy też Pet Shop Boys i Talk Talk. Można by więc powiedzieć, że to wszystko już było, że teksty i muzyka nie są niczym odkrywczym. Ale to nieważne. Słucha się tego wyśmienicie, a duet trafia do odbiorcy. I to się liczy. Czekam z niecierpliwością na występ na żywo, czuję, że Hurts mogą dołączyć do grona artystów Open’er Festival w 2011 roku. Oby tak było. Album oceniam dobrą 8 i wracam do słuchania.

czwartek, 16 września 2010

Płytowe premiery jesienne



[camel]


16 września
Maroon 5 - Hands all over [cd, deluxe]

Bończyk/Krzywański - Ideologia snu [cd+książka]
Serj Tankian - Imperfect harmonies [cd, cd/lp]
Bez Jacka i Słodki Całus - Ot tak po prostu, tom 2

20 września
Monika Brodka - Granda [cd, cd/dvd]
Eric Clapton - God meets Buddah (Tokyo 2009) [dvd]
Natu - Gram Duszy
Hurts - Happiness
Opeth - In live concert at The Royal Albert Hall [2dvd, 2dvd+3cd]
Thievery Corporation - It takes a thief
Manic Street Preachers - Postcards from a young man [cd, 2cd]
U2 - Sao Paulo, Brazil 1998
Oceansize - Self preserved while the bodies float up [cd, cd/lp]
Therion - Sitra Ahra [cd, lp]
David Bowie - Station to station [5cd, dvd, 3lp]
Motorhead - Steel your face (the early years live) [dvd]
Ms No One - The leaving room
Seal - VI Commitment
John Legend & Yhe Roots - Wake up [covery]
Brainstorm - Years and seconds

22 września
Vienio - Etos 2010

24 września
Sarah Blasko - As day follows night
Czyści jak łza - Filmujemy [cd/dvd]
Nikki Yanofsky - Nikki
Nikki Yanofsky - Live in Montreal [dvd]
Liza Minnelli - Liza`s at The Palace [dvd]
Gordon Haskell - One Day Soon
William Orbit - Pieces in a modern style [cd, 2cd]
Proletaryat - Prawda
Andrzej Brzeski - Tamte Panienki [live]

27 września
Slipknot - (Sic)Nesses
Duran Duran - Big Thing [cd, cd/dvd, lp]
The Beatels - Budokan, Tokyo 1966
Eric Clapton - Clapton [cd, lp]
George Michael - Faith [reedycja, 2cd, 2cd+dvd, 2cd+dvd+lp]
Grinderman - Grinderman 2 [cd, lp]
Various Artists - Kaczmarski & Jazz
Neil Young - Le Noise
Duran Duran - Live in Hammersmith `82 [dvd]
Ben Folds & Nick Hornby - Lonely Avenue [cd, lp]

18 października
Newest Zealand - Newest Zealand

25 października
Negatyw - Virus

październik
Kings Of Leon - [tba]

16 listopada
Rihanna - Loud

jesień

ŚCIANKA - [tba, 2cd]
EDYTA BARTOSIEWICZ - TAM, DOKĄD ZMIERZASZ [powrót po 12 latach]

piątek, 13 sierpnia 2010

Off Festival, 6-8 sierpnia 2010, Katowice. Część trzecia



[camel]

8 sierpnia - Dzień trzeci

Tradycyjnie, godzina: 15, miejsce: Scena Trójka Offensywa Stage. Grają Indigo Tree, składające się jedynie z dwóch osób: basisty oraz gitarzysto-wokalisty. Mimo dobrego przyjęcia przez offową publiczność to jeden z nielicznych koncertów tej edycji który nie podobał mi się. Może to wczesna pora, może zbyt małe instrumentarium, nie wiem.

Kyst to jak czytamy w grubym festiwalowym informatorze to „Sopocka formacja, która powstała Norwegii”. Skoro Sopot to i duże prawdopodobieństwo, że Maciek Cieślak ma związek z zespołem – faktycznie, był producentem ich debiutanckiej płyty. Koncert dwóch perkusistów i gitarzystów, w dużej części instrumentalny. Hałaśliwy, choć bywały i spokojniejsze fragmenty. Publiczności zebranej na Scenie Eksperymentalnej się podobało. Mnie też.

Następnie na Scenie Trójka Offensywa Natalia Fiedorczuk po raz trzeci czyli koncert reaktywowanego Happy Pills. Nie załapałem się na koncerty pierwotnego składu więc nie mam porównania. Jednakże sam występ udany, wokalistka magnetyzuje, trzy gitary oraz sekcja rytmiczna wygrywają energetyczne, melodyjne kawałki. Nazwa zespołu padała ze sceny często tak więc każdy zapamiętał na jaki koncert przyszedł.

Lao Che, podobnie jak Pustki wystąpiły na Offie po raz trzeci. Ja ich widziałem po raz pierwszy. Sporo kontrowersji narosło wokół tego zespołu (a głównie płyty Powstanie Warszawskie) jednak widać, że mają swoją wierną i oddaną publiczność. W repertuarze głównie utwory z ich dwóch ostatnich płyt - Gospel i Prąd Stały/Prąd Zmienny czyli piosenki takie jak Hydropiekłowstąpienie, Czas, Bóg Zapłać i Prąd Stały/Prąd Zmienny.

Przed 18 na Scenie Głównej wystąpił jeden z najsłynniejszych reprezentantów polskiego hip-hopu czyli O.S.T.R.. Był Początek, Po Drodze Do Nieba i Śpij Spokojnie. Na freestyle i improwizację w trakcie której Ostry zagrał na klawiszach także znalazło się miejsce. Jednakże koncert opierał się na konferansjerce głównej postaci wieczoru z której dowiedzieliśmy się o poglądach politycznych rapera (o krzyżu pod Pałacem Prezydenckim też było) i poznaliśmy jego rodzinę – a głównie syna, z którego Ostry jest bardzo dumny. Duży plus dla instrumentalistów, ta muzyka zdecydowanie lepiej brzmi w towarzystwie żywego składu.

Po koncertach krótka przerwa na niemuzyczne przedsięwzięcia. Artur Rojek chcąc poezji na Offie poprosił Wojciecha Kuczoka by ten mu ją zapewnił. Kuczok wolał prozaików, w związku z tym zaprosił m.in. Janusza Rudnickiego i Dorotę Masłowską. Sam też postanowił zaprezentować fragmenty swojej twórczości. Odczyt Rudnickiego uznaję za jeden z najjaśniejszych momentów tegorocznej edycji, choć niektórzy znali już jego fragmenty z 'Machiny', gdzie autor co miesiąc pisuje felietony. Żywy język, pojawiające się czasami wulgaryzmy i niesamowita barwność opisów zapewniły Januszowi Rudnickiemu poklask u publiczności. Po nim fragmenty opisów erotycznych ze swej najnowszej książki zaprezentował Wojciech Kuczok.

Po części literackiej na Scenie Leśnej wystąpili punkowcy z No Age. Amerykanie zgotowali swoim słuchaczom dawkę konkretnego czadu, choć osobiście drażnił mnie wokal śpiewającego perkusisty.

Po nich miał miejsce krótki odczyt polityczny laureatki nagrody literackiej NIKE Doroty Masłowskiej. Gdzieś pisano, że to miał być pastisz jednak nie odniosłem takiego wrażenia, bardziej mi to przypominało wypracowanie licealistki przygotowane na WOS. I czy ten śmiech, od którego nie mogła powstrzymać się autorka był zamierzony?

Następnie na Scenie Głównej zaprezentowali się Duńczycy z The Raveonettes. Zagrali dobrze, choć momenty wyjątkowo hałaśliwe, kłóciły mi się z następującymi po nich solowych wykonaniach Sharin Foo. Szczęśliwie znalazło się miejsce na ich największy przebój - Love in a trashcan.

Następnie na Scenie Leśnej na godzinę zawitała legenda polskiego „undergroundu” czyli grupa Kryzys, promująca wydaną z 25-letnim opóźnieniem płytę Koniec Komunizmu. Zagrali piosenki z których są najbardziej znani czyli Ambicję, Telewizję i Małe Psy. Choć raczej mało uczestników Offa pamięta ich z czasów pierwotnej działalności to zagrali porządny, punkowo-nowofalowo-reggae`owy koncert. Sprawa wiadomego krzyża też została przez Brylewskiego poruszona.

Gęsty tłum przed Sceną Główną świadczył o tym, że za chwilę wystąpi na niej największa gwiazda piątego Off Festivalu – The Flaming Lips. Napięcie budowały oryginalne wizualizacje na telebimie, których główną bohaterką była tańcząca kobieta. Równo o północy z jej wnętrza wyszli muzycy zespołu i rozpoczął się show jakiego ten kraj nie widział. Wokalista Wayne Coyne wszedł do wielkiej przeźroczystej kuli i przespacerował się w niej po pierwszych rzędach uradowanej publiczności, a w kierunku do widowni zostały wypuszczone ogromne ilości kolorowych balonów oraz morze pomarańczowo-żółtego konfetti. I tak było już do końca występu podczas którego towarzyszyła zespołowi grupa tancerzy po lewej i prawej stronie ubrana w pomarańczowe ubrania. Na mnie największe wrażenie zrobiły wielkie, laserowe ręce wokalisty, które na chwilę włożył. Sama muzyka, momentami bardzo energetyczna, świetnie współbrzmiała z licznymi efektami specjalnymi. Trudno o lepsze zakończenie festiwalu, a dokładniej działalności jego Sceny Głównej.

Po nich na Scenie Eksperymentalnej zagrało drugie dla mnie ekstremum imprezy czyli norweskie Shining. Potężna dawka blackmetalowej energii, połączoną z free jazem – w którym prym wiódł grający, poza gitarą, także na flecie i saksofonie wokalista. Świetne zakończenie występów live na tej edycji imprezy. Największą niespodziankę zostawili na koniec – kilkunastominutowa wersja pierwszego utworu z pierwszej płyty King Crimson czyli 21st Century Schizoid Man porwała wszystkich, w tym mnie.

Po tym koncercie na chwilę wpadłem jeszcze do Namiotu Trójkowego gdzie miał miejsce set Djski brytyjskiego Darkstara.

Podsumowanie

W trakcie trwania festiwalu warto było odwiedzić stoisko wytwórni Maćka Cieślaka czyli My Shit In Your Cofee na którym poza zremasterowaną wersją Statku Kosmicznego (fajnie mieć w końcu oryginał w normalnej cenie), Secret Sister, Pana Planety czy albumu Kings Of Caramel można było kupić debiutancki album Cieślaka i Księżniczek, DVD Ścianki z tegorocznego koncertu na Chłodnej w Warszawie, przeróżne koszulki czy magnesy. Przy odrobinie szczęścia można było także dostać autograf Cieślaka, który często na stoisku przybywał.
Świetna okazja do nabycia asortymentu MSIYC, tym bardziej, że te płyty można nabyć tylko przez sprzedaż internetową.

W sumie na terenie Doliny Trzech Stawów spędziłem 30 godzin biorąc udział w 27 koncertach. Przygotowanie imprezy oceniam bardzo dobrze. Sceny nie były zbyt oddalone od siebie co nie kazało przemierzać kilometrów po to by dotrzeć na którąś z nich. Strefa Gastronomiczna mogła by być bardziej różnorodna i tańsza. Piwo też mogłoby pozostać te które w latach ubiegłych – osobiście wolę Lecha niż Grolscha. Narzekano także na nadgorliwą ochronę, która sprawdzała nawet paczki papierosów. Trudno było także przedrzeć się przez tłum zmierzający do Sceny Leśnej i Trójkowej po zakończeniu koncertu na Głównej. Wszystko to jednak drobne niedociągnięcia które można łatwo poprawić. Większość z Was pewnie i tak będzie chciała przyjechać tu za rok, na szóstą edycję festiwalu by ponownie przeżyć niesamowite muzyczne emocje. Zatem do zobaczenia na Dolinie Trzech Stawów w 2011 roku!









Na dwóch pierwszych zdjęciach The Flaming Lips, na trzecim Lao Che, czwartym O.S.T.R, a na piątym Shining.

Off Festival, 6-8 sierpnia 2010, Katowice. Część druga



[camel]



7 sierpnia - Dzień drugi


Drugi dzień katowickiego Offa zacząłem jak zwykle o godzinie 15 koncertem na Scenie Trójka Offensywa . Tym razem koncertem Nathalie And The Loners. Za perkusją tego projektu zasiadł Maciej Cieślak (z blogu substanceonly.net dowiedziałem się, że Cieślak wspomógł na Scenie Leśnej pół godziny wcześniej zespół Manescape). Sam występ ciekawy, piosenki fajne, choć szkoda, że w większości zaśpiewane po angielsku – z wyjątkiem utworu Nerwowy potwór. Dobry finał, w którym za perkusją poszaleć mógł M.C.. A urocza Natalia Fiedorczuk wyrasta na czołową wokalistę sceny alternatywnej.

Poznański Plum fajnie zagrał, w dużej mierze instrumentalnie, z tego co pamiętam.

Po 16 na Scenie Głównej po raz trzeci na Offie zagrały Pustki. Otrzymaliśmy zestaw ich przebojów z Wesoły Jestem, Parzydełkiem, Koniec Kryzysu, Kalamburami na czele i Słabością Chwilową zagraną chyba na sam koniec. Był też jakiś premierowy utwór. Duża energia, a po wokalistce wcale nie było słychać chorego gardła.

Mitch & Mitch With Their Incredible Band widziałem od połowy. Zespół rozrośnięty do wymiarów nontetu (czyli aż dziewięciu osób) z tego co usłyszałem promował głównie swą najnowszą instrumentalną płytę XXII Century Sound Pioneers, choć znalazło się też miejsce bodaj dla jakichś piosenek z 12 Catchy Tunes (We Wish We Had Composed). Ten kto był na ich koncercie, ten wie, że może się spodziewać niespodziewanego. Nad wszystkim górowała konferansjerka i interakcje z publicznością Macia Morettiego, który jak zwykle wprowadził dużo humoru do występu tego oryginalnego zespołu.

Następnie po raz drugi na Offie, a po raz pierwszy na Scenie Głównej zaprezentowały się Muchy. Z lekką obsuwą spowodowaną awarią silnika ich pojazdu oraz przemową m.in. Prezydenta Miasta Katowic Piotra Uszoka, przepytywanego przez Piotra Stelmacha. Muchy, poszerzone o dodatkowego perkusistę w składzie zagrały miks utworów ze swoich obydwu płyt czyli Terroromansu i Notorycznych Debiutantów. Osobiście wolę ich debiutancki krążek więc utwory z tej płyty podobały mi się najbardziej – szczególnie nieśmiertelny Najważniejszy dzień, Zapach wrzątku i Miasto doznań, zagrane na sam koniec. Dobrze wypadły też reprezentanci Notorycznych – utwór tytułowy, trochę wolniejsze w stosunku do oryginalnej wersji Przesilenie i W zasięgu ramion. Zabrakło mi Brudnego śniegu oraz Kołobrzegu-Świnoujście ale w końcu koncert poznaniaków trwał zaledwie trzy kwadranse.

Archie Bronson Outfit na tej scenie zafundował słuchaczom dużą dawkę energii oraz intrygował przedziwnymi sukniami w które byli ubrani członkowie zespołu.

Tunng
było dla mnie zaskoczeniem drugiego dnia. Świetne piosenki rozpisane na dwie gitary akustyczne (choć jeden z panów przez moment zagrał owacyjnie przyjętą solówkę na elektrycznej) oraz stojącą pomiędzy nimi wokalistkę, grającą czasami na tamburynie.

Hey, główna polska gwiazda drugiego dnia zaprezentowała, podobnie jak podczas jesienno-zimowej trasy w albumowej kolejności, całe swoje poprzednie wydawnictwo Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, z najlepszymi momentami w postaci długiego finału Vanitas, następujących po nim, już z wokalistką na scenie Umieraj Stąd i Fazą Delta, utworem tytułowym oraz Boję się o nas i Kto tam, kto jest w środku?. Po odegraniu ostatniego krążka, niejako na deser usłyszeliśmy Missy seepy, szybszą wersję Heledore babe, Cudzoziemkę w raju kobiet i cover PJ Harvey Angelene. Osobiście wolałbym zwyczajny, pomieszany koncert, choć ten i tak będę wspominał miło.

Po zespole Kasi Nosowskiej na nieodległej Scenie Eksperymentalnej zainstalował się Lachowicz ze swoim, poszerzonym o ex-basistę Ścianki Andrzeju Koczanie oraz producentem ostatnich płyt Jacka Andrzejem Izdebskim, zespole. Repertuar koncertu opierał się w główej mierze na jego ostatniej płycie Pigs, Joys & Organs choć znalazło się też miejsce na jeden z najlepszych utworów z Za Morzami czyli Z niczego. Pewnym novum było to, że Jacek grał głównie na gitarze, a za klawiszami często zastępował go Koczan. Podobno spóźnili się dwadzieścia minut więc udało mi się zobaczyć ich cały, całkiem udany występ.

Pod koniec mojego pobytu na drugim dniu festiwalu widziałem fragment koncertu Dinosaur Jr., któremu, jak w czasie zapowiedzi oznajmił Piotr Metz, linia lotnicza zgubiła sprzęt i w związku z tym musieli zagrać na pożyczonym. Jednak z tego co usłyszałem nie wpłynęło to na jakość koncertu.









Na pierwszych trzech zdjęciach Muchy, na czwartym Nathalie & The Loners, a na piątym Hey.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Off Festival, 6-8 sierpnia 2010, Katowice. Część pierwsza

Dzisiaj i jutro moja relacja z piątego, od tego roku katowickiego Off Festivalu. Dzisiaj wrażenia z dnia pierwszego, a jutro z drugiego i trzeciego wraz z krótkim podsumowaniem całej imprezy.



[camel]
ocena: 7/10


Na początku należałoby zastanowić się czy Off Festival zyskał przenosząc się z rodzimego miasta Artura Rojka do stolicy śląskiej aglomeracji. Wszystko wskazuje na to, że tak. Większy budżet, większa frekwencja (podobno 15 tysięcy osób), jeden dodatkowy dzień i dobra, zbliżona do mysłowickiej parkowo-leśna lokalizacja.

6 sierpnia - Dzień pierwszy

Tegoroczny Off zaczął się dla mnie koncertem nowego projektu Borysa Dejnarowicza o nazwie Newest Zealand, który jednocześnie otwierał Scenę Trójka Offensywa. Niestety z powodu dość sporej kolejki przy wejściu dane mi było zobaczyć tylko kwadrans z półgodzinnego występu, który oceniam dość dobrze. Z utworu na utwór coraz lepiej, widać potencjał projektu. Ciekawe jak to zabrzmi na zapowiadanej na jesień płycie. A pod pseudonimem Peter Bergstrand ukrywał się Afrojax z Afro Kolektywu.

Jako następni na tej scenie zaprezentowali się Cieślak i Księżniczki. Pod nazwą tego projektu kryją się: znany wszystkim Maciek Cieślak oraz damski tercet smyczkowy. Koncertowo wspomagały zespół dwie panie – jedną z nich była Natalia Fiedorczuk, który na Offie wystąpiła jeszcze dwukrotnie z Nathalie & The Loners i Happy Pills. Sam koncert, skutecznie zagłuszany przez Kima Nowaka na Scenie Głównej czyli mBankowej, urokliwy choć momentami trochę senny. Ale ten projekt chyba taki właśnie miał być – eteryczne piosenki, śpiewane po angielsku przez Cieślaka z towarzyszeniem gitary akustycznej ozdobione subtelną grą jego Księżniczek. Pewnie lepiej zabrzmiał materiał na, mającej swoją premierę na Offie, płycie wydanej przez wytwórnie Maćka, ale o niej potem.

Przed 19 na Scenie Leśnej zaprezentowali się reaktywowani po siedmiu latach Something Like Elvis. I to był dla mnie jeden z najlepszych koncertów całego tegorocznego Offa. Pełne rockowej energii, w dużej mierze instrumentalne kompozycje ze znaczącym udziałem akordeonu rewelacyjnie zabrzmiały tego wieczora. Duże zaskoczenie, aż ciekaw jestem ich jesiennej trasy.

W okolicach The Horrors na Głównej zaczęła mnie boleć głowa więc koncert spędziłem w pozycji siedząco-leżącej, jakichś większych wrażeń pozytywnych nie doświadczając z płynącej ze sceny muzyki. Na Fenneszu wejść do środka nie było jak więc wybrałem mieszczącą się nieopodal ławkę. Jak wiadomo muzyka Austriaka do najłatwiejszych nie należy, a i warunki odbioru średnie więc raczej nie mogę wydać jakiejś konkretnej opinii. Ciekawiej pewnie wypadł by ten koncert w bardziej kameralnych warunkach. Ból głowy nie minął więc wolałem się przenieść pod Scenę Główną gdzie próbę miała chyba najważniejsza polska gwiazda imprezy.

Mowa oczywiście o Lenny Valentino. Zespole, który nagrał jedną rewelacyjną płytę, zagrał trasę koncertową po czym się rozpadł. Pierwsze jednorazowa reaktywacja miała miejsce na pierwszym Offie w 2006, jednak wtedy za perkusją, w miejsce nieobecnego Arkadiusza Kowalczyka, zasiadł Macio Moretti. Tym razem, po czterech latach zobaczyliśmy oryginalny skład tego niezwykłego projektu. Koncert był transmitowany przez Trójkę, a zespół odegrał kawałek po kawałku swoją jedyną płytę czyli Uwaga! Jedzie Tramwaj z 2001 roku. Było kilka świetnych momentów do których zaliczam otwierające album i koncert Zniszczyłaś to czy zniszczyłem to ja, dodatkowy, gitarowo-czadowy finał Jesteśmy dla siebie wrogami oraz poruszające Dla Taty. W Chłopcu z plasteliny Jacek Lachowicz zmienił trochę swoje partie klawiszowe, w Dzieci 2 brak było głosów tytułowych bohaterów. Generalnie udany koncert, choć nie tak magiczny jak ten z katowickiego Mega Clubu z 2001 czy ten sprzed czterech lat kiedy zagrali cudowną wersję hitu Alan Parsons Project Don`t Answer Me (którą grali także na trasie promującej Tramwaj) i utwór z epki Dom Nauki Wrażeń. Fajnie by było jakby ktoś wydał któryś z ich offowych koncertów na DVD.

Na zakończenie tego dnia widziałem początek koncertu The Fall, ale jednak nie chciało mi się na nim zostawać do końca.







Na fotografiach (przepraszam za kiepską jakość) kolejno: Cieślak i Księżniczki, Something Like Elvis i dwukrotnie Lenny Valentino.

piątek, 9 lipca 2010

Półroczne podsumowanie filmowe. Styczeń-czerwiec 2010.

Tym razem filmów o połowę mniej niż poprzednim półroczu. Żaden też nie zbliża się poziomem do Domu Złego, ale takie dzieła zdarzają się przecież bardzo rzadko.



[camel]


6. Dziewięć [5.5/10, styczeń]

Historia reżysera (Daniel Day-Lewis), który nie ma pomysłu na swój następny film. Reklamowany jako film twórców Chicago, choć nie ma się co z nim równać. Pomimo udziału wielkich gwiazd z Sophie Loren, Penelope Cruz, Kate Hudson i Nicole Kidman na czele zawiódł moje oczekiwania. Najbardziej zapada w pamięci Marion Cottilard oraz piosenka Cinema Italiano śpiewana przez Kate Hudson.

5. Trick [6/10, marzec]

Opowieść o genialnym fałszerzu dolarów (Piotr Adamczyk), który odsiaduje wyrok i dostaję interesującą ofertę od policjanta (Andrzej Chyra), na którą jeśli przystanie to zostanie mu skrócony wyrok. Grają uznani aktorzy, oprócz Adamczyka i Chyry w Tricku występują jeszcze Robert Więckiewicz, Marian Dziędziel, Jerzy Trela, Grażyna Szapołowska i Karolina Gruszka. Jednak film ledwie poprawny, choć przecież każda okazja jest dobra by obejrzeć w akcji Karolinę Gruszkę.

4. Piksele [6.5/10, kwiecień]

Dzieje pewnego telefonu komórkowego, a dokładniej cztery niezależne opowieści z nim związane. Z czego pierwsza z Anią Cieślak grającą reporterkę goniącą (na motorze) za skandalem i czwarta z Olgą Bołądź w roli wnuczki wracającej pochować swojego dziadka najlepsze. Niezłe i zaskakujące formalnie.

3. Ciacho [7/10, styczeń]




Plejada polskich gwiazd – Marta Żmuda-Trzebiatowska, Tomasz Kot, Paweł Małaszyński, Marcin Bosak, Tomasz Karolak, Joanna Liszowska, Danuta Stenka, Wojciech Mecwaldowski, Marieta Żukowska w komedii reklamowanej zapewne jako najśmieszniejszy film roku czy coś w tym stylu. I jeżeli przetrwamy pierwsze pół godziny filmu, które momentami są żenujące, to obraz może się naprawdę spodobać. Pod koniec robi się z Ciacha nawet film sensacyjny. A panów pewnie ucieszy fakt, że przez chwilę będą mogli oglądać Martę Żmudę-Trzebiatowską topless.

2. Beats Of Freedom [8/10, kwiecień]




O samym filmie już pisałem tutaj więc przyznając srebrny medal mogę jeszcze raz zapewnić, że to świetny dokument, którego brakowało w polskiej kinematografii. Świat polskiego rocka głównie lat 80-tych wzbogacony świetnymi archiwaliami i wypowiedziami ważnych person tamtych czasów – Marka Niedźwieckiego, Kory, Skiby, Muńka Staszczyka czy Kazika. Warto.

1. Sherlock Holmes [8.5/10, styczeń]




Zaskoczenie. Sherlock Holmes przedstawiony nie w konwencji starszego pana w kapeluszu palącego fajkę, a raczej Dr. House`a. Plus świetny montaż, fascynujące zdjęcia dawnego Londynu oraz postaci Holmesa i Dr Watsona grane przez odpowiednio Roberta Downeya Jr i Juda Law`a. Choć momentami w nadmiarze detali, szczegółów i szczególików można się pogubić to zdecydowanie warto zobaczyć.

wtorek, 8 czerwca 2010

Płytowe premiery letnie



[camel]


11 czerwca
Uffie - Sex, dreams and denim jeans

14 czerwca
Candy Dulfer - Candy store
Suzanne Vega - Close up vol 1, Love songs
The Chemical Brothers - Further
Sarah McLachlan - Laws of illusion
Tom Petty & The Heartbreakers - Mojo
Green Day - Selections from original Broadway
Take 6 - The Standard
Oasis - Time Flies...1994-2009 [cd,dvd,3cd+dvd]

15 czerwca
Eldo - Zapiski z 1001 nocy

18 czerwca
Robyn - Body talk pt. 1
Goran Bregovic - Alkohol
Hey - Fire [reedycja]
Hey - Ho! [reedycja]
Hey - ? [reedycja]
The Drums - The Drums

21 czerwca
Christina Aguilera - Bionic
Bruce Springsteen & The E Street Band - London calling : Live in Hyde Park [dvd]
Eminem - Recovery
Ozzy Osbourne - Scream
The Dandy Warhols - The best of Capitol years 1995-2007

25 czerwca
Scissor Sisters - Night work
Macy Gray - The Sellout
Papa Roach - To be loved: The best of Papa Roach
The Doors - When you`re strange [ost]
Kenny G - Heart & Soul

2 lipca
Laurie Anderson - Homeland
Zero 7 - Record

5 lipca
Kylie Minogue - Aphrodite [cd,cd/dvd]
Herbie Hencock - The imagine project

jesień
ŚCIANKA - [tba]
MYSLOVITZ - [tba]

niedziela, 9 maja 2010

"Miłość Larsa" w reżyserii Craiga Gillespie (2007)



[dominika]
ocena: 9/10


Pora roku jaką jest zima potrafi ludzi wprawić w przygnębienie. W szczególności gdy mieszka się w miasteczku, w którym nic się nie dzieje, a każdy z obywateli tej społeczności zna innych jak własną kieszeń. W takiej specyfice żyje Lars, mężczyzna, który zdaje się ma około 30 lat, posiada pracę, a jego najbliżsi to brat i jego żona, którzy w niedługim czasie zostaną rodzicami. Życie Larsa nie należy do ekscytujących. Codzienność i rutynę związaną z pracą przepełnia nieśmiałość, nieprzystosowanie i dość zamknięta postawa wobec świata, a także samotność, ponieważ nasz bohater nie ma ani dziewczyny, ani narzeczonej. W związku z tym wszyscy starają się mu pomóc, wciąż pytają, dręczą…
W końcu Lars przyprowadza pewną uroczą damę jaką jest Bianca. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że Bianca jest gumową lalką…

Miłość Larsa to przepiękna opowieść o poszukiwaniu, o przyjaźni, miłości, a także samotności po części z wyboru - po części z konieczności (nie będę zdradzać fabuły). Film pokazuje jak trudno odnaleźć się będąc nieprzystosowanym do schematów jakie często każe nam obierać życie. Pokazuje również jak trudno być singlem, podczas gdy w dzisiejszych czasach szczególnie rodzina naciska na to by każdy miał przy sobie drugą osobę. Niezwykle prawdziwy, ciepły i wzruszający film, będący po części swoistą metaforą, po części prawdą. Bardzo dobra rola Ryana Goslinga, który był niezwykle przekonujący. Szkoda tyko, że tak dobre i wartościowe filmy mają swoją premierę np. w kolekcji Gazety Wyborczej, ponadto z dosyć sporym opóźnieniem.
Dzieło do którego warto wracać. Polecam.

wtorek, 27 kwietnia 2010

„Beats of freedom – zew wolności” w reżyserii Wojciecha Słoty i Leszka Gnoińskiego (2009)



[camel]
ocena:8/10


Brakowało w polskiej kinematografii filmu, który przedstawiałby losy polskiego rocka. Na szczęście film autorstwa panów Słoty i Gnoińskiego uzupełnił ów brak. Narratorem tego dokumentu jest Chris Salewicz, brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia, który przyjeżdża do Polski by dowiedzieć się jak wyglądał polski rock za czasów komunizmu. Poznajemy dzieje tego gatunku od lat 60-tych, w których Czesław Niemen na festiwalu w Opolu wyśpiewał pierwszy polski protest-song Dziwny jest ten świat oraz Rolling Stonesi występowali w warszawskiej Sali Kongresowej, aż do lat 80-tych, którym została poświęcona większość filmu. Wypowiedzi znaczących muzyków tego okresu m.in. Kory, Muńka Staszczyka, Zbigniewa Hołdysa, Kazika, Tomka Lipińskiego, Lecha Janerki, Krzysztofa Skiby, Jarka Janiszewskiego, Wojciecha Waglewskiego autora tekstów Andrzeja Mogielnickiego, dziennikarza i twórcy Listy Przebojów Programu Trzeciego Marka Niedźwieckiego czy Jurka Owsiaka są przeplatane archiwalnymi ujęciami dokumentującymi strajki, kolejki w sklepach czy narodziny Solidarności.

Dowiadujemy się jakie problemy twórcy rocka mieli z cenzurą i władzą –m.in. Krzysztof Skiba opowiada o uczestnictwie w Pomarańczowej Alternatywie i aresztowaniu, Marek Niedźwiecki o znaczeniu Listy Przebojów, Kazik o cenzurze, a Kora o błędnym odczytaniu przez władzę piosenki Parada słoni i róża, którą wzięto za komentarz do ataku Rosji na Afganistan. Możemy się z filmu dowiedzieć również o inwigilacji Służby Bezpieczeństwa na największym festiwalu rockowym w tej części Europy czyli Jarocinie. Beats of Freedom pokazuje jak świetnie bronią się po latach piosenki takich zespołów jak Republika, Maanam, Perfect, Brygada Kryzys czy Lady Pank. Pokazuje również, że muzyka rockowa miała swój udział w upadku poprzedniego systemu. Dla starszych widzów film ten będzie sentymentalną podróżą w przeszłość, dla młodszego pokolenia szansą na poznanie ówczesnej muzyki rockowej na tle ważnych wydarzeń społeczno-politycznych lat 80-tych. Wszystkim fanom muzyki polecam obejrzenie tego ciekawego dokumentu.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

"Wyspa tajemnic" w reżyserii Martina Scorsese (2010)

TAJEMNICZA WYSPA POD WODZĄ SCORSESE




[dominika]
ocena: 9/10


Na najnowsze dzieło Martina Scorsese czekałam naprawdę z niecierpliwością. Jestem fanką zarówno reżysera, jak i Leonardo DiCaprio, a ponadto chciałam obejrzeć dobrze zrealizowany film o takiej właśnie tematyce. No i muszę przyznać, że moje oczekiwania zostały spełnione, niemalże stuprocentowo.

Tytułowa Shutter Island to wyspa na której znajduje się szpital dla przestępców z różnymi zaburzeniami psychicznymi. Jest to odizolowane miejsce skąd ucieczka jest praktycznie niemożliwa. A jednak - udaje się to jednej z tamtejszych pacjentek. To wydarzenie staje się powodem przybycia na wyspę szeryfa federalnego Teddy`ego Danielsa (Leonardo DiCaprio) wraz ze swoim partnerem (Mark Ruffalo). Śledztwo od samego początku przebiega w dość zaskakujący sposób i owiane jest jakąś zawieszoną nad nim tajemnicą. Dodatkowo do wyspy dociera tornado, które zakłóca kontakt z lądem, zaczynają dziać się dość dziwne rzeczy, a samemu szeryfowi rzeczywistość zaczyna uciekać przez palce…

Wyspa Tajemnic nie jest filmem, który porusza temat niepokazywany wcześniej w kinie. Mogłoby się więc wydawać: po co reżyser takiej klasy realizuje coś, co już było? Nic bardziej mylnego. Wszystko jest tu podane wyśmienicie. Obraz trzyma w napięciu od początku do końca. Mamy tu mroczną, potęgującą wrażenia znakomitą muzykę, klimatyczną scenografię i aktorstwo naprawdę wysokiej klasy. Ponadto film nie jest jednoznaczny, przemyślenia widza na temat tego, jak ta historia się zakończy mogą zmieniać się w naprawdę zawrotnym tempie. Każda minuta jest tak samo ważna, każdy detal ma większe lub mniejsze znaczenie, niektóre rozwiązania zaś przyprawiają widza o dość spore zaskoczenie.

Najnowszy obraz Martina Scorsese pozostanie w mojej głowie naprawdę bardzo długo. Spodziewałam się solidnego, dobrego kina, a otrzymałam coś znacznie bardziej zadowalającego. Chyba pokuszę się o stwierdzenie, że ostatnim razem takich emocji i totalnego oniemienia doznałam po seansie znakomitego Lęku pierwotnego. Polecam z czystym sumieniem.

niedziela, 28 marca 2010

Płytowe premiery wiosenne



[camel]


29 marca
Pavement - Quarantine the past: The best of Pavement
Various Artists - The limits of control (Soundtrack)
Bonnie Prince Billy - The wonders show of the world
The Knife - Tomorrow in a year

30 marca
Dżem - 30. urodziny [3 dvd + 4 cd]

2 kwietnia

Black Rebel Motorcycle Club - Beat the devil`s tattoo

5 kwietnia
Jonsi (Sigur Ros) - Go
The Doves - The Best of [cd/dvd]

6 kwietnia
Ania - Ania Movie

9 kwietnia
David Byrne & Fatboy Slim - Here lies love
Craig David - Signed sealed delivered

12 kwietnia
Vaya Con Dios - Comme on est venu
MGMT - Congratulations [cd, lp, limited edition]
Czesław Śpiewa - Pop

13 kwietnia
Happy Pills - Retrosexual

16 kwietnia
Pink Freud - Monster jazz
Kate Nash - My best friend is you

19 kwietnia
Cypress Hill - Rise up

20 kwietnia
Robert Gawliński - Kalejdoskop

23 kwietnia
Cieślak i Księżniczki - [tba]

26 kwietnia
Boogie wonderland: The best of Earth, Wind and Fire
Gotan Project - Tango 3.0

27 kwietnia
Cree 15 - Cree z Orkiestrą Kameralną Miasta Tychy

3 maja
Nigel Kenedy - Shhh!

7 maja
Rufus Wainwright - All days are nights: Songs for Lulu

jesień
ŚCIANKA - [tba]
MYSLOVITZ - [tba]

środa, 17 marca 2010

"Tatarak" w reżyserii Andrzeja Wajdy (2009)



[dominika]
ocena: 8/10


Za panem Andrzejem Wajdą nie przepadam i to chyba nigdy się nie zmieni. Jednakże byłam bardzo ciekawa tego filmu, przede wszystkim ze względu na specyfikę jego nakręcenia. Z jednej strony mamy tutaj ekranizację opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, a z drugiej dokument o treści bardzo osobistej dla Krystyny Jandy, ponieważ przedstawia on niedawną śmierć jej męża. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, o czym jest mowa w samym opowiadaniu, napiszę tylko, że ukazane są tu - nie dla każdego widoczne - przepiękne powiązania pomiędzy treścią opowiadania, a przeżyciami pani Jandy. Z resztą ona sama w pewnym momencie stwierdza, że Tatarak zawsze będzie jej przypominał o prywatnych doświadczeniach o których opowiada w filmie. Wszystko to otoczone jest piękną scenografią, zresztą film kręcony był 30 km od mojego miasta - w Grudziądzu, który jest tutaj nadzwyczajnie piękny.
Tatarak z pewnością nie jest filmem łatwym w odbiorze. Narzuca bowiem bolesną prawdę, że śmierć zawsze przychodzi za szybko, nawet jeżeli człowiek się w pewnym stopniu na nią przygotuje oraz, że życie naprawdę przemija i to zdecydowanie za szybko. To jeden z nielicznych polskich obrazów z ostatnich lat, który przypadł mi do gustu.

piątek, 5 marca 2010

"Coco Chanel" w reżyserii Anny Fontaine (2009)

KREACJE COCO, KREATYWNOŚĆ AUDREY




[ania wasilewska-stawiak]
ocena: 10/10


Na samym początku była Amelką, która z kina francuskiego, radosnym truchtem, dotarła do kina światowego. Hollywood potrzebowało kruchej, zamyślonej aktorki, pijącej herbatę z mlekiem oraz wdzięcznie wcinającej croissant. Naiwna, rzekomo bardzo dziewczęca bohaterka filmu Amelia, zachwycała się otaczającą ją codziennością. Wiosną w Paryżu, odgłosem pękających bąbelków w opakowaniach foliowych, latem w Paryżu, smakiem truskawek, jesienią w Paryżu, deszczem na szybie urokliwej kafejki, zimą w Paryżu i płatkami śniegu, wirującymi wokół Wieży Eiffla… Na miejscu tej młodej dziewczyny każdy byłby zachwycony, nie dziwi więc Ameliowy apetyt na życie czy chęć znalezienia sobie ‘misji do wykonania’. Kolejną więc misją uroczej Audrey Tautou było udowodnienie swoim fanom, że nie jest tylko eteryczną istotką idealną do kochania i pielęgnowania (wizerunek ten potwierdziła także w filmach Bóg jest wielki, a ja malutka, Miłość. Nie przeszkadzać!), ale również aktorką pełną wigoru plus artystycznego potencjału. Czy udało się udowodnić te cechy, niechaj rozsądzają fani Kodu da Vinci. Kolejny kasowy hit z udziałem Tautou, choć z pewnością zapisał się w historii kinematografii jako pop-adaptacja fabularna pop-powieści jakoby sensacyjnej, dla mnie nie jest miernikiem talentu pięknej Francuzki. Następne próby wyrobienia sobie aktorskiej marki również spełzły na niczym, bo rodacy i tak bezkrytycznie wielbili swą nową Audrey, a kinomaniacy kojarzyli "tę, no, Amelię", która zagrała w Kodzie u boku samego Toma Hanksa.

Wreszcie, wielka kampania promocyjna, towarzysząca ekranizacji biografii Coco Chanel, ujawniła nieznane oblicze znanej gwiazdy. Anne Fontaine zdecydowała się, by w swój autorski sposób opowiedzieć o wydarzeniach, które ukształtowały najsłynniejszą projektantkę mody. W pięknie uwiecznionym dziele (znakomite zdjęcia, bogata scenografia, zapierające dech kostiumy – kreacje Chanel) reżyserka skupiła się na surowym wychowaniu malutkiej Gabrielle, na trudnej – kabaretowej młodości ambitnej Coco. Audrey Tautou brawurowo pokazała, jak gorzka przeszłość wpłynęła na czupurny charakter Chanel. Udowodniła, przy użyciu swych znakomitych aktorskich umiejętności, że chudziutka chłopczyca może uwodzić milionerów. Że może osiągnąć sukces zawodowy o jakim nie śniło się przedwojennym dyktatorom stylu. Oglądając film o historii Chanel, mniej skupiam się więc na wątku miłosnym głównej bohaterki, przeszywa mnie bowiem świdrujące spojrzenie czarnookiej Tautou. Spojrzenie to, jeśli wierzyć starym fotografiom, jest kopią czujnego spojrzenia genialnej Coco. Zachwyca mnie wdzięk szczuplutkiej kobiety, dumnie noszącej spodnie, krawat, białe koszule i czarne suknie. I małe kapelusze, pozbawione karnawałowych ozdób, tak charakterystyczne dla wizerunku "Pani Chanel". Myślę, że śmiało można stwierdzić, iż Audrey Tautou, zainspirowana losem odtwarzanej przez siebie postaci, wykazała się ogromną klasą aktorską. Jej kreatywność zasługiwała na taką rolę. Przecież o Coco Chanel może opowiadać (wyłącznie po francusku!) wyłącznie Francuzka. Wyłącznie taka Francuzka jak Audrey Tautou.

środa, 3 marca 2010

Półroczne podsumowanie filmowe.
Lipiec-grudzień 2009, część druga.



[camel]


6. Nigdy nie mów nigdy [7/10, listopad]

Anna Dereszowska w roli singielki starającej się o dziecko. Jan Wieczorkowski jako jej adorator. Że niby tania psychologia, tanie emocjonalne chwyty? Ja tam nie wiem, ale widać Dereszowska grała dla mnie na tyle wiarygodnie, że mnie przekonała. Miło oglądać (szkoda, że tylko w drugoplanowej roli) coraz lepszą Marietę Żukowską, a tytułowa piosenka Ani Dąbrowskiej bardzo udana.

5. Galerianki [7/10, wrzesień]

„Zresztą w naszych czasach miłość nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać”. Trudno o zdanie, wypowiadane w filmie przez Milenę, które lepiej streszcza Galerianki. Charakterystycznymi cechami debiutanckiego filmu Katarzyny Rosłaniec jest świetna muzyka O.S.T.R`a, Mosquito i Skinny Patrini oraz niezwykle nasycone, żywe kolory. Jeżeli ktoś chce pogłębionej analizy problemu to w tym filmie jej nie znajdzie, acz może zastanowi się mocniej nad problemem nastoletniej prostytucji (sponsoringu?) wśród młodych lasek, którym mało kto poświęca uwagę. Poza tym czy reżyserka filmu nazywając przywódczynię Galerianek Mileną inspirowała się piosenką Katarzyny Nosowskiej? Wszak "Milena to dziwka, tak zwykli mówić Ci, co jej nie mieli, a bardzo chcieliby mieć".

4. Ostatnia akcja [8/10, wrzesień]

Seniorzy polskiego kina, w gronie których znaleźli się m.in. Jan Machulski (jego ostatnia rola), Barbara Kraftówna, Marian Kociniak i Alicja Janowska w akcji oraz reprezentujący młodsze pokolenie Antoni Pawlicki i Karolina Gorczyca. Grupa byłych powstańców próbuje odegrać się na nieuczciwym mecenasie Szaro (granym przez Piotra Fronczewskiego), u którego pracował wnuk jednego z nich. Dość wartka akcja, wyraziste postaci oraz dużo humoru. Warto zobaczyć.

3. Rewers [8.5/10, listopad]




Obsypany wszelkimi możliwymi nagrodami debiutancki film Borysa Lankosza moim zdaniem nie jest może aż tak wybitny i udany jak oceniają go niektórzy krytycy, ale na pewno jest dziełem wartym obejrzenia. Polska w epoce stalinizmu jest miejscem, w którym toczy się historia trzech kobiet: Sabiny (Agaty Buzek), jej matki (Krystyny Jandy) i babki (Anna Polony). Jako, że Sabina ciągle nie może znaleźć sobie męża jej mama i babka ciągle próbują znaleźć kogoś odpowiedniego. Nieskutecznie do czasu, gdy na horyzoncie pojawia się Bronek (Marcin Dorociński). Wydaje się on być świetnym kandydatem dla Sabiny, choć jak się później okaże niekoniecznie… Czarno-biała czarna komedia z udaną jazzową muzyką jazzową Włodzimierza Pawlika. Ogląda się dobrze, choć ciągle nie rozumiem dlaczego ludzie oceniają ten film wyżej od tego z pozycji No.1 w moim rankingu. Czyli lekki overrated.

2. ENEN [9/10, wrzesień]




Wrocław, rok 1997 czyli podczas i zaraz po Powodzi Stulecia, która te miasto dotkliwie doświadczyła. Pracujący w szpitalu psychiatrycznym młody lekarz Konstanty (Borys Szyc) zaczyna interesować się losami tytułowego NN czyli pacjentem cierpiącym na amnezję, z którym nie ma kontaktu, a wszystkie dokumenty dotyczące jego osoby zaginęły. Wiadomo tylko, że nazywa się Paweł Płocki. ENEN to kolejny po Komorniku świetny obraz przedstawiciela Kina Moralnego Niepokoju. Trzyma w napięciu do samego końca fundując nam niespodziewane zakończenie. A Wrocław po raz kolejny udowadnia, że jest odpowiednim miastem do kręcenia w nim filmów i seriali. Więcej takich filmów, proszę!

1. Dom zły [10/10, grudzień]




Są takie filmy, płyty, książki czy spektakle teatralne, które uważamy za skończone. W których nie umiemy znaleźć jakichś wad, słabych stron. Takim dziełem jest dla mnie drugi (po Weselu) pełnometrażowy film Wojciecha Smarzowskiego. To obraz wstrząsający, traumatyczny i GENIALNY. Opowiada historię Edwarda Środonia (Arkadiusz Jakubik), który po stracie żony dostaję pracę w Bieszczadach. Po dotarciu na miejsce, w trakcie deszczowej nocy gubi się. Jedynym domem w okolicy jest pewien samotny dom zamieszkiwany przez Dziabasów, w którym postanawia się schronić, by rano wyruszyć do celu. I tutaj zaczyna się prawdopodobnie najokropniejsza przygoda jego życia. Film toczy się równolegle w dwóch planach: jesienią `80 kiedy owe wydarzenia miały miejsce oraz dwa lata później podczas niezwykle mroźnej zimy w czasie rekonstrukcji zdarzeń. Każdy aktor w Domu Złym zagrał świetnie począwszy od grających główne role Arkadiusza Jakubika, Mariana Dziędziela i Kingi Preis poprzez policjanta Bartłomieja Topę, prokuratora Roberta Więckiewicza na ciężarnej policjantce granej przez Katarzynę Cynkę i SBku Sławomirze Orzechowskim kończąc. Złowieszcza, jassowa muzyka Mikołaja Trzaski potęguje napięcie, to samo się tyczy niesamowitego montażu. Sporo superlatyw w tym tekście, ale Dom zły zasługuje na nie jak mało który film ostatnimi czasy. Daję 10/10 i z niecierpliwością czekam na kolejne, jak mniemam równie traumatyczne, dzieło tego reżysera.

piątek, 19 lutego 2010

Półroczne podsumowanie filmowe.
Lipiec-grudzień 2009, część pierwsza.

Tym razem w dwóch częściach, bo i filmów ciekawych oraz wywołujących ożywiony dyskurs medialny było trochę więcej.Na początek te, które mnie nie do końca zadowoliły. Wkrótce ścisły top. Miejscem projekcji było głównie (pierwsze) katowickie Cinema City.


[camel]


12. Nowszy model – [4.5/10, listopad]

Niby komedia romantyczna, a romantyzmu tu jak na lekarstwo. Catherina Zeta-Jones jako zdradzona pani po 40-tce, która szuka pocieszenia w młodym opiekunie jej dziecka. Średni film, choć jak ktoś lubi Catherinę to może obejrzeć. Choć wcale nie musi.

11. Mniejsze zło – [5.5/10, październik]

Żółty szalik to na pewno nie jest. Przeciętny film o cwanym studencie, który pisać nie potrafi, ale plagiatem się nie brzydzi. Lesław Żurek, Magdalena Cielecka i Tamara Arciuch. W epizodzie Borys Szyc. Pan Morgenstern miewał już lepsze filmy. Ten jest dość nudny, przewidywalny i raczej nieudany. Choć Szyca zawsze warto zobaczyć na ekranie bo to dobry aktor jest. A i Pszoniak w roli 'psychicznego' przekonujący.

10. Miłość na wybiegu – [6/10, wrzesień]

Zawsze się interesowałem dlaczego faceci oglądają komedie romantyczne. Wytłumaczenia znalazłem dwa: a) by pójść z dziewczyną na (pierwszą?) randkę do kina, bo to filmy zazwyczaj niezajmujące i 'bezpieczne' oraz b) bo najczęściej w rolach głównych obsadzane są urodziwe aktorki. Tutaj w roli urodziwej
(i zdolnej) aktorki mamy - debiutującą jakiś czas temu w Korowodzie J. Stuhra - Karolinę Gorczycę i partnerującego jej, jak zawsze świetnego, Marcina Dorocińskiego. Sama historia do wciągających nie należy, a Gorczyca nie odegrała swojej roli z takim wdziękiem i urokiem osobistym jak Ania Cieślak w sympatycznym Dlaczego Nie!. Ale sam film jak to się mówi 'Nie boli'.

9. Do Czech razy sztuka - [6.5/10, październik]

Jiri Machacek tym razem w filmie stricte czeskim. Facet koło 40-tki, nauczyciel języka czeskiego w miejscowej szkole odchodzi od żony rzucając się w wir lekkiego (kontolowanego?) hedonizmu, w czasie którego odwozi do domów spod knajp pijanych gości swoim skuterem ('Bania taxi', swoją drogą mam wrażenie, że taka usługa by się w naszym kraju również przydała) oraz znajduje w agencji towarzyskiej swoją byłą uczennicę. Jak to GW zwykła pisać: 'Do refleksji'.

8. U Pana Boga za miedzą – [6.5/10, lipiec]

Ostatnia część 'trylogii ściany wschodniej'’. Mam sentyment do tego typu niespiesznych filmów poświęconych polskiej prowincji (Zmruż Oczy, Sztuczki czy Wino Truskawkowe) więc oglądało mi się ten film J. Bromskiego całkiem przyjemnie. Tym razem obyło się bez 'pagierów' znanych z części pierwszej ale za to było kilka innych zabawnych ale też i wzruszających sytuacji.

7. Oszukać przeznaczenie 4 (3D) – [6.5+0.5/10, wrzesień]

Pierwszy film pełnometrażowy, który miałem okazję zobaczyć w technologii trójwymiarowej. Sama fabuła dla osób znających poprzednie trzy części nie zaskakuje – grupa młodych ludzi cudem unika śmierci, ostrzeżona przez mającego wizję katastrofy kolegi. Tym razem rzecz dzieje się na torze wyścigowym. Nie to jest jednak w tym filmie najciekawsze, a jakość i realizm efektów 3D. Wydaję się, że naprawdę samochód na nas jedzie, spadające żelastwo wbije nam się w ciało, a korek od szampana wybije oko. A sceny 'rentgenowej' śmierci zaskakują oryginalnością i namacalnością wręcz. I za te dodatkowe wrażenia 0,5 pkt więcej.

środa, 10 lutego 2010

"Galerianki" w reżyserii Katarzyny Rosłaniec

Dominika o głośnych Galeriankach. Jakkolwiek zjawisko 'młodych dziewczyn szukających sponsoringu' jest znane we Warszawie od dawna, to poza stolicą jest o wiele mniej widoczne - stąd pewnie znudzenie warszawiaków tą tematyką i zarzuty o nieaktualności filmu.



[dominika]
ocena: 5.5/10


Przyglądając się szerzonemu ostatnio w mediach problemowi tzw. ”Galerianek” byłam naprawdę zaciekawiona tym filmem. Spodziewałam się obrazu szokującego, dobitnego, przepełnionego wyczerpującymi portretami psychologicznymi bohaterów. W moim jednak odczuciu widz otrzymał tylko zarys tego wszystkiego.

Pierwsza uwaga dotyczy aktorów. Osoby występujące w filmie miały być jak najbardziej naturalne – tutaj tego mi zdecydowanie zabrakło. Przez to Galerianki tracą na wiarygodności. Plusem jest tylko i wyłącznie rola Ali oraz występ Artura Barcisia i Izabeli Kuny jako rodziców głównej bohaterki.
Film ten jest dla mnie bardzo infantylny. Nie ma w nim emocjonalności, wyraźnie nakreślonych bodźców, które kierują działaniami bohaterek. Natomiast sam pomysł samobójstwa nie sprawdzającego się w sytuacji intymnej chłopaka może i był dobry, jednak sposób w jaki został on przedstawiony – zupełnie na „sucho” - został odebrany przeze mnie wyłącznie jako zwyczajna głupota.
Obraz miał uczyć, miał uświadomić ludziom skalę problemu. Miał też przestrzegać młodych ludzi przed kroczeniem taką ścieżką. Tymczasem dziewczyny w filmie żyją sobie niemal beztrosko, materialnie rzecz jasna mają wszystko czego potrzebują - miewają co prawda kłopoty w szkole, ale kto by tak na dobrą sprawę się tym przejmował. Problem ciąży również nie wydaje się w filmie czymś naprawdę strasznym. Zirytował mnie również sposób w jaki bohaterki spotykają swoich sponsorów – pójdziemy do galerii i od razu znajdziemy kilku takich, którzy na pewno się zgodzą. No to ja pytam w takim razie - do jakich one chodzą galerii? Znaczna część takich właśnie dziewczyn na co dzień poznaje mężczyzn przez Internet.

Ukazanie problemu w filmie w ten sposób może mieć zupełnie odwrotny skutek, niż taki, który twórcy chcieli osiągnąć. Młodzież ocenia bowiem wszystko swoimi specyficznymi kategoriami, które tworzą niekiedy moralność niezrozumiałą dla ludzi dorosłych. Być może gdyby udział w filmie wzięli w większości profesjonalni aktorzy, a on sam nasycony był emocjami pokazanymi z różnych punktów widzenia, miałby większy wydźwięk i byłby wiarygodny. Tak niestety się nie stało, a szkoda.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Muzyczne podsumowanie roku 2009

Quid o najlepszych jego zdaniem (zagranicznych) płytach ostatniego roku lat 'zerowych'.



[quid]


Poniżej przedstawiam zestawienie albumów, które stanowią reprezentację najciekawszych wydawnictw jakie zdołałem przesłuchać w ostatnim roku minionej dekady. Sięgnij do tych pozycji, których jeszcze, drogi czytelniku, nie przesłuchałeś bo z pewnością warto. Medaliści zostali uhonorowani krótkimi refleksjami na temat ich osiągnięć.

50. Odawas - The Blue Depths
49. Zelienople - Give It Up
48. Sonic Youth - The Eternal
47. Fuck Buttons - Tarot Sport
46. Current 93 - Aleph at Hallucinatory Mountain
45. Brand New - Daisy
44. Wooden Veil - Wooden Veil
43. The Car Is on Fire - Ombarrops!
42. Tyondai Braxton - Central Market
41. Bill Callahan - Sometimes I Wish We Were an Eagle
40. Point Seven - What?
39. Speech Debelle - Speech Therapy
38. Monolake - Silence
37. Tim Hecker - An Imaginary Country
36. The Clientele - Bonfires on the Heath
35. Gui Boratto - Take My Breath Away
34. Neon Indian - Psychic Chasms
33. jj - jj n° 2
32. Bat for Lashes - Two Suns
31. Vladislav Delay - Tummaa
30. Giorgio Tuma - My Vocalese Fun Fair
29. White Denim - Fits
28. Natural Snow Buildings - Shadow Kingdom
27. Tiny Vipers - Life on Earth
26. Fontän – Winterhwila

25. Mew - No More Stories / Are Told Today / I'm Sorry / They Washed Away // No More Stories / The World Is Grey / I'm Tired / Let's Wash Away
24. HEALTH - Get Color
23.Mos Def - The Ecstatic
22. The Whitest Boy Alive - Rules
21. Zola Jesus - The Spoils
20. The Field - Yesterday and Today
19. Fashawn - Boy Meets World
18. 2562 - Unbalance
17. Memory Tapes - Seek Magic
16. Caetano Veloso - Zii e Zie
15. Yo La Tengo - Popular Songs
14. Pocahaunted - Passage
13. Crystal Antlers - Tentacles
12. Japandroids - Post-Nothing
11. Lotus Plaza - The Floodlight Collective

10. Junior Boys - Begone Dull Care
09. Polvo - In Prism
08. Phoenix - Wolfgang Amadeus Phoenix
07. Mount Eerie - Wind's Poem
06. Grizzly Bear - Veckatimest
05. Kings of Convenience - Declaration of Dependence
04. The Flaming Lips – Embryonic


03. Q-Tip – Kamaal The Abstract




Kamaal Ibn John Fareed urodzony jako Jonathan Davis, znany jako The Abstract, nagrywający jako Q-Tip zwrócił moją uwagę dopiero na początku 2009 roku, kiedy spóźniony zabrałem się za odsłuch The Renaissance. Może powiem tylko tyle, iż uderzyłem się z liścia w czoło, że jednak nie pojechałem na choć jeden openerowo-heinekenowy dzień do Gdyni, by zobaczyć m.in. tego oto artystę w akcji. Tak się złożyło, że miniony rok przyniósł kolejne, niecodzienne wydawnictwo rapera. Kamaal The Abstract to materiał przygotowany w 2001 roku, nie wydany wówczas wskutek wątpliwości wytwórni co do jego komercyjnego potencjału. Na szczęście po ośmiu latach doczekał się oficjalnego wydania i możemy cieszyć swe uszy mieszanką bujających i relaksujących jazzowo-soulowo-funkowych podkładów, wykorzystujących poza podstawowym dla tej estetyki instrumentarium także m.in. flet, dzwonki chromatyczne, gitarę elektryczną, organy czy saksofon. Przede wszystkim cały efekt robi zupełnie kładący mnie na łopatki luz i flow głównego bohatera, choć na tym materiale zawarł stosunkowo mało typowej nawijki, w dużej mierze oddając pole instrumentalnym wycieczkom lub gdzieniegdzie próbując melodyjnej wokalizy. Jest to w pełni jego autorski album, za który należy mu się wielki szacunek a tym, którzy stykają się z Q-Tipem po raz pierwszy polecam również zainteresowanie się albumami jego macierzystej formacji A Tribe Called Quest - tak jak ja to niedawno uczyniłem. Mój ulubiony raper.


02. Clark – Totems Flare




Chris Clark konsekwentnie rozwijał swój oryginalny styl na poprzednich albumach, którym zresztą trzeba oddać, iż są niewiele mniej pasjonujące od Totems Flare. To jednak właśnie rzeczone wydawnictwo wyniosło w moich oczach Clarka na piedestał. Gość osiągnął wyżyny pomysłowości, kładąc charakterystycznie szorstkie, wypompowane z powietrza faktury na dynamicznie zmieniającej się strukturze połamanych rytmów, często podbitej samplami żywej perkusji. Muzyka roztacza kosmiczną aurę, przez moment nie popadając w jakiekolwiek dłużyzny i mielizny. Nic tutaj nie może znudzić, bo każdy chwytliwy fragment przechodzi w odpowiednim momencie w kolejny. Co najważniejsze, pomimo odbierającego oddech tempa i manipulowania syntetyczną materią, Totems Flare jest podszyte jakąś nostalgią i zwyczajnie wzrusza momentami. Jest to dla mnie arcyniecodzienne doświadczenie w obcowaniu z estetyką IDM. Zdecydowanie polecam tym czytelnikom niniejszego bloga, którzy z elektroniką nie są za pan brat.


01. Animal Collective – Merriweather Post Pavilion




Czasami chciałoby się być oryginalnym i przyznać zaszczytne miano albumu roku dziełu wyszukanemu, niedocenionemu przez krytyków i niezauważonemu w hipsterskich środowiskach, nie obarczonemu splendorem chwały i niesłusznie niemodnemu. Oczekiwania wobec AC po sukcesie Strawberry Jam i solowej płyty Pandy Beara były ogromne, co oczywiście wiązało się z równie ogromnym ryzykiem rozczarowania wygórowanych wyobrażeń o nie-wiadomo-jak-oszałamiającej-płycie. Otóż okazało się, że panowie nagrali właśnie tego typu materiał. MPP został okrzyknięty płytą roku już w momencie wydania, a w zasadzie w momencie wycieku materiału do sieci jeszcze w grudniu 2008 r. Mijały miesiące a ja zastanawiałem się czy nie mamy tu do czynienia z mechanizmem samospełniającej się przepowiedni – jeśli z góry zakładamy, że coś się wydarzy, to mimowolnie robimy wszystko tak, aby właśnie się to wydarzyło...
Ten specyficzny kontekst mojego wyboru zobowiązuje mnie do uzasadnienia, udowadniającego, iż nie poszedłem po prostu za tłumem. Pierwsze odsłuchy i brak wyrachowanego podejścia odwdzięczają się totalnym zatraceniem w trybaliźmie dzieła, które rytmikę, stymulującą do wyobrażonych na swój sposób szamańskich tańców, łączy z wyzutą z jakiejkolwiek mrocznej atmosfery warstwą optymistycznej kolorowej magmy, której wartki nurt tylko momentami pozwala złapać oddech. Dzieło zachęca do kolejnych przesłuchań - mamy do czynienia z tym, co znamionuje wielkość: każdorazowe odkrywanie czegoś nowego dla siebie, czy to na poziomie coraz to nowszych ulubionych utworów, czy też fragmentów każdego z nich. Pokłady są o tyle banalne, że repetytywne i o tyle trafione, że transowe. To jest album w moim odbiorze silnie synestetyczny. Dochodzi do tego od dawna potwierdzany przez Avey Tare’a i Noah Lenoxa talent do tworzenia chwytliwie wkomponowanych w całość linii melodyjnych i charakterystycznych, krótkich zaśpiewów – to potwornie zażera, to urywa głowę.
Od wydania minął przeszło rok i, wobec zaistniałych wydarzeń, polaryzacja kontekstu słuchaczy na wyznawców i zdeklarowanych hejterów hajpu wydaje się całkiem oczywista. Tak sobie myślę, że nawet bardziej ufam tym, którym album się zdecydowanie nie podoba niż tym, którzy uwzględnili go w swoich listach rocznych ale gdzieś poza podium. C’mon, nie bardzo rozumiem jak to się da lubić tylko do pewnego stopnia. Albo dajesz się zabić, albo zabijasz ich Ty. Oni nie biorą jeńców.

sobota, 23 stycznia 2010

"Podziemny Krąg" w reżyserii Davida Finchera (1999)

Paulina o jednym z najważniejszych filmów lat 90-tych.



[paulina]
ocena: 9/10


Kiedyś, gdy byłam młodsza myślałam, że amerykańskie kino składa się wyłącznie z żałosnych komedii w stylu Akademii Policyjnej, że szkoda w ogóle marnować czas na oglądanie filmów, skoro i tak nic nie wnoszą, bo są idiotyczne. W mojej głupocie trwałam kilka ładnych lat, przez co wiele mnie ominęło. Zaczęłam więc nadrabiać zaległości i natrafiłam na coś, co wcisnęło mnie w fotel i dokonało w mojej psychice nieodwracalnych zmian. Bez zbędnego owijania w bawełnę – panie i panowie, oto Fight Club.

Historia ta została wymyślona przez jednego z moich ulubionych pisarzy – Chucka Palahniuka i szybko doczekała się ekranizacji, i to jakiej! W reżyserii Davida Finchera, z genialnym w każdej odsłonie Edwardem Nortonem, niezwykłą Heleną Bonham - Carter i oczywiście mieszającym w życiu głównego bohatera Bradem Pittem. Już sam początek jest niebanalny i dość mocny. Tyler Durden (Brad Pitt) trzyma pistolet w ustach naszego bezimiennego narratora. Po pierwszych zdaniach możemy również spodziewać się czarnego humoru , słyszymy bowiem, że mając w zębach magazynek wydajesz z siebie tylko samogłoski. Następuje retrospekcja. Dowiadujemy się, że nasz bohater od 6 miesięcy cierpi na bezsenność. Próbował już wielu sposobów, lecz nie może temu zaradzić. Lekarz, który najwyraźniej wątpił w jego słowa poradził mu, aby udał się na spotkanie jednej z grup wsparcia dla nieuleczalnie chorych, by zobaczył prawdziwą tragedię. Paradoksalnie właśnie tam znajduje ukojenie. Możliwość wypłakania się na czyimś ramieniu pozwala mu spokojnie zasnąć. Pojawia się jednak Marla, która nazywana jest przez niego turystką – odwiedza wszystkie grupy, do których uczęszcza i on. Świadomość, że jest oszustką nie pozwala mu płakać. Jest niewyspany i ostro zdenerwowany. Do tego ma monotonną pracę i nudne życie. Otacza się wyłącznie przedmiotami. Pewnego dnia w podróży służbowej poznaje Tylera. Nie zdaje sobie sprawy jaki wpływ na jego dotychczasowe życie będzie miało to wydarzenie.

Po powrocie dowiaduje się, że jego apartament doszczętnie spłonął – ktoś najprawdopodobniej wysadził go za pomocą dynamitu domowej roboty. Jest załamany, dzwoni więc do swojego nowego przyjaciela. Ten oferuje mu pomoc – może zamieszkać u niego, ale tylko pod jednym, dziwnym warunkiem. Musi go uderzyć, najmocniej jak potrafi. Od tego wszystko się zaczyna. Zakładają Podziemny Krąg, początkowo uczęszczają do niego mężczyźni – nieudacznicy życiowi. Po wysłuchaniu zasad, z których dwie pierwsze mówią o tym, że NIE WOLNO rozmawiać o Kręgu staczają ze sobą bójki, najczęściej do pierwszej krwi, chociaż zdarzają się totalne masakry. Z dnia na dzień organizacja rozrasta się do kolosalnych rozmiarów i za cel stawia sobie zbawienie świata. Oczywiście w ich stylu.

Film pełen zwrotów akcji, niespodziewanych rozwiązań i przede wszystkim z zaskakującym zakończeniem. Czyli wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej. Nie uświadczysz tu pustych frazesów, nic nie znaczących haseł. Bo hasło jest tylko jedno. Człowiek jest wolny wyłącznie wtedy, kiedy sięgnie dna. Na każdym kroku podkreślać też będę wspaniałą grę aktorską. Moim zdaniem wszyscy bohaterowie tam grający powinni dostać Oscara, Nobla, Grammy, Pas Polsatu i Order Uśmiechu. Nie jest to jednak film dla wszystkich – sądzę, że wrażliwsi mogliby nie wytrzymać nerwowo, bo krew leje się strumieniami, a scena oparzenia dłoni ługiem jest tak realistyczna, że oglądając ją sama czuję ten ból.
W zeszłym roku obchodzono 10 rocznicę powstania Fight Clubu. Z tej okazji na rozdaniu nagród Guys’ Choice Awards Fincher, Pitt i Norton odebrali nagrodę i odegrali zabawną scenkę – odczytali na głos nieprzychylne recenzje, jakie zostały wystawione zaraz po premierze łącznie z nazwiskami ich autorów i nazwami gazet, w których zostały opublikowane. Uważam to za świetne posunięcie. Sam film, być może właśnie dzięki pracy tych ludzi, nie został od razu doceniony. Furorę zrobił dopiero kilka lat później, a teraz osiągnął status kultowego. Jedyny wniosek, jaki ciśnie mi się na usta to God bless Chuck Palahniuk. God bless David Fincher. God bless Brad Pitt. I oczywiście, God bless Edward Norton.
Amen.

środa, 20 stycznia 2010

Lachowicz - Live in Katowice, Cogitatur (07.01.2010)


fot. Igor Omulecki


[iris]
ocena: 9.5/10


Zbrojna we własne zdanie o albumie długo i wcale nie tak znowu cierpliwie czekałam na możliwość weryfikacji poglądów w oparciu o jakiś odsłuch nowych utworów na żywo. Trwało to trochę, w końcu jednak perspektywa się pojawiła, o czym zdaje się z dużym entuzjazmem informowałam otoczenie. Wtedy właśnie znajoma osoba zapytała, na ilu koncertach Jacka Lachowicza byłam. Na poczekaniu nie mogłam udzielić żadnej odpowiedzi, bo nie prowadziłam statystyk, jednak ciekawość osoby zmobilizowała mnie na tyle, że wypisałam wszystko porządnie na kartce. Koncert siódmego stycznia w Cogitaturze oznaczony został numerem dwunastym. Doskonale pamiętam pierwszy, w krakowskim Re, który jednocześnie był oficjalnym debiutem solowego projektu Jacka na żywo. Marcin Macuk, grający wtedy z założenia na drugich klawiszach i gitarze, na scenę wyszedł z ręką zapakowaną w gips, co było wynikiem, zdaje się, jakiegoś wypadku po drodze. Żadne przeszkody nie były im jednak straszne, zagrali doskonale, a ja wyszłam zauroczona muzyką i atmosferą całego występu. Zostało mi to do dziś i dlatego nie przeraziły mnie pogodowe niedogodności.

W Cogitaturze być musiałam i bardzo dobrze, że się uparłam. Autorytatywnie stwierdzam, że Lachowicz zagrał tam jeden z najlepszych koncertów. Główna część setlisty zbudowana została wokół piosenek z nowej płyty i absolutnie nie mogę się zdecydować, o których z nich wspomnieć. W pewnym sensie zaskoczyło mnie "Dumb'n'Deaf - na płycie nie zauważyłam, jaki ogromny ładunek emocji jest w tym utworze. A nie zauważyłam prawdopodobnie z powodu odruchu warunkowego, jaki sobie wyrobiłam w związku z tym kawałkiem. Wszystko zaczęło się od tego, że płyty "Pigs_Joys and Organs" słuchałam pierwszy raz późnym wieczorem. Ze względu na porę w uszach miałam słuchawki, więc w temacie głośności nie musiałam się ograniczać. Kto album zna, ten wie, że przed "Dumb'n'Deaf" znajduje się bardzo spokojne "Pax", które w dodatku - jak już napisałam - od pierwszej nuty szalenie mi się spodobało. I wrzask w postaci "Break! Stop! Freeze!" na samiutkim początku następnego utworu postawił mnie wtedy na równe nogi. Z prędkością światła znalazłam się w samym środku przedpokoju i chyba mało brakowało, a dostałabym zawału. Dobry kwadrans zajęło mi dojście do siebie, a mój pies prawdopodobnie uznał mnie za wariatkę, bo łypał w moim kierunku nader podejrzliwie. Od tamtej pory przez ostatnie pół minuty "Pax" próbuję przygotować się psychicznie na ten początek. Udaje mi się o tyle, że nie wyskakuję na przykład oknem z tramwaju, wstrząsa mną jednak niezmiennie i przez resztę utworu odzyskuję równowagę (co ma zbawienny wpływ na moją przytomność umysłu o poranku - mój zaspany mózg zostaje brutalnie wyrwany ze zwykłego u mnie przed dziesiątą stanu gdzieś między snem a jawą). Na koncercie natomiast ogólnie było głośno, więc zawałogenny początek nie zrobił na mnie aż tak kolosalnego wrażenia, a w piosenkę mogłam się wreszcie wsłuchać i w pełni ją docenić. O całej reszcie płyty już było poniżej, dlatego bez rozdrabniania się - na żywo brzmią świetnie, wszystkie utwory, bez wyjątku.

Szczególnie warte wspomnienia w kontekście koncertu w Cogitaturze okazały się jednak wykonania starych utworów. Pojawiła się większa część debiutanckiego albumu Jacka Lachowicza, często w bardzo zmienionych aranżacjach, wśród których najbardziej zachwycający był lekko jazzujący "Robotik", który w tej wersji idealnie moim zdaniem pasowałby do starych amerykańskich filmów gangsterskich. Zachwycający okazał się także "My Friend" w wersji power popowej oraz moja ukochana "Szóstka" rozpoczęta dwoma wersami z piosenki "Jelous Guy" Johna Lennona. Tak sobie myślę, że napisałam o tej piosence już chyba wszystko, ale przyszło mi do głowy w zestawieniu jej właśnie z jednym z Beatlesów, że nawet Oni nie powstydziliby się zaśpiewać takiego utworu. Słyszałam tę "Szóstkę" na jedenastu z tych dwunastu koncertów Jacka Lachowicza i jakimś cudem wcale mi się nie przejadła. Tym razem obiecywałam sobie, że nie będę się o nią upominać i jak zwykle się nie udało, sam ze mnie ten tytuł wybiegł. Przyznaję się - ta co darła gębę to byłam ja. Właśnie, darłam zupełnie swobodnie i samą mnie to zaskoczyło. Bo ze mną jest, Proszę Państwa, tak, że generalnie dużo potrzeba, żebym zaczęła dobrze się bawić i przestała zwracać uwagę na wrażenie, jakie pozostawiam po sobie w oczach otoczenia. W Cogitaturze siadłam na początku grzecznie na krzesełku i przetrzymałam tak zdaje się jakieś trzy piosenki. Potem wygramoliłam się na stół i uznałam, że na wysokościach mam jednak więcej swobody.

Bardzo żałowałam, że nagrywam dźwięk, bo nie mogłam lecieć pod scenę. Może to i lepiej, prawdopodobnie byłabym tam pierwsza, bo reszta publiczności wykazała konsystencję skały i ruszyła się dopiero w drugiej połowie koncertu. A to i tak,uważam, ogromny sukces Artysty, bo przedstawiciel publiczności alternatywnej w naszym kraju wykazuje nieruchawość skrajną i, kiedy tylko może, spędza koncerty na siedząco z kontemplacyjnym i pełnym dystansu wyrazem oblicza. Jackowi Lachowiczowi udaje się te cechy w ludziach przełamać i jest to jedna z pozamuzycznych rzeczy, które bardzo cenię w jego koncertach. W czasie bisowego "Bad Potato" większość pod sceną śpiewała AAAAAA!!!, plus ja na moim stole pełnym głosem, starając się udawać, że siebie nie słyszę. Po odsłuchaniu nagrania, przyznaję się bez bicia, że piałam niemiłosiernie i przepraszam najmocniej wszystkich, którzy padli ofiarami mojego koszmarnego głosu. Nie poprzestałam jednak na skromnym artykułowaniu samogłoski. Zdaje się, że potem nawet pojawiło się więcej takich, jak ja. Na samiutki koniec Jacek zagrał "Let it Be" Beatlesów i refreny wywrzaskiwało już pół sali. A ja sobie wtedy przypomniałam, że ostatni raz Jacka w repertuarze Wielkiej Czwórki słyszałam w 2004 roku, w Krakowie. Zaśpiewał wtedy "Something" w taki sposób, że mam to wykonanie w uszach do dziś. 18 lutego Lachowicz znowu zagra w Krakowie, podobnie jak za pierwszym razem - w Re i będzie to prawie co do dnia sześć lat od tamtego koncertu. A ja znowu będę się bezlitośnie domagała "Szóstki", skrycie liczyła na którąś z moich ukochanych piosenek Beatlesów i znów na pewno wyjdę zauroczona - muzyką i atmosferą, czego życzę także wszystkim, którzy na ten koncert, mam nadzieję tłumnie, przybędą.

wtorek, 19 stycznia 2010

Lachowicz - Pigs_Joys and Organs (2009)

Jacek Lachowicz opisywany przez swoją bodaj najwierniejszą fankę. Na początek recenzja ostatniej płyty, a wkrótce relacja z koncertu Artysty w katowickim 'Cogitaturze' sprzed kilkunastu dni.



[iris]
ocena: 9/10


W jednym ze swoich tekstów na temat muzyki Jacka Lachowicza napisałam, że mam nadzieję móc chwalić go szczerze przy okazji każdej płyty, którą będzie wydawał. Wydał piosenkowy album numer trzy i przyznaję się bez bicia, że się tego dzieła najzwyczajniej w świecie bałam. Nie dlatego, oczywiście, że nie wierzę w możliwości Lachowicza. Wierzę święcie. Prawda jest jednak taka, że swoim ulubionym artystom z czasem stawiam poprzeczkę coraz wyżej. W przypadku Lachowicza i płyty "Pigs_Joys and Organs" było o tyle gorzej, że większość kawałków docierała do mnie już wcześniej - niektóre nawet w kilku wersjach. Musiałabym być z kamienia, żeby nie wyrobić sobie własnego zdania na temat tego, jak te piosenki powinny na albumie brzmieć, w jakim tempie być grane i w jakiej tonacji śpiewane. Dlatego właśnie przesłuchiwanie płyty rozpoczęłam z przysłowiową duszą na ramieniu.

Już przy pierwszej piosence rzeczona dusza tak się najpewniej zasłuchała, że wylądowała na ziemi, bo z ramienia i różnych innych części mnie spadł spory ciężar. Emocje buchnęły we mnie jednak dopiero, kiedy dotarłam do numeru piątego. To Be Strong jest jedną z tych piosenek, na punkcie których dostałam pomieszania zmysłów od pierwszego przesłuchania, co nastąpiło zdaje się ponad dwa lata temu w czasie koncertu Lachowicza w krakowskim Ptaśku. Potem miałam jeszcze kompletnie szkicową wersję tego kawałka i brzmiał on zupełnie inaczej niż na żywo. Przez te dwa lata zdążyłam bardzo dokładnie wyobrazić sobie idealną wersję tej piosenki i nawet się nie nastawiałam, że moje wyobrażenia mogą znaleźć jakiekolwiek odzwierciedlenie w tym, co pojawi się na płycie. Zdaje się jednak, że Autor miał dokładnie taką samą wizję jak moja i to, co usłyszałam wzruszyło mnie do łez. Potem natomiast kompletnie zauroczył mnie utwór Pax, z którym miałam styczność po raz pierwszy i w którym absolutnie idealna dla głosu Lachowicza tonacja sprawia, że przestaje się zwracać uwagę na cokolwiek poza wokalem. W następnej zaś kolejności dostałam zawału, ale ten nieznaczący szczegół pozwolę sobie odłożyć na później, bo dotyczy on utworu, o którym chciałabym napisać raczej w kontekście koncertu niż albumu. Nie ulega jednak wątpliwości, że przez te sercowe perypetie uwagę na przeuroczą piosenkę All The People zwróciłam dopiero po paru dniach w drodze do pracy. Uznałam, że musi mieć wielką moc, bo o absolutnie znienawidzonej 7 rano, w maksymalnie pochmurny, jesienny dzień biegłam w podskokach podśpiewując za którymś już razem refren pod nosem. Całe szczęście, że pod drzwiami biura mi przeszło, bo moi współpracownicy mogliby przeżyć wstrząs na widok mnie uśmiechniętej i witającej wszystkich słowami innymi niż "Czy możemy już iść do domu?"

Ogólnie rzecz biorąc długo przed pojawieniem się "Pigs_joys and organs", znając te kilka szkicowych wersji piosenek, powiedziałam, że będzie to najlepsza płyta Jacka Lachowicza. Prorocze talenty posiadam i przekonało się o tym już parę jednostek, więc także tym razem się nie pomyliłam. W tym albumie nie zmieniłabym nic. Przeplata się w nim mnóstwo stylów muzycznych, co czyni go interesującym. Gatunkowe pomieszanie z poplątaniem zostało jednak przez Lachowicza zamknięte w obrębie jego niepowtarzalnego spojrzenia na muzykę. O ile na poprzednich albumach ta wizja się krystalizowała, o tyle tutaj zostaje skonfrontowana z tym, co w dziedzinie dźwięków artystycznych działo się i dzieje dookoła. Jaskrawym dla mnie przykładem jest choćby "Joy", którego nie sposób nie skojarzyć z Transmission. Piosenka Joy Division to jest coś w rodzaju szpiku kostnego - bo stwierdzenie, że całego kręgosłupa byłoby chyba nadużyciem - dla utworu Lachowicza. Bez piosenki Curtisa Joy w ogóle by nie powstało, ale stanowi byt absolutnie odrębny.

Z jednym tylko stwierdzeniem na temat tej płyty w życiu się nie zgodzę - że jest łatwiejsza w odbiorze od swoich poprzedniczek.Być może więcej w niej skonkretyzowanych melodii i mocniejsze brzmienie. Można przy niej nawet potańczyć. Tyle, że szkoda takiej płyty, dla tych, dla których łatwiejsza znaczy fajniejsza. To jak podtykanie Gombrowicza uczniom podstawówki - większość wyniesie z lektury jedną jedyną korzyść w postaci poczucia, że ktoś rozumie ich męki nad Słowackim i nic poza tym. A prawda jest taka, że teksty Jacka Lachowicza - uczciwie mówiąc, ze wszystkich płyt, nie tylko z najnowszej - to gotowa pożywka dla wygłodniałego teoretyka literatury. Tropów, symboli i metafor jest w nich nieskończona ilość, w gąszczu połączeń i odniesień można błądzić do woli i doszukać się absolutnie wszystkiego. Aż żałuję, że skończyłam już studia...