GRA MUZYKA

wtorek, 15 grudnia 2015

"Na scenie opowiadam historyjki"
Wywiad z Piotrem Bukartykiem, część trzecia

Ostatnia część mojego wywiadu z Piotrem, z którego dowiecie się o pisaniu dla innych, jak przebiega aktualna trasa, związków artysty z Wrocławiem oraz jego planach muzycznych

fot. www.spiewajmypoezje.pl

Pisanie dla innych
Krockus: Pisze też Pan dla innych?
Piotr: Zdarza się, ale z coraz mniejszym zapałem. Bo jak się okazało, żę teraz jak ktoś chce to może wejść do tej mojej szafy z czymś co sobie wymyśliłem, żeby sobie coś wybrać. Teraz to się zdarzyło przy okazji tego spektaklu, wolę to dlatego, że ja jednak trzymam się swojej muzyki. W tym momencie mam na tapecie piosenkę dla zespołu młodzieżowego Perfect. Człowiek, którego poznałem, kiedy ja miałem 16 lat, Adam Gala, który przez ostatnie lata był menedżerem Perfectu odszedł z tego łez padało i Darek Kozakiewicz spytał czy bym czegoś nie napisał, chłopaki wysłali mi demówkę. Jestem zaszczycony tym, bo to były numery na których się wychowałem jako licealistą, słuchałem tego. A zawsze byłem wrażliwy na tekst, to były i są świetne numery.
Krockus: Pisane przez zawodowców
Piotr: Oczywiście, pisane przez ludzi, którzy teraz są moimi kolegami i z dumą mogę powiedzieć, że na jakimś spotkaniu ZAIKSu podszedł do mnie autor piosenki „Już mi niosą suknię z welonem” („Windą do nieba” – przyp. aut.) z autorem piosenki „Nie płacz Ewka” i powiedzieli: „Piotrek, super piosenka z tym psem („Kup sobie psa” - przyp. Aut.), żałujemy, że to nie my napisaliśmy” to takie fajne uczucie, że przybijają piątkę, witaj w klubie. Ja ich szanowałem za to co robili, za tamte ich numery. Nigdy się na nich nie wzorowałem, robiłem po swojemu, ale i oni robili po swojemu.
Krockus: A dla kogo pan pisał ostatnio?
Piotr: Ostatnio szczerze mówiąc mam straszliwe zaległości, bo Maciek Balcar poprosił mnie o piosenkę cztery lata temu, a ja jeszcze nie wymyśliłem mu nic, czy to dla niego, czy dla dżemu. Doszedłem do wioski, że wszystkie moje podejścia do tego numeru kończyły się nie skończyły się w sposób satysfakcjonujący. Spotkaliśmy się niedawno i pyta czy kiedyś dla niego napiszę, a ja czekam. Bo czasem piosenka przychodzi od razu, a czasem czeka się kilka lat i mam takie piosenki. Mam też takie, które napisałem i wyrzuciłem. A potem wyniknęły przy okazji np. prywatkowej. Tak było z „Małgochą”, taką balladą. I doszedłem do wniosku nie wiem co napisać dalej, nie domyka mi się ta piosenka. Dobra, próbowałem. I po kilku latach wyciągnął to z szuflady na jakiejś imprezie facet, który grał wtedy ze mną na basie, Marek Bruno Chrzanowski. Wyciągnęliśmy instrumenty, ja ją zagrałem i oni mnie przekonali, że tam nie trzeba nic dopisywać i zrobiliśmy to.
Krockus: To jest fikcyjna historia?
Piotrek: Ponieważ ta osoba żyje, ta, która była powodem do napisania tej piosenki to powiem tak: obrazek jest taki dosyć przejmujący dla wieku odbiorców, bo taki miał być. Była taka osoba, miała problem z dragami i tak dalej, i była jakaś nieszczęśliwa miłość, nie moja bo ja to obserwowałem z boku. I ta piosenka też jest taka. To była bardzo fajna, i jeszcze bardzo ładna do tego, dziewucha, której nie potrafiłem pomóc, jej narzeczony coś tam przyjmował, nieważne to nie moja historia. Ale ktoś taki rzeczywiście istniał. Ale ułożyło się, minęło parę lat.
Krockus: Jest pamiętana chyba ta piosenka, z tego co wiem?
Piotr: Jest, no jest, muszę ją ciągle grać. Niektóre z tych piosenek żyją własnym życiem, parę lat temu Jurek Owsiak zadzwonił, poprosił o piosenkę na Woodstock. I się zrobiła takim hymnem, na zakończenie Woodstocku, to już szósty raz, w tym roku śpiewał ją młody artysta Bednarek. Czasem się udaje coś napisać, ale to zupełnie niechcący. Nie żebym ja za tym przepadał, czasami podejmuje wezwanie, bo sam jestem ciekaw co z tego wyjdzie. A napisanie takiej piosenki, żeby ludzie w wieku moich dziec, albo młodszych, bo moja córka w tym roku skończyła studia, którą ludzie mają traktować jak swoją wcale nie jest łatwe. Jestem starym, cynicznym sku*wielem, wiesz, nie mam takich rozterek natury egzystencjalnej, już mam wszystko ponazywane w głowie, już zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystko jest czarno-białe. A oni łykali ten numer. Ja pisałem to bardzo szczerze, ale zdawałem sobie sprawę, że nie piszę tego dla siebie, że z tak patetycznym numerem ja sam czułbym się średnio
Krockus: Jest jakaś hymniczność w tym utworze (mowa o „Z tylu chmur”), nadaje się na tą imprezę, na pewno
Piotr: To fajnie, to dobrze, bo oni płaczą tam przy tym co napisałem. Dobrze, że jest to komuś potrzebne, mojej mamie się podoba.

Gatunek
Krockus: Umiałby pan okreslić gatunek, jaki uprawiacie z zespołem?
Piotr: Nie jest mi to potrzebne. Nigdy nie próbowałem. Słyszałem milion określeń i co chwilę słyszę takie historię. Np. Jurek Owsiak głosi, że jestem polskim Springsteenem, nie wiem co przez to rozumie, natomiast ja sam zacznę się tym przejmować gdy ktoś powie: „Springsteen – a, taki amerykański Bukartyk”. Już słyszałem, że jestem polskim Dylanem...U nas jest taki zwyczaj szufladkowania troszeczkę, a ja robię po prostu swoje i być może te piosenki noszą jakieś am piętno mojego autorstwa, ale jako niemuzyk korzystam z tego co mia akurat przyjdzie do głowy, z wygłupiania się na bazie bluesa, reagge i tak dalej. A że gram z muzykami, którzy są muzykami to brzmi to fajnie gdzieś tam, ale to ich zasługa, ja sobie robię często po prostu jaja. A grając dłuższy czas człowiek nabiera doświadczenia, jak się ma jakieś poczucie rytmu, to wystarczy sobie po prostu samemu nie przeszkadzać, wziąć gitarę i coś tam z tego wyjdzie. Dziś będzie ciężko, bo jestem mocno zgrany.

Trasa i Wrocław
Krockus: Jak przebiega obecna trasa koncertowa?
Piotr: To króciutka trasa, jedna z wielu, trasa jest stanem permanentnym. Na razie jest rewelacyjnie, teraz wyjechaliśmy na cztery koncerty z rzędu, gdzie przy tej pogodzie jest jakaś górną granicą, bo ja się nie oszczędzam, dzisiaj zedrę się do końca, mam nadzieję przeżyć tę sztukę. Ale każda z nich kończyła się bardzo przyjemnie, bis, stending owejszyn i tak dalej. Ale to kosztuje, bo ja drę mordę, a nie jestem profesjonalnym wokalistą, a te koncerty też nie są najkrótsze, staram się zrobić aby się stały troszkę krótsze, ale nie wychodzi.
Krockus: A jakieś skojarzenia z Wrocławiem? Bo się teraz dowiedziałem, że kiedyś pan tu mieszkał...Lubi pan tu grać, lubi pan to miasto, lubi pan tę publiczność?
Piotr: Nie mam nic przeciwko niej, bardzo lubię Wrocław, wiążę się on dla mnie z jak najlepszymi wspomnieniami i na parę sposobów towarzyszy mi do tej pory. Potem się okazuje, że gdzieś tam spotykamy się z kolesiami i koleżankami, których poznaliśmy tutaj. Np. przez dziesięć lat byłem Vanem Morissonem w Teatrze Rampa, a reżyserował to Arek Jakubik, który tu mieszkał i z Agnieszką Matysiakową świrowaliśmy razem w dawnych czasach. On jest młodszy ode mnie o parę lat, ale z tamtych czasów się znamy. Bardzo miłe wspomnienie. Mieszkałem tutaj w paru miejscach, adresów nawet kilka pamiętam: tzw. Niskie Partery dla studentów na Karłowicach. Przez lata opowiadałem o tym w monologach scenicznych: mieszkałem we Wrocławiu, zajmując tzw. niski parter dla studentów, z okien apartamentu widywałem kury gospodarza od pasa w dół, dzięki czemu intymne życie drobi nie ma dla mnie żadnych tajemnic. I tak, znam to miasto dosyć dobrze z tamtych czasów. A to które zastaję teraz ku mojemu zdumieniu pięknieje z roku na rok. Zdarza mi się grać we Wrocławiu, w tym roku intensywnie odwiedzaliśmy Dolny Śląsk, tydzień temu graliśmy w Polanicy na przykład, na festiwalu Marysi Czubaszek, w tym roku była jeszcze Kudowa, Karpacz, Szklarska Poręba
Krokcus: We Wrocławiu grał Pan chyba dość dawno?
Piotr: We Wrocławiu już nie pamiętam, ale grałem tutaj kabaretony. Było tak, że zagraliśmy tutaj przy Hali Ludowej w Dzień Kobiet, to była taka składanka, Artur Andrus to prowadził, pamiętam też, że byłem tam Jamesa Browna tzw. byłem jedyną dostępną formę Jamesa Browna w Polsce, ja śpiewałem piosenkę, no ten jego Men`s world a Artur Andrus stał za mną i to tłumaczył, za każdym razem inaczej, oprócz tego graliśmy parę piosenek, ale to było ze trzy lata temu. W zeszłym roku byłemu starszych kolegów z kabaretu Elita i grałem w kawiarni Literatka sam na taboreciku z dwie godziny. Było bardzo śmiesznie, zrobiłem to dla nich, bo już nie robię takich rzeczy , że nawet bez akompaniatora, to bardzo męczące jednak.

Plany
Krockus: Jakieś plany?
Piotr: Zaraz zabieramy się za następną płytę. Z poważniejszych planów: mężczyzna mojego życia poszedł do pierwszej klasy SP, więc myślę, że pewnie przez najbliższy czas ja będę wyprowadzał jego psa, odrabiał jego lekcje.
Krockus: Kiedy nowa płyta?
Piotr: Aż skończymy. Piosenki są, chcemy ją sobie robić powolutku. Mam bardzo dużo propozycji różnych od poważnych firm, żeby coś napisać w charakterze produktu, że ja coś zrobię, a oni kupią dużo tej płyty od razu i będą mieć swój produkt. To bardzo miłe, ale jak nagle zapragnę gotówki, to wejdę w coś takiego. Na razie spokojnie zacznę dłubać przy następnej płycie, nigdzie nam się nie śpieszy. Teraz ta tytułowa piosenka „Kup sobie psa” będzie miała filmową premierę 15 stycznia, bo trafiła do filmu Kingi Dębskiej „Moje córki krowy”. To śliczny film, widziałem go na etapie produkcji, zadzwoniła do mnie jego reżyserka i powiedziała, że nielegalnie podkładała go sobie przy montażu tego mojego numera z psem, czy sobie go można kupić, czy można go wykorzystać przy tym filmie. I nawet napisałem jej specjalną wersję tej piosenki, która zamyka ten film, ostatnia scena kończy się tym, że Pan Dziędziel i córki jadą sobie samochodem i ta piosenka kończy tą scenę i literki są na tle tej piosenki, trochę innej. Nie jest o babie i o chłopie, ale o pożegnaniu z najbliższymi. Cały czas coś się dzieje.
Krockus: A czy jakieś plany na jakieś wydawnictwa koncertowe jeszcze są?
Piotr: Tak, jesteśmy gotowi to zrobić, przymierzamy się do tego. Ale, chcemy grać jak najwięcej, grać ludziom, bo sprawia nam to przyjemność. W tym tygodniu, większa część tygodnia to podróż i do końca roku tak będzie, może jeszcze zagramy ze dwadzieścia koncertów, bardzo to lubię. A później zrobimy sobie taką mała pauzę i zaczniemy grzebać w tych piosenkach, które już są, bo nie musimy robiąc płyty, wymyślać czegoś na te płyty, bo wszystko już jest. Trzeba wybrać, raczej mamy problem nadmiaru. Ja mam jakieś tam kandydatki na te płytę, a z drugiej strony była też opcja, żeby wskrzesić stare piosenki, które nie brzmiały tak jak bym chciał, które kiedyś dosyć przypadkowo znalazły się na płytach. I także te, o które Państwo najczęściej proszą żeby zebrać i nagrać je jeszcze raz w tym składzie i przygotować coś takiego. Nie wiem czy powielanie samego siebie...ale nawet własna żona mi mówi, żeby to w końcu zrobić. Ostatnio ktoś pytał o te starsze piosenki, ich jest bardzo dużo, ich jest kilkaset.
Krockus: Ale to na wydawnictwo koncertowe czy jakąś studyjną płytę?
Piotr: Właśnie nie wiem co miałbym zrobić. Dopiero wymyślamy. Albo przygotujemy jakiś koncert i zagramy go jeszcze raz w tym samym miejscu i będziemy mogli wybrać jakąś wersję, czy poprawimy w studiu. To jedna opcja. Druga, że wyjedziemy gdzieś, do jakiegoś studia, zamkniemy się na dwa tygodnie i będziemy tłukli, nagrywali i wrócimy stamtąd z płytą, też jest taka opcja. A trzecia, tak jak przy okazji tej płyty, zaczniemy sobie powoli dłubać. I ona jest najfajniejsza, bo nam się nie spieszy. Ta płyta się cały czas przyzwoicie sprzedaje, ona żyje, ja nie mam takiej potrzeby, żeby co roku coś tam wypuszczać. Bo jest tak, że pomiędzy takimi płytami na poważnie, co drugi rok wychodzi taka płyta, a między nimi wychodzi coś innego. Ostatnio wyszło DVD Jurka Owsiaka, koncertowe wydawnictwo DVD i płyta audio z koncertu na Woodstocku. Zawsze coś tam się dzieje, powolutku.
Krockus: Czyli plany są generalnie?
Piotr: Nie ma powodów żeby nie było, cały czas jestem twórczo płodny, tych piosenek jest dosyć dużo, natomiast z coraz większą przyjemnością mi się pracuje na swój własny użytek. Lubię to, fajne to jest, mamy co grać. Najfajniejsze jest to, że możemy zagrać, jeśli tylko nam Bóg pozwoli, powiedzmy dwa dwuipółgodzinne koncerty, które oba będą, zakładam, przyzwoicie przyjęte i żaden numer nie powtórzy się. Mamy od cholery piosenek.

Krockus: Tak na koniec: czego możemy się spodziewać na koncercie, jakiego repertuaru?
Piotr: Taki będzie pewnie program obowiązkowy trochę, zagramy pierwsze piosenki na rozgrzewkę, zwykle te same. Ponieważ na ogół jest tak, że niektóre z nich muszę zagrać, bo potem jest jakiś żal, że nie zagrałem: Małgochę muszę grać, staram się nie grać piosenki „Kobiety jak te kwiaty”, bo mnie męczy już od dawna. Ale wczoraj zagrałem, przedwczoraj zagrałem (śmiech), w większości to będzie repertuar z dwóch ostatnich płyt, bo siłą rzeczy, po ostatniej płycie, jeśli wprowadzę pięć nowych piosenek, czyli pół płyty, to pięć innych musi wypaść. Czyli dwie ostanie płyty i trochę staroci.
Krockus: A „Prawo do orgazmu” będzie?
Piotr: Nie, nie chce nam się tego robić. Kiedyś graliśmy to koncertowo, ale znudziło nas to. Nie można grać tego w kółko. Kiedyś robiliśmy sobie jaja, nawet wyszedł na jakiejś płycie koncertowej ten numer. Ale np. teraz jest tak, że chłopcy chcą grać długie, smutne ballady, a mi się to podoba bardzo. Są też takie numery gdzie odkładam gitarę, nie gram. Zagramy na przykład warszawski tryptyk, w tym dwie piosenki są z nowej płyty, a jedna ze starszej: gramy „W warszawie sen o sławie”, taki numer „Kruchy jest człowiek” (teraz to też Krysia Tkacz śpiewa, starsza pani przebrana za barmankę śpiewa piosenkę o chlaniu wódki, jest bardzo wiarygodna), a trzecia to „Reszta dla pana”. Ja zauważyłem, słucham ludzi, ze Państwo wolą te piosenki takie refleksyjne, rockowo zagrane, chłopcy fajnie grają bluesa naprawdę, powoli, ze smakiem. Zobaczymy jak dzisiaj będzie z gitarzystą czy Krzysiu dojedzie. Bo na razie mamy jego ucznia tutaj, bo czekamy na samolot, czy on dojedzie. Ale młody ma ten repertuar przećwiczony. Jak przyjedzie to będzie dwóch gitarzystów, zobaczmy czy zdąży. Przenieśli samoloty z Okęcia, gdzie nie było by problemu do Modlina. On jeszcze jakąś tam sztukę miał do zagrania, więc wczoraj po Wałbrzychu pojechał tam.
Krockus: Dziękuję za rozmowę

środa, 9 grudnia 2015

"Na scenie opowiadam historyjki"
Wywiad z Piotrem Bukartykiem, część druga

Druga część mojego wywiadu z Piotrem Bukartykiem. Tym razem poczytacie o Trójce, oraz poznacie proces powstawania nowych piosenek Piotra.
[camel]

fot. Paweł Topolski

Trójka
Krockus: Przez ponad dwa lata prowadził pan audycję „Ładne kwiatki” w Trójce, gdzie prezentował pan młodych polskich zespołów.
Piotr: Tak, nawet zespoły z Wrocławia były – np. zespół Muhy, który był wcześniejszy niż poznańskie Muchy i które bardziej mi się podobały
Krockus: Czy jakoś Pan śledzi obecną scenę muzyczną?
Piotr: To było coś innego. Ponieważ ja zdobyłem sobie jakąś tam pozycję, nigdy nie będąc zatrudnionym w radiu, nie mając żadnych ambicji zostania redaktorem, dostałem propozycję do Krzysztofa Skowrońskiego, ówczesnego redaktora naczelnego Trójki, „słuchaj, zróbmy jakąś audycję, to fajnie idzie” (ja) rozegrałem się, poszedłem do Wojtka Manna i zrobiliśmy to. Po pierwsze to nikt nie wierzył, że można raz w tygodniu napisać piosenkę i zagrać ją żywo w chwilę po jej napisaniu, więc ja byłem freakiem totalnym, ja się tam pojawiłem z kosmosu. I to się może udać raz, dwa razy, ale dziesięć, a się okazało, że to się udawało 40 razy, no bo rok ma 52 tygodnie i odejmując wakacje i jakąś siłą rzeczy nieobecności, bo się jedzie gdzieś w trasę tak jak w tym tygodniu to 40 razy zostało. Układałem jakieś piosenki, niektóre absurdalnie totalnie, ale one zaczęły zdobywać jakiś swój elektorat czyli ja gdzieś tam chcąc niechcąc zacząłem generować jakieś wpływy dla rozgłośni, to było coraz lepiej przyjmowane. Dzisiaj jeżdżę na koncerty i ktoś kto kupuje na nie bilety, to są ludzie, którzy czekając na te nasze wygłupy. My nie przywiązujemy do tego takiej wagi, ale Jurek Satanowski zrobił spektakl z moich piosenek w większości napisanych na użytek spotkań z redaktorem Wojtkiem Mannem i ja byłem w Teatrze Atelier w Sopocie na premierze spektaklu i te piosenki, które ja wykonywałem raz i wyrzucałem, np. śpiewa Krystyna Tkacz, Artur Barciś, Kasia Żak i jeszcze Trójka ludzi. Oni śpiewają 25 moich piosenkę, z których połowa to „jednorazówki”, one żyją te piosenki.
Krockus: To jest tylko w Sopocie wystawiane?
Piotr: Nie, 12 października odbędzie się warszawska premiera. To się nazywa „Kaszana Zdalnie Sterowana. Piosenki Piotra Bukartyka”. Teraz się dowiaduję, że muzyczna szkoła na Bednarskiej robi dyplom z moich piosenek. I to są takie piosenki, która napisałem, bo musiałem, bo obiecałem, że przyjdę na te audycje i coś będę miał, zobowiązałem się i podjąłem wyzwanie. To wcale nie jest takie proste, napisać piosenkę. Ja to robię raz w tygodniu i dzisiaj się dowiedziałem, że jestem offklasykiem literatury. To mnie śmieszy i bawi, nie żeby nie było mi miło, ale szczerze mówiąc jak teraz słyszę, że robię fantastyczne rzeczy to się przejmuję tym tak bardzo, jak wtedy kiedy robiąc to samo słyszałem, że wszystko robię do niczego. Mam pięćdziesiątkę za sobą, to jest 52. rok mojego życia co pozwala mi na swego rodzaju zdrowy dystans do tego co się dzieję wokół tego co robię. Robię cały czas to samo, od wiele lat, mam już dzieci duże, dzieci małe. Mam zacząć wciągać brzuch i poprosić sam siebie o autograf? Jestem człowiekiem spełnionym i szczęśliwym, bo żyję z tego co robię i mogę robić to po swojemu i nikt mi nie mówi jak mam się ubrać, co mam powiedzieć.

Krockus: A jak miałby pan ocenić jakość tych piosenek, tworzonych przez ostatnie 10 lat na potrzeby piątkowych wizyt u red. Manna? Czy wtedy były lepsze, czy teraz są lepsze, czy teraz je się łatwiej czy trudniej tworzy, czy to jest jakaś rutyna, czy to prościej przychodzi?
Piotr: To nigdy nie przychodzi prościej. To jest ta sama praca, jednakowoż różniąca się od pracy przy taśmie, bo ja nie robię śrubek, tylko piosenki, za każdym razie to jest coś, co jest żywą formą i tak myślę, że w jakiś naturalny sposób ją czuję. Generalnie nie zaczynam pisać jak nie wiem co chcę powiedzieć. Najpierw przychodzi to, co chcę powiedzieć, a potem obudowuje to całą resztą. W każdym razie kiedy robię sobie jaja, to forma może być ważniejsza od treści, są też takie piosenki, które napisałem, bo miałem głupi pomysł, np. pamiętam koledzy bawili przy piosenek grupy Maanam. Tu akurat nie wymyślałem melodii, tylko wziąłem refren „Luciolli” Maanamu i zaśpiewałem piosenkę, która mia się napisała w 15 minut, tam było takie coś „W jadłodajni
nad morzem...” i nie „Słone ręce, słone usta, słony wiatr” tylko „Słona zupa, słony bigos, słony kompot, słony schab” i refren „Smródź Jola, smródź Jola” i zaśpiewałem to. Jest to oczywiście kretyńskie i już grając to na żywo w radiu już czułem „ale wiochę robię”, ale mnie to bawiło. I się okazało, że oddźwięk był bardzo żywy i nikt nie poczuł się urażony, również z twórców piosenki, to bardzo miło. Ale po prostu to był taki kretyński błysk. Zdarzyły mi się covery ze dwa razy, innym razem, byłem do lutego naprawdę nałogowym palaczem fajek, i sterty petów towarzyszyły każdej z tych piosenek, ale obiecałem synowi, że rzucę i rzuciłem, po 36 latach intensywnego jarania. Tak czy inaczej napisałem taką piosenkę, to był przebój dyskotekowy „Everybodys goes Kung-Fu Fighting” i ja napisałem piosenkę na zasadzie osoby palącej, która rzuca ze słowami „ Nie da rady. Leć kup mu fajki, bo wyjada już puch z kufajki” i tego rodzaju rymy, a Wojtek Mann zdecydował się uczestniczyć w numerze i robił co jakiś czas „hu!”, „ha!”, bo tak było w wersji oryginalnej i nie trafiał oczywiście, także to rozczulało widownię, ale to nie są rzeczy, które my przygotowujemy, one zdarzają się w te pięć minut, które jesteśmy na antenie. To nie ma tak, że teraz powiem to czy to.
Krockus: Tak jak piosenka śpiewana głosem operowym?
Piotr: No tak, ja mówiłem, że to jest tenor umiarkowanie bohaterski, a głos którym dysponuje to sopran koloraturowy domowej roboty, różne takie historie. My to robimy do tych samych mikrofonów, do których czyta się pogodę, tam nie ma żadnych studyjnych warunków, studio jest obok. Staram się zagrać i zaśpiewać, a jednocześnie plujka z logo rozgłośni zasłaniA mi kartkę więc muszę odchylać łeb, by zobaczyć co napisałem. No więc warto, każda piosenka jest osobną historią.
Krockus: I później, przy okazji, tworzy się materiał na kolejne płyty.
Piotr:Nagle się okazało tak, był taki moment, ze wydałem płytę „Z czwartku na piątek” z tych piosenek, już dojrzewała sytuacja. Ta płyta znakomicie się sprzedała jak na polskie warunki. Byliśmy zdumieni, bo nie miała kampanii reklamowej ani żadnych takich, nie licząc tych cyklicznych występów. Jeszcze niedawno miała dodruk. I potem pojawił się w moim życiu i się go trzymam, przez dwie ostatnie płyty. To jest firma Mystic, której szef i powiedział, że jakbym chciał coś wydać to on bardzo chętnie. Spotkaliśmy, ja postawiłem swoje warunki, on je przyjął i dwie ostatni płyty zrobiliśmy razem czyli jestem w dosyć komfortowej sytuacji, bo między innymi mam zagwarantowaną totalną swobodę, nikt nie ingeruje w mój materiał, nikogo nie pytam jak mam coś zrobić, po prostu robię swoje. Nikt mi nie mówi, że mam być bardziej popowy albo coś tam zrobić. Jestem już poważnym człowiekiem, który robi po swojemu i nie wybieram się na żadne zawody.

Krockus: A czy na te Spotkania Trójkowe woli pan takie bardziej publicystyczne piosenki pisać, aktualne czy jakieś ogólne tematy?
Piotr: Nie mam pojęcia. To musi odpalić samo, musi przyjść do głowy. Generalnie ja nie mam potrzeby posiadania następnej piosenki, bo mam ich bardzo dużo. Ale zawsze coś tam się dzieje albo nie dzieje się nic. I to napisanie - ja poznałem swój organizm przez te wszystkie lata, z których tylko ostatnich dziesięć jest związanych z cykliczną audycją- i żeby się zmusić do napisania ja najpierw naprawdę godzinami stawiam pasjanse. A kiedy dochodzi już taka pora lekko po północy , a ja wiem, żeby zdążyć do radia muszę wstać o 6:40, myślę sobie: „Kurde, jeśli zaraz się nie wezmę do roboty to będzie kicha”, i potem dzieje się coś dziwnego i w trzy-cztery godziny mam piosenkę – jakąś ułożoną melodie, jakieś słowa, kładę się, rano się budzę, patrzę i myślę „O Jezu, ale obciach”. Potem jadę, jakoś to gram, jak jest Krzysiek to we dwóch, jak jestem sam to sam. I często się okazuje, że nie było tak źle, że ktoś się wzruszył, ale ja się nie zastanawiam pisząc ją , zawsze miałem tak, kiedy się zabierałem za pisanie konkretnego numeru, że przychodził do mnie jakiś pomysł, który mnie męczył i ja go robiłem, starałem się go zrealizować, potem przyglądałem się temu co zrobiłem i mówiłem „Aha, wyszło tak” i zapominałem o nim, zaczynałem myśleć o czymś innym. A potem przyglądałem mu się i na ogół dochodziłem do wniosku „Nie, jednak do niczego”, to spróbujemy następnym razem i odkładałem. A zmieniła w mojej sytuacji ta audycja to, że ja zanim powiem, że jednak do niczego to gram to ludziom i wiem, że są ich setki tysięcy, bo jest to prime time radiowy, Trójka jest stacją o przyzwoitej słuchalności.
Krockus: Luz i zapał jak pan śpiewał?
Piotr: No tak, ja czasem częstuje tymi piosenkami znajomych. O to poprosił na przykład Zbyszek Zamachowski i sobie gdzieś tam to śpiewa. Niech sobie śpiewa, ja mam dużo tych piosenek. Jest fajnie, grają to z Grupą Mo Carta „Kobiety jak te kwiaty” zupełnie inaczej niż ja. (wchodzi klawiszowiec - "a sorry, ty wywiad masz")
Doktor Pszczoła, mój producent, z Krzysiem Kawałko produkowali dwie ostatnie płyty. Dodatkowo to to też jest fajna sprawa, że gram z chłopakami, z którymi pracuje później na tych płytach. Jestem od nich starszy, mniej więcej o kilkanaście lat od każdego z nich, z wyjątkiem Marka, bo Marek jest tylko osiem lat ode mnie młodszy, to dorośli mężczyźni, ale jednak dzieciaki, to jest różnica doświadczeń, jesteśmy krajem z takim wyraźną cezurą Stanu Wojennego i tak dalej, ale dogaduje się z nimi, jest fajnie. Nie jest obciachem ze mną grać. Takie rzeczy mnie cieszą w życiu, i to nie jest wiocha grać ze mną, ostatecznie nie zostałem swetrowym grajkiem, który nic nie potrafi.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

"Na scenie opowiadam historyjki"
Wywiad z Piotrem Bukartykiem, część pierwsza

Ponad pięćdziesiąt minut wywiadu z Piotrem Bukartykiem. Przeprowadziłem go przed koncertem Artysty we wrocławskim Starym Klasztorze, który odbył się pod koniec września tego roku. Wywiad ukazała się w jakiś czas temu w Gazecie Wrocławskiej. Niestety "gazeta nie jest z gumy" i z 33 tysięcy spisanych znaków w gazecie (po autoryzacji Piotra i skrótach) znalazło się ledwie koło 1/4 całości. Tutaj postanowiłem opublikować w trzech częściach całość mojej rozmowy z Piotrem. Pierwsza część dzisiaj, następne jeszcze w tym tygodniu. Na początek wspominamy dawne czasy (m.in. album "Szampańskie wersety z 1997 roku) i rozmawiamy o zjawisku popularności.



[camel]

Popularność
Krockus: Zaczynał pan grać ponad trzydzieści lat temu. Po drodze była nominacja do nagrody Fryderyk w kategorii „Dance i Techno” bodaj w 1997 roku...
Piotr: Tak, traktuję to jako największe osiągnięcie życia (śmiech)
Korkcus: ...ale ta prawdziwa popularność, powiedzmy masowa, przyszła kilka lat temu.
Piotr: Czy ja wiem? Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym nigdy. Nie rozpatrywałem tego w tych kategoriach. Po prostu pisałem swoje piosenki, jestem grajkiem od początku lat 80-tych. Zacząłem jako pacholę licealne i zawsze chciałem napisać piosenkę i próbowałem, do tej pory próbuję. I to tyle. Popularność w tamtych czasach była czymś wręcz wstydliwym ponieważ zdobycie tzw. popularności wiązało się z czymś, na co nie mogłem się długo zdecydować. To był np. udział w udziale Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze, bądź Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. I bardzo wielu, nie żeby im to wypominać, bo to do tej pory funkcjonujących artystów, którzy są zbliżeni do mnie wiekiem i w podobnym czasie debiutowali, oni osiągnęli popularność, bo podjęli taką decyzję, że tam pojadą. Ale na ogól to byli wokaliści. A ja ze sztuką wokalną, co zresztą będzie słychać tutaj ze sceny, mam wspólnego niewiele, ja opowiadam historyjki.
Krockus: Uważa się pan za poetę, śpiewaka, za, jak pan sam powiedział, grajka?
Piotr: No za grajka, jest taka w brytyjskich barach postać – taki storyteller, który siada na krześle iw w zamian za drinka opowiada niestworzone historie, no to ja jestem kimś takim myślę. A w sztukę nie wierzę. Znaczy nie w jej istnienie nie wierzę, także nie pracuję nad tym, że trzeba stworzyć przebój, albo dzieło sztuki, mam to gdzieś.
Krockus: Czasami się udaje?
Piotr: Bo ja wiem? To niechcący, to przypadkiem.

Korkcus: Ale jak ta popularność przyszła tak późno, to jest jakoś inaczej odbierana, doceniana przez pana?
Piotr: Przeze mnie? Jasne! Myślę, że gdyby przyszła wcześniej to mógłbym zwariować, mógłbym wyglądać jak moi rówieśnicy z zespołu Papa Dance. Cieszę się, że tak nie wyglądam, choć nic do nich nie mam i rozczulają mnie te na siłę zaczesywane zakola. Ja wyglądam jak wyglądam, pióra mi z tyłka nie wystają, bo też nie kokietuję wyglądem ani nadmiarem choreografii czy porywającą wokalizą. Po prostu opowiadam swoje historyjki i sobie z tego żyję, co daje poczucie nie tyle popularności, co wolności. Jest to bardzo przyjemne, bo robię to, co chcę, to, co sobie sam wymyślę i jestem, powiem górnolotnie, niezależny. Znaczy nie wstaję w szranki żadne, nie biorę udziału w wyścigach piosenkarskich, stworzyłem swoją własną kategorię, mam swoją publiczność i ku mojemu radosnemu zdziwieniu ona jest coraz liczniejsza. Nie gram Dnia Kartofla, tylko usiłuję sprzedać bilety na koncert i dlatego tu jestem, że ktoś te bilety kupił czyli to jest uczciwe stawianie sprawy – przywożę konkretną rzecz, za którą odpowiadam w stu procentach, bo każda nutka i każde słowo w tych piosenkach jest mojego autorstwa. I skoro podjąłem decyzję, że się publicznie z tym pokażę, to znaczy, że uważam, że się tego nie wstydzę, no i tyle. Jeżeli ktoś kupuje na to bilet, to podejmuje samodzielną decyzję o tym.
Maciek: Czyli singer-songwriter jak to się mówi?
Piotr: No tak. I to dlatego, że, szczerze mówiąc, tylko takich ceniłem, i dużo większe wrażenie robią na mnie tacy goście.
Krockus: Bardowie?
Piotr: W pewnym sensie tak, Bob Dylan, ten kierunek bardziej.

Krokcus: A gdyby miał pan wskazać przyczyny te tej popularności – czy przyczyniła się do tego Trójka, czy coś innego, bo skąd musiało się to wziąć, że to się rozwinęło w takim (pozytywnym) stopniu
Piotr: To się zaczęło nawarstwiać. Zmiany ilościowe przeszły w zmianę jakościową. Ja cały czas, przez te wszystkie lata, robiłem to samo. I dalej robię, niczego nie zmieniam. Wymyśliłem swój język, którym się porozumiewam ze światem i to kiedyś nie pasowało do niczego.
Próbowali mnie wpasować, pojechałem na jakieś zamkowe spotkania poetyckie i zaczęto twierdzić, że ja uprawiam poezję śpiewaną, a nigdy tego nie robiłem. I słyszałem, że jestem elektrycznym bardem, że jestem poetą rockandrolla. Nie jestem poetą, w ogóle nie czytam poezji. Układam piosenki, opowiadam historyjki, bawię się formą i bardzo długo starałem się osiągnąć taki efekt, żeby mnie samego nie raził język polski w piosenkach. Bo angielski jest płynny, jest więcej rymów męskich niż u nas, ale ja wymyśliłem sobie jakiś język, ułożył mi się on w głowie i nim operuję. Opowiadam historię, które na ogół zamykają się jakąś pointą. Staram się opisywać to, co widzę, a nie to jak ja sam wyglądam, bo sądzę, że to jest tak mało interesujące dla innych, jak dla mnie ich wygląd. I tyle – opowiadam to co widzę, a nie to, że mam ładne oczy.

Krokcus: Ale Trójka na pewno dała jakąś popularność, choćby przez cykliczność tych spotkań i ciągłą potrzebę tworzenia nowych rzeczy.
Piotrek: No pewnie, że dała. To nie jest taka ciągła potrzeba. Ja szczerze mówiąc, w pewien sposób się nauczyłem pływać, jak wpadłem do wody i tutaj było podobnie. Żeby w ogóle coś napisać to potrzeba muz. Moje muzy mają na imię Termin i Zaliczka. Na szczęście ta druga przychodzi o wiele rzadziej. Ale generalnie człowiek nie pisze piosenki na rano, bo na cholerę mu rano nowa piosenka. Napisałem kilkaset piosenek, nie potrzebuję następnych, ale sam sprowokowałem sytuację w której jestem przymuszony do pisania raz w tygodniu. Bardzo się cieszę, bo gdyby nie te uczucie obciachu, że co – nie dam rady? To bym nie pisał bo po co? Już na wszystkie tematy napisałem po dziesięć piosenek.

Krockus: A skąd w ogóle przyszła propozycja takich spotkań?
Piotr: Ja wymyśliłem to i zadzwoniłem do Krzyśka Skowrońskiego, który był wówczas dyrektorem Trójki nawet nie wiedząc i nie pamiętając, że kiedyś on jako redaktor Radia Zet incydentalnie zaprosił mnie przy okazji mojej płyty z piosenką o prawie do orgazmu, którą głosiłem przyznanie tego prawa w ogóle wszystkim, co nie zostało najlepiej przyjęte w kraju świebodzińskich pomników. Ja myślałem, że to będzie dowcipne, a się okazało, że jestem synem Szatana. To sprawiało mi przyjemność dużą, pamiętam, że w Toruniu były wtedy trzy rozgłośnie, z czego tylko jedna miała ryja i te dwie grały utwór „Każdy ma prawo do orgazmu” i słowo orgazm wypikowywując. Bardzo mnie to bawiło, bo się okazało, że to najbrzydsze słowo. A już wtedy puszczali raperów z jakimiś bluzgami. Więc orgazm było słowem niecenzuralnym, a te wszystkie organy rozrodcze męskie i żeńskie to żaden problem. Tak czy inaczej, na przykład ta żartobliwa płyta wtedy, w której kpiłem sobie – razem z kumplem, z którym ją zrobiłem, który zresztą wyprodukował pierwszą, najbardziej znaną do tej pory, płytę nijakiego Liroya, bo Jaromir Chmileski (?), a w ogóle na co dzień zajmował się robieniem muzyki do teatru. Więc myśmy zrobili eksperymentalną płytę, dla jaj, bawiąc się naprawdę bardzo dobrze. Nigdy nie grałem dance`u ani techno, nikt nie zrozumiał tego żartu, naprawdę, nikt nie zrozumiał naszego żartu (śmiech), zostało to przyjęte często bardzo poważnie.
Krockus: Może teraz by było lepiej z odbiorem?
Piotr: Nie, to było super, bo po tym wszystkim ja miałem straszne poczucie obciachu, że zrobiłem taką płytę, ale wtedy nie miałem wyjścia. Mogłem albo umrzeć z głodu, albo nagrać taką płytę. Wtedy wszyscy szukali możliwości podpisania kontraktu, bo wydawało się, że przyszedł wielki świat, i że teraz My już są Amerykany, ja podpisałem ten kontrakt, ale był taki warunek – bo ja miałem dwie takie piosenki i siedemdziesiąt smutnych – i Państwo zaproponowali mi dopisanie jeszcze kilku wesołych, a smutne może kiedy indziej już. Nie miałem wyjścia, w czasie długiej kąpieli do tych dwóch dopisałem jeszcze chyba siedem czy dziewięć, nie pamiętam już, i z jednej strony się bawiłem, a z drugiej to było absolutnie nie to, co chciałem zrobić, ale nie miałem wyjścia. Mogłem albo obrócić tę sytuację w żart i tak zrobiłem. I ta płyta była swego rodzaju zgniłym kompromisem, ale bawiliśmy się dobrze. A zaraz potem zacząłem spotykać różnych ludzi z bliskich mi środowisk do których nie należałem, do Jarocina i tak dalej. I chłopcy z czołowych kapel przychodzili po tej płycie przybyć ze mną piątkę i mówili: „Dla nas jesteś punkiem” i to był komplement, to było bardzo fajnie, że tylko ci ludzi, którzy się czynnie zmagają z nutami i tekstami, oni zrozumieli moje intencje. Natomiast świat muzycznej prasy czy mediów kompletnie nie połapał się w moich planach, zresztą prawdopodobnie miał je gdzieś po prostu i nie ma problemu. Natomiast nominacje do Fryderyków...przecież nie zdobyłem Fryderyka, bo wtedy wygrał Norbi, bardzo miły chłopak z Olszyna, młody didżej wtedy, no i on spełnił swój sen, bo poprowadził od tamtej pory siedem tysięcy wesel i imprez zakładowych czy festynów. To lepiej, że on, a nie ja, bo ja mógłbym się tam nie sprawdzić do końca, pamiętam, że za bardzo nie było wiadomo co z tą płytą robić, no bo można ją było grać z półplejbeku w dyskotekach, ale ja do dyskotek nie chodzę. W klubach z rurą, wtedy dostałem taki cynk od człowieka w miejscowości Marki, jak się okazało, że ten numer grany jest ciągle, że dziewczyny mnie pozdrawiają, i że mogę przyjść kiedy zechcę, i że będzie super. Potem okazało się, że był to burdel podwarszawski i do tej pory nie żałuję, że nie pojechałem zebrać należnych mi hołdów, w takiej czy innej postaci, ale zawsze można pomarzyć. Nie zrobiłem tego żałuję. Panie pozdrawiam, pewnie są już na emeryturze. To ja wam napisałem ten numer, dzięki któremu mogliście rozwinąć swój talent.

sobota, 14 listopada 2015

Mikromusic w Eterze, Wrocław, 4.11.2015



[camel]
ocena: 9/10


Dzieliłem się z Wami kiedyś moją opinią, że uważam Mikromusic za najlepszy obecnie koncertowy skład w tym kraju. Każdy ich kolejny koncert utwierdza mnie w tym przekonaniu. Zwłaszcza ten, na którym zagrali cały materiał ze swojej ostatniej, rewelacyjnej płyty "Matki i żony". Albumu z najmroczniejszymi tekstami, a równocześnie najbardziej energetycznego w ich karierze. Zaczęli od Matki Teresy, potem były kolejne piosenki z tej płyty: Krystyno, Dom, Kostucha czy Po co ja tu jestem. Rewelacyjnie wypadło Lato 1996, Zakopolo, Pocałuj, pochowaj czy Piękny chłop z wydłużonym finałem, w którym Dawid Korbaczyński zagrał na oryginalnej gitarze. W Bezwładności na scenie pojawił się Skubas by obezwładnić słuchaczy wspólnym wykonaniem z Natalią tej piosenki (aktualny singiel zespołu). W międzyczasie usłyszeliśmy kilka starszych piosenek zespołu takich jak Sopot, Takiego chłopaka, Zostań tak (znowu dała tu znać o sobie wirtuozeria muzyków, a w szczególności klawiszowca Roberta Jarmużki), Pod włos (czyli piosenki o Wrocławiu), Szkodnik (prawdopodobnie najlepszy moment koncertu, miłośnicy jazzu pewnie też byli zadowoleni). Pod koniec koncertu zabrzmiał ostatni utwór z "Matek i żon" czyli Nie umrę, a na bis usłyszeliśmy ponowne wykonanie Bezwładności, niegrzeczną wersję Niemiłości oraz Oczko, czyli utwór, który otwierał ich trzecią płytę "Sova".

Minusy? Brak jakiegokolwiek utworu z ich pierwszych dwóch płyt, a przecież mogli zagrać moje ukochane Dobrze jest, Oddychaj, Burzową, Słonecznik czy Kardamon i pieprz. Na szczęście po koncercie udało mi się zaopatrzyć, w dzisiaj już chyba nieosiągalną w normalnej sprzedaży, płytę" Sennik", na której znajdują się trzy ostatnie z wyżej wymienionych piosenek.

Na bardzo duży plus: świetna forma muzyków oraz Natalii Grosiak, która jak zwykle czarowała głosem i poczuciem humoru. W dobrej kondycji nie przeszkodziła jej nawet widoczna ciąża. Dlaczego więc nie dałem maksymalnej noty? Po pierwsze z powodu wymienionego powyżej braku utworów  z pierwszych płyt oraz... zawsze może być jeszcze lepiej. Na co będę liczył, wybierając się na kolejne koncerty tego niezwykłego zespołu.

















wtorek, 17 lutego 2015

Live 2014, część trzecia


[camel]

LIPIEC/SIERPIEŃ

XX Przystanek Woodstock [8.0]


Jubileuszowy, dwudziesty Przystanek Woodstock. Mój trzeci, po dziewięcioletniej przerwie (byłem również w 2004 i 2005 roku). Co się zmieniło przez tę dekadę? Na pewno było więcej ludzi – podobno około 700 tysięcy, impreza trochę się skomercjalizowała (choć to nic złego, po prostu ma większą ilość sponsorów) i zmiana najważniejsza – muzyka zaczęła odgrywać pierwszorzędną rolę, koncerty na dużej scenie to zazwyczaj muzyczne spektakle z dużym nagłośnieniem i efektownym oświetleniem. Udało mi się zobaczyć kilka koncertów – na dużej i małej scenie oraz w wiosce Akademii Sztuk Przepięknych. Bo to właśnie na ostatniej ze scen, na dzień przed oficjalnym otwarciem Woodstocku zobaczyłem pierwszy koncert – jubileuszowy występ Kasi Kowalskiej. Artystka, której na żywo nie widziałem od kilkunastu lat przedstawiła swoje największe przeboje w wersji akustycznej. Były utwory z debiutanckiego albumu "Gemini" (Oto ja, Jak rzecz, tytułowy, Wyznanie, Cukierek – mój dawca słodyczy, Heart of Green zaśpiewane ze Skubasem) jak i te późniejsze (Antidotum, Prowadź mnie, Pieprz i sól, Wyrzuć ten gniew, Coś optymistycznego i A to co mam na bis). Znalazło się też miejsce na covery Led Zeppelin, Leonarda Cohena, Alice In Chains oraz zaskakujący I`ve got a world on a string, który Kowalska wykonała ze Titusem z Acid Drinkers. Fajna podróż sentymentalna, świetny nastrój i oprawa, która sprawiły, że te akustyczne wykonania zabrzmiały tego dnia momentami magicznie. Oficjalnym początkiem Woodstocku był koncert T.Love, który zagrał zestaw swoich największych hitów w rodzaju Warszawy, Nie,nie,nie, Kinga, Boga, Ajrisz, Potrzebuję wczoraj, Lucy Phere, Autobusów i tramwaji i Wychowania (dwa ostatnie z Kasią Kowalską). Drugim z gości był Titus.
Wyjątkowym koncertem był występ Budki Suflera, dla której był to jeden z ostatnich koncertów w karierze. Repertuar niezwykły – wszystkie utwory z debiutanckiego "Cienia Wielkiej Góry", Pieśń niepokorna, Noc nad Norwidem, nieśmiertelna Jolka, Jolka pamiętasz i kilka innych. Prog-rockowa energia, świetna forma Krzysztofa Cugowskiego, całego zespołu i synów Cugowskiego czyli zespołu Bracia sprawiły, że będę ten koncert jeszcze długo pamiętał. Bardzo energetycznie zagrał Skindread. Pełen hippisowskiej energii koncert zagrała Ania Rusowicz, żałuję, że udało mi się trafić tylko na końcówkę występu (za to wtedy zagrała Za daleko mieszkasz miły i cover Jefferson Airplane Somebody to love). Szaleńczy, rokendrolowy show dał Dr Misio. Jelonek z towarzyszeniem Gorzowskiej Orkiestry Symfonicznej porwał woodstockowy tłum do tańca serwując mu rovery Paganiniego, Boney M., Rossiniego, Huntera i własne kompozycje. Lao Che zagrali swoje największe hity w rodzaju Hydropiekłowstąpienia, Życia jak tramwaj, Dymu, Drogiego Pana, Bóg zapłać i Zombi!. Acid Drinkers zaprezentowało własne wersje piosenek m.in. Pink Floyd, Deep Purple, Black Sabbath, Joe Dassina, Creedence Clearwater Revival, Thin Lizzy, AC/DC oraz B`52 (słynny Love Shack zaśpiewany wspólnie z Anią Brachaczek). Marika wprowadziła widownię swoimi piosenkami w pozytywny nastrój, a Piersi zaprezentowali swoje największe przeboje z których największy aplauz wzbudziły oczywiście Całuj mnie i Bałkanica.
Trudno w tych kilkunastu zdaniach oddać niesamowitą atmosferę tej imprezy. W powietrzu ciągle unosił się duch Flower-Power, przeróżne subkultury egzystowały obok siebie w przyjaźni, często dało się zauważyć zarówno młodych ludzi, rodziny z dziećmi jak i starszych fanów muzyki. Warto pojechać tam choć raz by przekonać się dlaczego o Woodstocku mówią, że to Najpiękniejszy Festiwal Świata.





PAŹDZIERNIK

Kult [7.5/10]


Coroczna Kultowa trasa październikowa, coroczny koncert Kultu w katowickim Spodku. Jak szybko policzyłem to mój siódmy lub ósmy koncert ich występ w tym miejscu. Jak zwykle w przypadku tego zespołu blisko trzy godziny grania i ponad trzydzieści piosenek. Doczekałem się swoich faworytów w postaci Do Ani, Arahji, Lewe lewe loff, Baranka, Gdy nie ma dzieci oraz Polski i Krwi Boga w bisach. Wyjątkowo dobrze i potężnie zabrzmiało tego wieczoru Prosto, utwór tytułowy z ich ostatniej płyty. Jako ostatnią piosenkę tradycyjnie wykonali Sowietów. Dobrze, że niektóre rzeczy się nie zmieniają. Dobrze w październiku wybrać się na koncert ekipy Kazika do Spodka, który ciągle uważam za najlepszą halę koncertową w tym kraju.

Marcelina [8.5/10]

O koncercie Marceliny we wrocławskim Starym Klasztorze pisałem TUTAJ

LISTOPAD

Fisz Emade Tworzywo [7.5/10]


Wydany jesienią album "Mamut", to chyba największy sukces komercyjny braci Waglewskich do tej pory. Dwa utwory osiągnęły szczyt Trójkowej Listy Przebojów, w jednym z utworów zaśpiewała Kasia Nosowska. Na wrocławskim koncercie w klubie Alibi usłyszeliśmy najnowszą płytę w całości (bez instrumentalnego utworu tytułowego, za to z dwukrotnym wykonaniem Śladów). Największe wrażenie zrobiły na mnie wspomniane Ślady, taneczny Pył i Zwiedzam Świat. Świetnie zabrzmiało również bardzo hałaśliwe Karate. Dobrze, że zagrali też kawałki z poprzednich albumów – mowa o Heavi metalu, Wiośnie 86, przearanżowanym Dynamicie i Zwierzu bez nogi. Wszystko brzmiało bardzo dobrze od strony wykonawczej, zwłaszcza gra Emadego na perkusji, Michała Sobolewskiego na gitarze (również muzyka rockowego wcielenia Waglewskich juniorów czyli Kim Nowaka) i Marcina Pendowskiego na basie.

Mikromusic [8.5/10]


Kolejne w tym roku moje spotkanie z muzyką Mikromusic na żywo. Tym razem na osobnym, pełnoprawnym koncercie, do tego w bardzo klimatycznym miejscu. Jak już kiedyś pewnie wspominałem ten zespół to aktualnie moja ulubiona grupa koncertowa w Polsce. Każdym kolejnym występem utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Setlista składająca się z wszystkich czterech studyjnych płyt zespołu – świetne wykonania Jesieni, Sopotu, Takiego chłopaka (dwukrotnie), rozbudowanego Zostań tak, Słonecznika, Halo czy Niemiłości 2 (czyli tej mniej cenzuralnej) i Lata 96 czyli najnowszego utworu zespołu zilustrowanego pięknym teledyskiem. Jak zwykle wybornie pod względem wykonawczym, jak zwykle urocza wokalistka Natalia Grosiak. Koniecznie się wybierzcie na ich koncert jak będą grali w pobliżu, ja chętnie zobaczył bym ich w wydaniu akustycznym jako Mikromusic Acoustic Trio.

Dr Misio [8/10]


Kolejny koncert ekipy dowodzonej przez Arka Jakubika, tym razem klubowy. Jak zwykle masa rockowej energii i szalony Jakubik wyśpiewujący kolejne piosenki, których teksty są autorstwa Marcina Świetlickiego i Krzysztofa Vargi. Jako, że to była trasa promująca drugi album Dr Misia zatytułowany "Pogo", to właśnie utwory z tej płyty dominowały na koncercie – usłyszeliśmy więc m.in. utwór tytułowy, Sektę, Modlitwę, Hipstera, Metro i Pedagogikę. Na szczęście znalazło się też miejsce na utwory z debiutanckiego krążka "Młodzi", z którego zespół wykonał świetne Dziewczyny, utwór tytułowy, Mentolowe papierosy, Życie i oczywiście Mr Hui, w którym wokalnie wsparła wokalistę publiczność. Tak jak wspominałem – masa rockowej energii i jeden z najlepszych koncertowych zespołów w kraju.

GRUDZIEŃ

T.Love [8/10]


W ubiegłym roku minęła dwudziesta rocznica wydania płyty „Prymityw”, jednej z najważniejszych w dyskografii kapeli dowodzonej przez Muńka Staszczyka, ulubiona zarówno przez zespół jak i fanów. W związki z tym T.Love postanowiło ruszyć w trasę podczas której mieli w całości zaprezentować materiał z tego albumu. Na początku grudnia zespół zagrał we wrocławskim Starym Klasztorze zaczynając od prezentacji "Prymitywu" począwszy od piosenki To nie jest miłość i Potrzebuję wczoraj, poprzez Glorię, Złygmunta Staszczyka, Boga aż do Nic do stracenia (z utworu kończącego krążek czyli Wakacji zrezygnowano). Po krótkiej przerwie zespół powrócił na scenie i zaprezentował swój the best of. Usłyszeliśmy więc Autobusy i tramwaje, IV LO, Kinga, Warszawę, I love you, Nie,nie,nie, Lucy Phere i Wychowanie. Na sam koniec zespół zostawił cover Boba Dylana The Times there are a-changin`. Kolejny udany koncert jednego z najważniejszych bandów w polskim rocku. Fajnie widzieć ich w dobrej formie.

Nut Ferment 3: Marcelina, Krzysztof Zalewski, Wolna Grupa Bukowina [8/10]


Nut Ferment to inicjatywa wrocławskiego Teatru Muzycznego Capitol mająca formułę muzycznego talk-show na żywo w czasie którego każdy Artysta śpiewa dwie swoje piosenki i jeden cover Artysty występującego w tym samym odcinku. Tym razem jako pierwsza wystąpiła Marcelina która wykonała Nigdy w zawsze i Me and my boyfriend z własnego repertuaru i cover Krzysztofa Zalewskiego Jaśniej (dwukrotnie, gdyż za pierwszym razem pomyliła się w tekście). Następnie zaprezentował się wspomniany Zalewski, który zagrał Ósemko i Fallin mocno przearanżowaną Rzekę autorstwa Wolnej Grupy Bukowiny. Jako ostatnia zaprezentowała się WGB wykonując własną Piosenkę wiosenną i Sielankę o domu oraz Marcelinową Bez ramki. Pomiędzy występami krótkie wywiady z Artystami prowadził Konrad Imiela, dyrektor naczelny i artystyczny Capitolu. Całkiem miły wieczór, w sam raz na kilka dni przed Bożym Narodzeniem.

sobota, 31 stycznia 2015

Live 2014, część druga


[camel]

MAJ cd.

Piotr Bukartyk [8.5/10]


W maju zawitał również do Katowic Piotr Bukartyk ze swoim zespołem. Jak się później okazało był to mój ostatni koncert w Gugalandrze, który po remoncie zmienił trochę charakter i nazwę na Prokultura. Gugalander był jednym z pierwszych klubów studenckich powstałych w Katowicach i mam z tym miejscem masę dobrych wspomnień – piątkowe imprezy, koncerty Ścianki, Maleńczuka, The Car Is On Fire czy Kombajnu będę jeszcze długo pamiętał. W tym niezwykłym miejscu przyszło grać jednemu z moich ulubionych Artystów, który następnego dnia miał obchodzić swoje 50. Urodziny. Na repertuar koncertu złożyły piosenki z jego bogatego repertuary: zarówno te najstarsze (Dokąd się wybierasz), trochę młodsze (Małgocha, Niestety trzeba mieć ambicję, Sznurek, Kobiety jak te kwiaty), te z wydanej w 2012 roku świetnej płyty „Tak Jest I Już” (utwór tytułowy, woodstockowy hymn Z tylu chmur) jak i te zapowiadające najnowszy album Artysty „Kup Sobie Psa” (Piasku ziarenka). Po północy obsługa klubu oraz zgromadzona publiczność zaczęła świętować urodziny Gwiazdy Wieczoru – był szampan, tort oraz chóralne śpiewanie Sto lat. Widać było, że ta niespodzianka szczerze wzruszyła Piotra, który za nią serdecznie podziękował. Bardzo udany koncert i zapewne pamiętny wieczór dla Solenizanta i całego zespołu.

Łona i Webber [8/10]


Pierwszy od bardzo długiego czasu koncert w Katowicach Łony i Webbera udowodnił, że Łona jest w znakomitej formie i nadal pozostaje moim ulubionym raperem. Jego skrzące się inteligencja teksty z połączeniem ze znakomitą muzyką Webbera w wykonaniu zespołu The Pimps na koncertach tworzą mieszankę doskonałą. Repertuar przekrojowy z przewagą piosenek z ostatniego, świetnego wydawnictwa „Cztery I Pół” oraz niespodzianka w wykonaniu hardrockowej wersji piosenki Konewka na koniec. Polecam wybrać się na koncert tej ekipy jak tylko będziecie mieli taką okazję.

Kuba Badach z zespołem i Śląską Orkiestrą Kameralną. Tribute to Zaucha. [9/10]


W maju po trwającym blisko trzy lata remoncie ponownie została otwarta Filharmonia Śląska w Katowicach. Trzeba powiedzieć, że warto było czekać, bo odnowiona siedziba robi duże wrażenie. Pierwszym po przerwie koncertem na który się tam wybrałem był występ Kuby Badach ze swoim zespołem grającym repertuar Andrzeja Zauchy. Muzykom na scenie towarzyszyła Śląska Orkiestra Kameralna. Badach w dzieciństwie miał zaszczyt występować na scenie z Zauchą, więc ciekawiło mnie jak poradzi sobie z interpretacją jego piosenek. Poradził sobie znakomicie – wraz z zespołem przedstawił nowe wersje piosenek Mistrza, które niejednokrotnie przewyższały oryginał i wprowadzały nową jakość do znanych przecież utworów. Kiedy trzeba zespół zagrał rockowo, innym razem funkowo, ale potrafił te zanurzyć się w bardziej subtelnych dźwiękach. Nad wszystkim górował znakomity głos Kuby Badacha, który swoim poczuciem humoru, urokiem i lekkością śpiewania udowodnił, że jest jednym z najznamienitszych polskich wokalistów.

Juwenalia Śląskie: Lao Che, Happysad, Hey [7/10]


Końcówka maja to zazwyczaj czas Juwenalii Śląskich. Tym razem udało mi się zobaczyć w ich ramach trzt koncerty: pierwszego dnia Lao Che i Happysad, a drugiego Hey. Lao Che zagrali swoje największe przeboje, usłyszeliśmy zatem m.in. Hydropiekłowstąpienie, Drogi panie, Zombi!. Podobnie miała się sprawa z Happysad. Ich juwenaliowy koncert to przeboje takie jak Zanim pójdę, Milowy Las czy Wpuść mnie. Drugiego dnia Hey zagrał o wiele mniej przebojowo repertuar który o wiele bardziej nadawałby się na klubowy koncert niż plenerową imprezę. Dopiero końcowa część koncertu i ich starsze przeboje w rodzaju Teksańskiego czy Mojej i Twojej nadziei na dobre rozruszały publiczność.

CZERWIEC

Muzyka Trzech Pokoleń: Lebowski, Collage, SBB [8.5/10]


Bytomskie Centrum Kultury 1 czerwca przygotowało nie lada atrakcję dla miłośników klimatycznego i progresywnego rocka. Oto na jednej scenie miały wystąpić przedstawiciele trzech pokoleń takiej muzyki. Jako pierwszy zaprezentował się szczeciński Lebowski, który zagrał udany, około godzinny, instrumentalny koncert. W pamięci zapadło mi szczególnie wykonanie piosenek Midnight syndrome oraz znanej z Trójkowej Listy Przebojów Goodbye my joy. Jako następni wystąpił Collage, który powrócił na scenę muzyczną po dość długie przerwie. Z pewnością ekspresyjny wokalista był mocnym punktem tego punktu wieczoru, jednakże widziałem jedynie fragmenty tego koncertu więc nie mogę więcej o nim napisać. Wszyscy czekali już na Główną Gwiazdę tego wydarzenia czyli występ zespołu SBB w oryginalnym składzie. Zgromadzona w Beceku publiczność Józefowi Skrzekowi, Apostolisowi Antimosowi i powracającemu do zespołu Jerzemu Piotrowskiemu zgotowała gorące owacje, po których nastąpił świetny, momentami fenomenalny występ. Prawie cała moja uwaga skupiła się na Piotrowskim, który tego wieczoru pokazał swą fenomenalną grą na perkusji znakomitą formę. Zagrali oczywiście moje ulubione Walkin` around the stormy bay. Koniecznie wybierzcie się na występ SBB w tym składzie – w dzisiejszych czasach mało kto gra tak niesamowitą muzykę, wymagającą niezwykłego wirtuozerstwa.

Carmina Burana [9/10]


Moja kolejna wizyta w Filharmonii Śląskiej, znowu na mocno zapadającym w pamięć koncercie. Kantata sceniczna Carmina Burana Carla Orffa jest oparta na średniowiecznym wyborze pieśni. Jest to dzieło wymagające ogromnego aparatu wykonawczego: pełną orkiestrę symfoniczną z rozbudowaną sekcją instrumentów perkusyjnych, dwa fortepiany, dwa chóry (mieszany i chłopięcy) oraz solistów (baryton, sopran i tenor). Z tego powodu nie jest zbyt często wystawiany. Potęga brzmienia, niezwykła dyscyplina wszystkich Artystów sprawia, że słucha się tej muzyki z zapartym tchem, a wykonanie pieśni O Fortuna, która zaczyna i kończy Carminę Buranę na długo pozostaje w pamięci.

Myslovitz [8.5/10]


20 czerwca ubiegłego roku było ważną datą dla wszystkich fanów Myslovitz. Tego dnia w mysłowickim MDK od się pierwszy zlot fanów Myslovitz od czasu, gdy do zespołu dołączyć Michał Kowalonek. Było bardzo przyjemnie - mieliśmy możliwość porozmawiania z członkami grupy, zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcia i wziąć udział w quizie poświęconym znajomości Myslo. Wieczorem na kąpielisku Słupna odbyła się impreza „Mysłowice Dobrze Brzmiące”. Na początku wysłuchaliśmy zespołów Delons i Korbowód po których około 20-tej wystąpiła Gwiazda Wieczoru. Świetnie dobrany repertuar, w którym znalazło się miejsce na Życie to surfing, Chciałbym umrzeć z miłości i utwory zagrane w towarzystwie kwartetu smyczkowego (rewelacyjna wersja Końca Lata). Bardzo udany koncert po raz kolejny udowadniający, że Myslovitz bez Artura Rojka to nadal dobry zespół

czwartek, 22 stycznia 2015

Live 2014, część pierwsza

Zaczynamy Podsumowania Kulturalne 2014 roku na Krockusie. Dzisiaj pierwsza część moich koncertowych wspomnień z ubiegłego roku, wkrótce dwie następne. Na przełomie stycznia i lutego na blogu pojawi się 25 moich ulubionych utworów z rok poprzedniego, następnie (w lutym) ranking filmów kinowych i na deser (przełom lutego i marca) część najważniejsza – dwudziestka najlepszych albumów 2014 roku według Krockusa. Zapowiada się więc dużo czytania. Zatem miłej lektury !



[camel]

LUTY

Kari [8/10]


Pierwszym koncertem na który się wybrałem w roku ubiegłym był występ Kari (znanej wcześniej jako Kari Amirian). Artystkę poleciła mi znajoma (która notabene popełniła kiedyś jeden tekst na Krockusie) zamieszczając na swoim blogu pozytywną recenzję jej drugiej płyty – "Wounds And Brouises". Kiedy zobaczyłem, że Kari odwiedzi katowicki Kinoteatr Rialto postanowiłem, że zobaczę jak pani Amirian radzi sobie na żywo. O ile album, pomimo kilku świetnych momentów, wydaje mi się trochę zbyt monotonny i melancholijny, to o koncercie promującym to wydawnictwo tego powiedzieć nie można. Świetna sekcja rytmiczna (zwłaszcza momentami potężnie brzmiąca perkusja), uzdolniony gitarzysta i oczywiście sama Kari – śpiewająca i grająca na klawiszach – to klasa sama w sobie. Utwory z drugiego krążka nabrały mocy i przebojowości, a ballady zyskały szlachetne wykonanie. Szczególnie dobrze zapamiętałem singlowe Hurry up, I surrender, magiczno-mistyczny Eliah (z krótką przedmową Kari na temat Wiary) oraz drugie (zagrane na bis) wykonanie I am you echo, w którym było widać autentyczną radość płynącą z grania.

MARZEC

Myslovitz [7.5/10]


Mój drugi koncert Myslo w Michałem Kowalonkiem w składzie. I to koncert szczególny w którym panowie zaprezentowali swoją chyba najsmutniejszą płytę – "Korovę Milky Bar" z 2002 roku oraz swój najnowszy album czyli "1.577" czyli pierwszą płytę nagraną z wokalistą zespołu Snowman. Szczerze mówiąc wolałbym, by zamiast całościowego wykonania KMB, Mysłowiczanie odegrali kawałek po kawałku mój ulubiony ich album czyli trzy lata starszą „Miłość w czasach popkultury”, ale przecież również na Korovie znajdują się znakomite kawałki. Zaczęli więc, zgodnie z kolejnością, od Sprzedawców marzeń, następnie usłyszeliśmy Acidland, utwór (prawie) tytułowy, Za zamkniętymi oczami oraz kolejne utwory z krążka aż do końca zasadniczej części albumu czyli Szklanego Człowieka. Bonusową Pocztówkę z Lotniska zaśpiewał oczywiście jej oryginalny wykonawca czyli Przemek Myszor. Drugim daniem wieczoru była prezentacja dziesięciu utworów z najświeższego wydawnictwa grupy czyli "1.577" od Telefonu poprzez Prędzej później dalej, Koniec lata, Trzy sny o tym samym aż do finałowego Być jak John Wayne. Duże wrażenie zrobiły na mnie wizualizacje duetu Drobczyk/Kopaniszyn, którzy po jednym fabularyzowanym filmiku do każdej piosenki. Wraz z wybrzmieniem ostatnich dźwięków ostatniego utworu z 1.577 zakończyła się podstawowa część koncertu i zaczęły się bisy, będące moim zdaniem najlepszymi momentami wieczoru, w których mysłowiczanie zaprezentowali ten rodzaj spontanu i energii, który mnie urzekł kilkanaście lat temu.

KWIECIEŃ

ALTERFEST [7.5/10]


Skromniejszy następca odbywającego się kiedyś również w Mysłowicach Off-Festivalu to inicjatywa młodych osób lubiących muzykę alternatywną. Niska cena biletów, ciekawa lokalizacja (dawne kino) i interesujący artyści sprawiły, że chętnie wybrałem się na kolejną (a dla mnie pierwszą) edycję Alterfestu. Nie ukrywam, że magnesem dla mnie były występy nowego projektu Jacka Lachowicza czyli L.A.S. (Lachowicz Audio System) oraz wrocławskiego Mikromusic. Owi Artyści wystąpili jednak dopiero na końcu tego mini festiwalu. Grający przed nimi świetni, energetyczni Don`t You Bear, melancholijni Beat Beat Owl oraz alternatywny duet Brzoska i Gawroński stanęli na wysokości zadania i zagrali ciekawe koncerty. Nowe, jednoosobowe wcielenie byłego współlidera Ścianki, a od dekady kontynuującego udaną solową karierę, Jacka Lachowicza to nowy rozdział w jego twórczości. Muzyk, obsługujący przeróżne klawiatury zaprezentował momentami porywający, pełen energii koncert zaprawiony elektronicznymi brzmieniami. Grający na samym końcu (ich koncert zakończył się o drugiej w nocy) Mikromusic dał jak zwykle bardzo dobry koncert, wykonując utwory chyba ze wszystkich swoich czterech studyjnych płyt, z przewagą tych promujących ich ostatni album "Piękny Koniec". Było oczywiście Takiego Chłopaka, bodajże w dwóch wersjach. O Mikromusic więcej przeczytacie w kolejnej części mojego podsumowania koncertowego, ponieważ udało mi się jeszcze być na ich jednym występie we wrocławskim Starym Klasztorze. Reasumując – duże wyrazy uznania dla organizatorów Alterfestu, to z pewnością interesujące wydarzenie dla górnośląskich miłośników szeroko rozumianej muzyki alternatywnej.

MAJ

Wrocławska 3-majówka [7/10]


Początek maja to zwykle dla mnie czas wrocławskiej 3-majówki. Tak było i tym razem. Choć ze względu na liczne spotkania towarzyskie w tym roku na Wyspie Słodowej widziałem mniej koncertów niż na poprzednich edycjach tego wydarzenia. Pierwszego dnia imprezy udało mi się zobaczyć krótkie fragmenty występów Indios Bravos oraz Bethela czyli Artystów, których przyjemna, często reggae`owa muzyka wprowadziła mnie w dobry nastrój oraz dłuższy fragment koncertu Dawida Podsiadło, który udowodnił, że wbrew swojemu medialnemu wizerunkowi, udowodnił, że wcale nie jest taki nieśmiały i ma całkiem niezłe poczucie humoru. Drugiego dnia spędziłem już na Wyspie Słodowej więcej czasu i mogłem wysłuchać trzech koncertów w całości i jednego we fragmencie. Świetnie wypadł Arkadiusz Jakubik ze swoim zespołem Dr Misio, który zagrał pełen rockowej energii koncert wykonując między innymi Mentolowe papierosy czy Dziewczyny z pierwszego albumu entuzjastycznie przyjęte Pogo i Hipstera z niewydanego wówczas albumu numer dwa. Fragment występu zespołu Piersi z odśpiewanymi gremialnie Helą i, przede wszystkim, Bałkanicą na długo zostanie w mojej pamięci. Bardzo dobrze zapamiętam również moje pierwsze koncertowe spotkanie z muzyką Meli Koteluk – począwszy od Spadochronu poprzez Melodię ulotną, dwa nowe utwory, aż po rewelacyjne Nie zasypiaj z popisami każdego z członków zespołu Meli. Jako ostatni widziałem koncert Strachów Na Lachy z widocznie niedysponowanym tego wieczoru Grabażem (który był pod wyraźnym wpływem pewnej substancji), co jednak nie przeszkadzało jego formie wokalnej (oprócz Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości, który został niemiłosiernie wydłużony). Usłyszeliśmy zatem wszystkie znane hity kapeli czyli Dzień dobry kocham Cię, Żyję w kraju, Twoje oczy lubią mnie, Piłę Tango oraz kilka innych.
A konferansjerka Krzysztofa będzie jeszcze długo pamiętana przez uczestników tego koncertu. Podsumowując – udany czas, choć pogoda w tym roku była również nieszczególna to najważniejsze, że nie padało.




Mister D. [9/10]


Dorota Masłowska postanowiła porzucić na chwilę pióro i chwycić za mikrofon. Efektem jest wydany w zeszłym roku album „Społeczeństwo Jest Niemiłe”, które bez wątpienia narobił sporo zamieszania na rynku muzycznym. O samej płycie więcej będzie w krokusowym podsumowaniu płytowym, póki co skupię się na relacji z koncertu. Już samo miejsce występu było oryginalne - okno katowickiej knajpy Kato, zlokalizowanej na ulicy Mariackiej. Publiczność zajęła miejsce na imprezowym deptaku skąd przez okno mogła oglądać zespół i słuchać kolejnych piosenek. A piosenki to niebanalne, zwłaszcza takie utwory jak Kinga, Hajs czy Chleb rozentuzjazmowały publiczność, która znała na pamięć teksty i śpiewała je razem z, coraz bardziej zdumioną tak znakomitym przyjęciem, Dorotą. Najgoręcej została oczywiście przyjęta piosenka Chleb, podczas której część widzów wskoczyła na podest stojący przed klubem i zasłaniając zespół i wykrzykiwała kolejne wersy tej uroczo abstrakcyjnej piosenki. Trudno ubrać w słowa atmosferę tego koncertu, był to niewątpliwie jeden z najbardziej zaskakujących i udanych koncertów na których udało mi się być w minionym roku.