GRA MUZYKA

środa, 22 kwietnia 2009

Ścianka - Pan Planeta (2006)



[camel]
cena: 9/10


Są dzieła na które się czeka. I tak naprawdę nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Na szczęście oprócz twórców, którzy do swojej sztuki nie podchodzą zupełnie serio i traktują ją głównie jako formę zarobkowania, istnieją też tacy, którzy podchodzą do tej materii poważnie i wszystko, co wydają jest artystycznie uzasadnione. Od początku swojego istnienia, czyli już od ponad dekady, takimi twórcami są muzycy zespołu Ścianka, a w szczególności jej współzałożyciel i niekwestionowany lider Maciej Cieślak. Po perturbacjach składowych, w wyniku których klawiszowiec Jacek Lachowicz poświęcił się karierze solowej, a Andrzej Koczan zaczął „dłubać” przy swoich niszowych kawałkach, Cieślak postanowił, że Ścianka będzie istniała dalej. Odtąd zespół, obok jego i perkusisty Arkadego Kowalczyka, tworzy lider grupy Kristen Michał Biela.

Pan Planeta - czwarte pełnowymiarowe wydawnictwo zespołu - zawiera kompozycje nagrane jeszcze w poprzednim czteroosobowym składzie. Album ten na swoje potrzeby nazwałem „Dniowowiatrowym Statkiem Kosmicznym”, co myślę dość dobrze oddaje jego charakter, gdyż w przypadku Ścianki nie istnieje coś takiego jak stagnacja. Każdy album musi być diametralnie inny od poprzedniego, pokazać, że muzycy potrafią grać zarówno garażowo jak i zmierzyć się na przykład z ambientem. I za każdym razem będzie się tego świetnie słuchało. Po, jak to ktoś określił „piosenkowo-bluesowych” Białych Wakacjach, które przedstawiały grupę jako twórców ciekawych utworów, w których czasami pojawiają się psychodeliczno-transowe elementy, Cieślak zrezygnował z klasycznie rozumianych piosenek (na Panu Planecie znajdziemy tylko jedną - Boję się zasnąć, boję się wrócić do domu). Koncept albumu oparty jest (tutaj pewne analogie z debiutanckim dziełem, przynajmniej jeżeli chodzi o tytuły) na wyimaginowanej podróży kosmicznej. Do tego odwołuje się zarówno strona graficzna, jak i muzyczna tego przedsięwzięcia. I jeżeli przyjmiemy ów koncept i tak tę płytę potraktujemy, lepiej ją zrozumiemy.

Wspomniany Boję się zasnąć... to początek naszej podróży. Jesteśmy pełni energii i ekscytacji w stosunku do dzikiej przygody, która nas czeka. Pęknięcie I, oraz będący jakby jego rozwinięciem Wielki Defekator możemy sobie wyobrazić jako szaleńczy slalom naszym kosmicznym pojazdem przez deszcz meteorytów. W naszym pojeździe znalazło się trochę substancji psychoaktywnych, więc czemu by ich nie wykorzystać. A w głośnikach/słuchawkach w tym czasie sączą się Zepsuta piosenka, Ryba-Kość i Armia palców u nóg - kiedy już owe substancje zupełnie nas sponiewierały. Wichura/Głowa Czerwonego Byka - zdecydowanie najlepszy utwór na płycie wciąga swoją transowością i końcową melorecytacją Cieślaka. Mamy prawie 10 minut, by powrócić do "stanu używalności", a przy okazji przeżyć prawdopodobnie, często spotykane przy obcowaniu z twórczością formacji, muzyczne katharsis. Trans minął, pora na kontemplację. Gotowanie dla każdego: Gwiazdy stanowi idealną ścieżkę dźwiękową dla naszych egzystencjalnych rozważań. Minęło raptem pół godziny, a już pora kończyć naszą podróż. Pan Planeta, zagniewany pan, przyszedł po swoją kulę.

A nam czas wracać do rzeczywistości. Back to reality, Oh there goes gravity.

Tekst pierwotnie opublikowany na witrynie: wearefrompoland.blogspot.com

1 komentarz:

KAROL pisze...

Bardzo ciekawy pomysł z tym blogiem ;) Z chęcią napisałbym recenzje jakiejś płyty. Muszę tylko znaleźć więcej czasu.
Pozdrawiam.
Karol z forum Myslovitz