GRA MUZYKA

wtorek, 4 sierpnia 2009

Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (IV)



[adam osiński]


Szybkim ruchem przekręcił gałkę i przesunął radioodbiornik na skraj biurka. Rozległo się pukanie i do recepcji weszła blondynka. Zaremba odezwał się swoim zwyczajowym, zgorzkniałym głosem.
- Cóż mogę jeszcze zrobić dla ciebie, młoda damo?
- Nie przeszkadzam? – ponownie uśmiechnęła się do niego, jak wtedy.
- Nie, jak widzisz mnie już na starość tylko gazety pozostały – poklepał dłonią po gazecie leżącej przed nim – Mało kto odwiedza już ten motel.
- Ale widzę, że muzyki ciągle pan może posłuchać – mówiąc to, popatrzyła na radioodbiornik
- Nie muzyki, a wiadomości czasem posłucham, żeby wiedzieć co w tym kraju się wyrabia. Wszystko stoi na głowie.
- Nie chcę być niegrzeczna, ale czy mogłabym skorzystać z telefonu? – ta prośba mocno Zarembę zdziwiła, choć nie dał tego po sobie poznać – Chciałabym zadzwonić do brata, że spóźnimy się z wizytą kilka godzin.
- Naturalnie, złotko. Proszę bardzo – przysunął telefon stojący obok radioodbiornika bliżej niej.

Ona usiadła jednym pośladkiem na biurku. Jasnoniebieskie jeansy opinały mocno jej smukłe ciało. Energicznym ruchem wykręciła numer, a Zaremba odpalił kolejnego papierosa.
- Michał? Tu Marta – powiedziała po chwili do słuchawki – nie denerwuj się braciszku. Dzwonię do ciebie z motelu. 40 km na północ od miasta. Jakieś trzy kilometry za tą starą cukrownią. Musimy się tutaj zatrzymać na kilka na godzin. Jest ogromna ulewa, nie chcemy ryzykować. Waldkowi przyda się odpoczynek – zawiesiła na chwilę głos – Tak, w interesach poszło mu dobrze, jesteśmy szczęśliwi i czekamy niecierpliwie na spotkanie z tobą – ponownie zamilkła słuchając swojego rozmówcy – Na razie - odłożyła słuchawkę i popatrzyła na Zarembę uśmiechając się. Gdy rozmawiała wzrok miała wbity w ścianę, a twarz skupioną.
- Pański brat robi interesy z mężem?
- Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem. Ale istotnie, otwierają razem biznes. Przyjaźnią się od wielu lat.
- W jakiej branży?
- Środki chemiczne. Pan wybaczy, ale powinnam wracać. Mogłabym tylko pożyczyć grzałkę i trochę kawy?
- Leżą na komodzie. Proszę sobie wziąć – po tych słowach Marta wyciągnęła z kieszeni kilka monet.
- Proszę. Za kawę.
- Nie trzeba. Proszę iść i liczyć na łaskawość natury. Paskudna noc dzisiaj.
- Naprawdę mieszka pan z matką w tamtym domu? – mimo wcześniejszego zamiaru wyjścia zmieniła temat i usiadła na skraju biurka, choć tym razem telefonować nie zamierzała.
- Tak, dziwi to panią?
- Należałoby pogratulować pana matce słusznego wieku. Ludzie żyją coraz krócej.
- Moja żona żyła krótko.
- Przykro mi. Ma pan dzieci?
- Nie.
- Nie ma pan nikogo oprócz matki i siedzi pan samotnie w tym motelu, na tym krześle, wśród tego dymu. Nie przykrzy się panu?
- Samotność, moja droga, to mój wybór, z którego jestem zadowolony. To, co mówię, pewnie jest dla ciebie gorzkie, ale sam dla siebie jestem najlepszym przyjacielem. Dlatego, że sam siebie jestem w stanie zrozumieć, choć czasami, nie ukrywam, nawet z tym miałem problemy. Nie chodzi tu też o to, że zawiódł mnie system, w którym żyłem całe życie, czy, że nie widzę przyszłości dla tego, co teraz nadeszło. Chodzi o to, moja droga, że świat mnie zawiódł. Ludzie mnie zawiedli. Zawodzili, gdy byłem jeszcze młodszy od ciebie i robią to nadal. Dziś nie mam nawet kontaktu z córką.
- Mówił pan, że nie ma dzieci.
- Już nie – rzucił pospiesznie Zaremba – pani ciągle wierzy w ideały tego świata?
- Mnie nikt nie zawiódł. Może pora spojrzeć z optymizmem w przyszłość. Świat się zmienił. W ludziach wciąż jest wiele dobra. Ja mam spokojne sumienie.
Rozmowę przerwał Waldek, który gwałtownie otworzył drzwi, lecz nie wszedł do środka, pozostał za progiem.
- Gdzie ty się, do cholery, podziewasz?
Marta odwróciła od niego wzrok i spojrzała na Zarembę. Na jej twarzy ponownie pojawił się szczery uśmiech. Spojrzała staruszkowi prosto w oczy.
- Niech się pan trzyma – rzuciła na obchodne, chwyciła za grzałkę oraz kawę – Nie denerwuj się, misiaczku.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Heineken Open’er Festival 2009 - święto muzyki

Spóźniona, ale za to obszerna relacja Dominiki z tegorocznego Open`era.




[dominika]


Jak co roku, ogromna liczba ludzi odwiedza Gdynię po to, by doznać niezapomnianych wrażeń związanych z kolejną już edycją jednego z największych festiwali muzycznych w Europie, bo polski Open’er w tej chwili można już z całą pewnością do takich zaliczyć. W tym roku organizatorzy, przygotowali nam po raz pierwszy czterodniową imprezę i jak zwykle zapewnili publiczności Line-up pełen artystów z najwyższej półki. Pakujmy więc plecaki i jeszcze raz wyruszmy w tą ekscytującą podróż pełną dźwięków, niezapomnianej atmosfery oraz przesympatycznych ludzi.

Czwartek: 02.07.2009

Szczerze powiedziawszy byłam bardzo nastawiona, na Opening Day. No, ale mimo tego muszę przyznać, że spotkałam się, że sporym rozczarowaniem.
Tak się złożyło, że na teren festiwalu, razem ze znajomymi dotarliśmy w okolicach godziny 19.00, zatem zaraz po przejściu kontroli przy bramkach pognaliśmy do namiotu, na koncert The Car Is On Fire - z którego wyszłam bardzo szybko. Nie spodziewałam się cudów, po przesłuchaniu najnowszego krążka, jednakże będąc wcześniej na ich klubowym koncercie, miałam nadzieję, że starszymi przebojami podniosą rangę występu. Zawiodłam się jednak. Fatalne nagłośnienie, znikomy kontakt z publiką, która sama nie za bardzo wiedziała, czy ma stać czy skakać. Kawałki, które grali okazały się zlepkiem dźwięków, o bardzo małej wartości.
Z niecierpliwością czekałam zatem na występy Arctic Monkeys oraz Basement Jaxx.

Ta pierwsza grupa sprawiła, że mam dość mieszane uczucia. Minusem są oczywiście problemy techniczne, które w pewnym stopniu popsuły odbiór całego występu, jednakże odniosłam również wrażenie, (z całą sympatią do AM), że panowie strasznie się wywyższają i nie szukają zbytnio kontaktu z publicznością. Co do samej setlisty, nie zabrakło przebojów m.in: When the Sun goes down, I bet you look good on the dance floor czy Brainstorm. Pojawiły się także utwory z nadchodzącej płyty, które prezentują się w miarę dobrze. Całość jednak, w moim mniemaniu, była utrzymana w większości w konwencji spokojnej, „sennej” zabrakło mi trochę więcej ognia. Osobiście dziękuję za 505, który to został wykonany brawurowo, a jednocześnie bardzo żałuję, że w set liście zabrakło miejsca na Mardy bum.

Z mieszanymi uczuciami po koncercie Arktycznych Małp za to z wielkim uśmiechem na twarzy oczekiwałam występu Basement Jaxx. Ten niestety w dość dużym stopniu zniknął mi z twarzy, po tym co usłyszałam. Oczywiście nie zabrakło problemów z dźwiękiem, ale bardziej rozczarował mnie set. Zupełnie niepotrzebne wstawki, przekombinowane do granic możliwości, sprawiały, że koncert w pewnym momencie stał się straszliwie nudny i nie chciało mi się już nawet tańczyć. Ożywienie i częściowa rekompensata, przyszła wraz z genialnym Where’s your head at

Czwartek zapowiadał się rewelacyjnie, natomiast skończył się jedynie dobrze.


Piątek: 03.07.2009


Przyznaję - z całego rozkładu jazdy przewidzianego na tegorocznego HOFA, ten dzień uważałam za najsłabszy rozpatrując to pod względem ilości wykonawców, na których czekałam danego dnia (mam nadzieję, że nie zakręciłam). Z tego również względu, pojawiłam się pod główną sceną, niedługo przed The Kooks, na których poszłam bardziej z sentymentu, ponieważ, obecnie bardzo rzadko słucham ich nagrań. Zespół, który stanowi pewną konkurencję dla Arctic Monkeys i który muzycznie, jest od nich gorszy, dał naprawdę prawdziwy, porządny koncert - znacznie lepszy niż AM. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona atmosferą i całą sympatią, którą dało się zauważyć przede wszystkim od strony kapeli. Druga płyta, która wg mnie jest znacznie gorsza od debiutu, na żywo wypada naprawdę solidnie. Stałam dosyć blisko, widziałam praktycznie wszystko, choć odbiór wizualny końcówki koncertu zaburzył mi jakiś dwumetrowy Anglik, to i tak stwierdzam, że był to naprawdę udany występ.

No, ale czas kończyć, bo przed nami ktoś, na kogo czekałam od bardzo dawna. Ktoś, kto sprawił, że krzyczałam ze szczęścia w niebogłosy - gdy tylko dowiedziałam, się, że wystąpi na tegorocznym Openerze. Tym artystą jest oczywiście Moby. Udało mi się stać niedaleko sceny, miałam również sporo miejsca, nie było żadnego ścisku. Sam Moby to również niezwykle urokliwa i przesympatyczna osoba. I tak rozpoczęło się: na początek A seated night z ostatniego krążka, następnie rewelacyjne Extreme ways, nie zabrakło również przebojów: In my heart, Why does my heart feel so bad?, Bodyrock czy We are all made of stars, które wybrzmiało znacznie lepiej niż na płycie. Porcelain natomiast sprawiło, że przeniosłam się w zupełnie inny wymiar, w oku zakręciła się również łezka. Disco lies podoba mi się bardzo w wersji studyjnej, na żywo natomiast- zmiażdżyło mnie totalnie. Na Lift me up skakałam ostatkiem sił, jednakże nie pozwoliłam nogom odpuścić, wytrzymałam do końca. Zaskoczyło mnie pozytywnie to, że Moby sięgnął po swoje starsze kawałki jak Go. Zagrał również sporo utworów z ostatniego albumu: Wait for me, które zabrzmiały naprawdę dobrze. I tak usłyszeliśmy m.in. hipnotyzujące Pale horses, Walk with me czy utwór Mistake, który spodobał mi się niezmiernie. Koncert z pewnością zaliczam, do tych najlepszych na tegorocznym festiwalu, szkoda tylko, że skończył się dla mnie - zdecydowanie za szybko.

Po zakończeniu imprezy na dużej scenie, pobiegłam na końcówkę Crystal Castles. O ile po ogłoszeniu rozkładu występów, żałowałam, że grają w czasie Moby’ego, tak teraz wiem, że nie ma czego. Jeden wielki krzyk, jazgot, prymitywne momentami dźwięki. Światła, które przyprawiły mnie o ból głowy. I wszystko to trwało niecałą godzinę. Cieszę się, że nie byłam na całym koncercie.

Piątek zatem, to naprawdę wielka rekompensata, za dosyć rozczarowujący pierwszy dzień imprezy.


Sobota: 04.07.2009

Trzeci dzień festiwalowych przeżyć, to przede wszystkim oczekiwanie na występy
White Lies oraz Pendulum. Gdzieś w tle tego wszystkiego przewijał się, nic nieznaczący dla mnie Izrael i dosyć usypiająca dziewczyna o głosie, który mogę wytrzymać tylko w wersji studyjnej - Emiliana Torrini. Nie można również zapominać o niebezpiecznie chmurzącym się niebie, które to zwiastowało dosyć poważne kłopoty dla tych, którzy zapomnieli, bądź nie mieli możliwości zaopatrzenia się w niezbędne w takich sytuacjach kalosze. Obyło się jednak bez krzyku, padało niedługo, a ziemia nie była aż tak bardzo wilgotna. Wracając do występów.

Warto było stać godzinę w ogromnym ścisku, by w konsekwencji tego, przeżyć koncert White Lies, w drugim czy trzecim rzędzie po lewej stronie sceny. Widziałam wszystko bardzo dobrze, nagłośnienie było rewelacyjne, a set lista to praktycznie cały debiutancki album. Kapitalne wykonanie E.S.T, Farewell to the fairground, Fifty on our foreheads czy Unfinished bussiness. Dla mnie był to bardzo liryczny koncert, gdzie skakanie i obijanie się o innych, wcale nie było konieczne (z resztą nie miałam zbytnio możliwości), toteż przez większość występu stałam jak zaczarowana, co parę chwil przymykając oczy. Sam zespół zaś, był niezwykle zaskoczony tak gorącym przyjęciem przez fanów.

Kiedy zakończył się występ, nie zdążyłam nawet ochłonąć, bo właśnie wybiła godzina występu Pendulum. Gnałam więc z koleżankami co sił w nogach, by stać maksymalnie blisko, no i udało się. Sam koncert, to doznanie sięgające kosmosu (mimo początkowych problemów technicznych na Showdown, które lekko wyprowadziły mnie z równowagi). Niezwykły kontakt z opener’owską publicznością, skakanie jak najbliżej nieba, brawurowy covery I’m not alone - Calvina Harrisa czy Master of puppets z repertuaru Metallici. Zagrane zostały również inne znane hity z repertuaru zespołu m.in: Slam, Mutiny, Tarantula, Hold your color czy Propane nightmares.

Sobota więc, była naprawdę udana, żałuję tylko, że nie zdążyłam na cały koncert M83, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego.

Niedziela: 05.07.2009

Bardzo szybko nadeszła kulminacja tego muzycznego szaleństwa. Niedziela, to najbardziej oczekiwany przeze mnie dzień imprezy, przede wszystkim, ze względu na Kings of Leon i The Prodigy, a jednocześnie dosyć spore rozrzewnienie, ponieważ tegoroczny festiwal, nieodwracalnie dobiega końca, czy tego chcemy czy nie.
Ostatni dzień HOFa, to tylko i wyłącznie main stage.

Lily Allen była pierwszym w jakimś stopniu oczekiwanym występem, jednak gigantyczne, kolejki przed wejściem (nie widziałam jeszcze takich) sprawiły, że nieco się spóźniłam. Przyznam szczerze, że Angielka mnie rozczarowała i to dosyć mocno, O ile studyjnie - szczególnie nowy krążek brzmi naprawdę dobrze, to na żywo Lily wypadła bardzo blado, szczególnie nijako było z wokalem. Zatem w połowie koncertu udaliśmy się wraz ze znajomymi, na bardzo dobre frytki :].

Niedługo, po zakończeniu owego występu, zaczęliśmy zmierzać z powrotem ku głównej scenie, ponieważ wielkimi krokami zbliżał się koncert Kings Of Leon, którym to byłam niesamowicie podekscytowana xD.
Ścisk był ogromny, momentami rzeczywiście brakowało tchu, ale postanowiliśmy wytrwać tam z przodu, koło fińskiej flagi. Zaczęło się. Ogromna wrzawa publiczności i dość mocny akcent na początek - Be somebody. Początkowo chłopaki grali piosenkę za piosenką, nie mówiąc w zupełności nic, ale od pewnego momentu Caleb zwyczajnie się rozgadał. Były zapewnienia o miłości do Polski oraz o tym, że nas jeszcze odwiedzą, że polska publiczność jest niesamowita. Niektórzy ubolewają, że nie wyszli na bis, pragnę zauważyć jednak, że ich koncert przedłużył się znacznie, skończyli bowiem grać 15 minut , przed planowanym występem Briana Molko i reszty. Dla mnie atmosfera tego koncertu była naprawdę niesamowita. Totalnie zaskoczony tak pozytywnym przyjęciem przez fanów zespół, zachowywał się niezwykle zwyczajnie i skromnie. Przesympatyczni ludzie wokół, szczególnie Anglicy, z którymi udało się nawet dłużej porozmawiać. Setlista również wyborowa. Zagrali utwory z każdej płyty, nie zwracając w ogóle uwagi czy są to piosenki powszechnie znane, czy może nie. Dla mnie osobistym zaskoczeniem było: The bucket czy Black thumbail. Gdyby zagrali True love way - umarłabym ze szczęścia. Większość publiczności, znała przede wszystkim utwory z ostatniego albumu. Wielki krzyk towarzyszył pierwszym taktom Closer. Podczas Sex on fire wszyscy (w tym ja) darli się w niebogłosy, tak, że w ogóle nie słyszałam głosu Caleba. Use somebody zagrane niezwykle ciepło, publiczność śpiewała nawet chórki. Bardzo sentymentalnie zrobiło się na utworze Manhattan. No, a niedługo potem skończyło się, znacznie za wcześnie, bo dla mnie mogliby grać jeszcze bardzo bardzo długo.

Przyszedł czas na Placebo. Na koncert spóźniłam się nieco, ponieważ kupowałam chyba przedostatnią butelkę ciepłej wody gazowanej. Od strony technicznej ten występ to naprawdę majstersztyk. Świetne wizualizacje i nagłośnienie, Brian Molko wokalnie radził sobie bardzo dobrze, choć jego nowy image mi w zupełności nie odpowiada. Ich ostatni krążek Battle for the sun nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Z całego albumu, może dwa utwory wpadły mi w ucho, toteż wiedząc, że będą promować przede wszystkim, swoje ostatnie dokonanie, nie nastawiałam się jakoś na ten koncert.
Czułam, że nie usłyszę Without you I’m nothing, ale brak The bitter end zaskoczył mnie i to bardzo negatywnie. Pojawiło się sporo kawałków z ostatniego krążka, nie zabrakło utworów starszych m.in. Song to say goodbye, Infra-red, Every you, Every me, Special K, Taste in men czy Special needs. W całym tym występie nie było czuć ducha, starego, przejmującego Placebo. Pod tym względem koncert był dla mnie pusty i nijaki. Może jeszcze kiedyś doczekam się od strony owego zespołu czegoś naprawdę poruszającego. Niestety, nie tym razem.

Koniec festiwalu już bardzo blisko. Pozostali tylko oni- ekscentrycy w pełnym wydaniu. The Prodigy. Atmosfera wokół, dawała znaki, że będzie to naprawdę mocne uderzenie. Wszyscy czekali zniecierpliwieni, a zespół się spóźniał. W końcu, kiedy już zaczęło dawać o sobie znać zmęczenie, kiedy już zaczęły się powoli zamykać oczy, kiedy już nerwy ledwo trzymane były w ryzach, pojawili się, ku wielkiej uciesze, zgromadzonej publiczności i zaczęli od World’s On Fire. Jak można było to przewidzieć, było ostro i zaczepnie. Były stare przeboje, takie jak: Firestarter, Smack My Bitch Up, Breathe, przeplatane utworami z ostatniego krążka: m.in. Omen, Invaders Must Die, Take Me To The Hospital. Podczas Voodoo People wszyscy skakali, z przodu, tam gdzie byłam, nie dało się stać, tłum niósł cię ku górze - utrata kontroli. Na sam koniec tradycyjnie Out Of Space a chwilę potem te głupie uczucie, to przeświadczenie, że to nieodwracalny koniec, że znowu trzeba tyle czekać oraz kłębiące się w głowie pytanie:
Czemu Heineken Open’er Festival nie może trwać dłużej?

Niedziela była naprawdę genialnym dopełnieniem, tych minionych trzech dni. Całe szczęście, że zdecydowałam się zostawić kalosze w walizce.

Tegoroczny Open’er spełnił moje oczekiwania. Zespoły na które czekałam najbardziej w większości mnie nie zawiodły, nie zabrakło również zaskoczenia zarówno pozytywnego jak i tego negatywnego. Atmosfera jak zwykle bardzo sympatyczna i miła. Cieszy mnie to, że festiwalowi towarzyszyła tak cudowna pogoda, że nie zdarzyło się to co w roku 2007, bo obawiałam się niesamowicie.
Organizatorzy spisali się prawie w stu procentach, zdenerwowało mnie tylko to, że zabrakło napojów- można było przewidzieć, że w niedzielę będzie znacznie więcej osób niż w sobotę (a już wtedy wyraźne były braki). Autobusy, koleje miejskie- tu duży plus, jeździły naprawdę co chwilę (zdarzali się nawet kanarzy).
Chociaż po The Prodigy zostałam prawie zmiażdżona, bo tłum był niezwykle dziki i nieokiełznany, to siedziałam zarówno w Opener’owym autobusie jak i w szybkiej kolei miejskiej :D

Prywatnie chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy towarzyszyli mi podczas tegorocznej edycji Heineken Open’er Festival: Marta, Dora, Ola, Kross, Iza, Kacek, Michał. Te spacery po Wrzeszczu o 4.00 czy 6.00 rano – trzeba będzie powtórzyć za rok. Zatem, do następnego! :)
5 ciastek :]

środa, 29 lipca 2009

Półroczne podsumowanie filmowe. Styczeń-czerwiec 2009

[camel]



To było dobre półrocze. I różnorodne. Udało mi się zobaczyć we wrocławskim Heliosie i Multikinie komedie, filmy obyczajowe, dramaty i film animowany. Zwycięzca dość zaskakujący – choć ekranizacja tej popularnej kreskówki to naprawdę dobry film. Głośna adaptacja książki okazała się za to porażką. Obok filmu ocena i miesiąc w jakim dany film oglądałem. Co pół roku będę opisywał i hierarchizował od siedmiu do dziesięciu dzieł, które oglądałem w kinie. Dziś część pierwsza, następna w styczniu.


10. Dziennik nimfomanki [4.0, czerwiec]

Słaby film. Momentami dramatyczny, by zaraz potem zaatakować ckliwością. Miał wyjść film o kobiecie uzależnionej od seksu, a wyszedł pornol. Głównej bohaterce właściwie nie wiadomo o co chodzi – a to zatrudnia się burdelu, później się z niego zwalniając, szuka miłości w przypadkowych związkach, miota się. Finał też dziwny. Słowem porażka, książki nie czytałem, więc się o niej nie wypowiadam.

9. Z miłości do gwiazd [6.0, maj]

Sympatyczna opowieść o facecie w średnim wieku uzależnionym od ekranowych gwiazd, w tym Catherine Denevue. Bohater prześladuje owe panie, śledzi je i miesza się w ich życie, a tytułowe gwiazdy postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Właściwie bez zarzutów, miło się oglądało, choć nic po za tym.

8. Ile waży koń trojański [6.5, styczeń]

Jestem łagodniejszy w ocenie tego filmu, niż Dominika, która go tu jakiś czas temu recenzowała. Fajna opowieść o kobiecie kończącej czterdziestkę i „przenoszącą” się dwie dekady wcześniej. Dobrze odwzorowana rzeczywistość schyłku PRLu. Ostrowska i jej XXI-wieczny facio miejscami irytują, klasę za to pokazują Maja Ostaszewska i Robert Więckiewicz. Machulski nadal w formie.

7. Wojna Polsko-Ruska [6.5, czerwiec]

Dość niezrozumiałe jest dla mnie przyznanie maksymalnej noty przez dodatek „Co jest grane” Gazety Wyborczej. Książki nie czytałem, film daje radę, ale o żadnym arcydziele nie może tu być mowy. Bardzo dobrym pomysłem był udział autorki książki - Doroty Masłowskiej w filmie, przez co dzieło na pewno zyskało. Borys Szyc w życiowej formie, fajne epizody Soni Bohosiewicz i aktorki grającej Andżelę – scena udawania Anji Orthodox na stole bardzo dobra. Dość chaotycznie wyszła ta Wojna Polsko-Ruska, podobno tak jak książka. Na pewno to ciekawe kino, ale tak jak wspominałem na początku - nie rozumiem zachwytów.

6. Wino truskawkowe [7.0, maj]

Przyjemne. O tym filmie słyszałem już od kilku lat. Premiera była ciągle przekładana, w końcu Wino truskawkowe aka Powieści galicyjskie na bazie prozy Andrzeja Stasiuka pojawiło się w kinie. Trochę podobny do niespiesznych dzieł typu Zmruż oczy czy Sztuczki. Rzecz dzieje się na polsko-słowackim pograniczu do którego zostaje wysłany młody policjant. Oczywiście jest w tej historii i czas na miłość. Dobrze zagrał w małej roli Maciek Stuhr. Naprawdę urokliwy film.

5. Narzeczony mimo woli [7.5, czerwiec]

Sandra Bullock nadal piękna. Tym razem w roli szefowej, której grozi deportacja do rodzinnej Kanady, więc zmusza swojego podwładnego-Amerykanina do ślubu. W związku z tym jedzie ze swoim narzeczonym do rodzinnych stron swojego wybranka – na Alaskę. Dużo śmiesznych sytuacji, urocze plenery. Jak na komedie romantyczną ciekawie to wyszło. Bo, że ślub na końcu był to oczywiste.

4. Złoty środek [7.5, marzec]

Olaf Lubaszenko po udanym Sztosie, świetnych Chłopakach nie płaczą i Poranku Kojota oraz średnim E=MC2 wraca do reżyserii. I fajnie mu to wychodzi. Postać grana przez Anię Przybylską zatrudnia w kancelarii adwokackiej jako mężczyzna, by ratować swoją kamienicę na warszawskiej Pradze. Plus Cezary Pazura, Szymon Bobrowski, Robert Gonera i Paweł Wilczak jako fryzjer-gej. Udana polska komedia. Dużo humoru i fajne dialogi.


3. Idealny facet dla mojej dziewczyny [8.0, kwiecień]

Ostatni film tandemu Konecki-Saramonowicz przed zapowiadaną przerwą. Po niezwykle udanych filmach Testosteron i Lejdis (ukazujących świat nieszczęśliwych, wykorzystywanych przez kobiety mezczyzn w pierwszym przypadku oraz silnych, przebojowych kobiet w przypadku drugim) Idealny facet dla mojej dziewczyny słabszy, ale nadal bardzo dobry. Marcin Dorociński i Magda Boczarska jako potencjalni kandydaci do „ambitnego” filmu pornograficznego. Plus Krzysztof Globisz jako tranwestyta, Iza Kuna jako lesbijka, Bartosz Wrocławski jako właściciel RadioMaryjnoPodobnej Stacji, Tomasz Karolak jako prezenter telewizyjny oraz Maria Seweryn jako ambitna reżyserka pornola i Magdalena Różczka. Świetne zdjęcia, komiczne sytuacje – w tym kulminacyjna scena kompromitacji w telewizyjnym show prowadzonym przez Karolaka. Daje radę.

2. Vicky Cristina Barcelona [8.5, kwiecień]

Po świetnym Wszystko gra Woody Allen ponownie zatrudnia swoją obecną muzę Scarlett Johannson. I Penelopę Cruz w roli zazdrosnej byłej żony głównego bohatera, która zresztą gra znakomicie. Dwie młode Amerykanki – naiwna Cristina grana przez Scarlett oraz pewna siebie Vicky wyjeżdżają do Barcelony gdzie poznają malarza, który składa im niedwuznaczną propozycję, na którą przystają. Tworzy się dziwny trójkąt Scarlett-malarz-Penelopa. Urokliwe zdjęcia Barcelony, specyficzne poczucie humoru Allena. Nie wiem czy lepsze od Wszystko gra, ale naprawdę dobre.

1. Włatcy móch. Ćmoki, czopki i mondzioły [9.0, luty]

Pełnometrażowy film Bartosza Kędzierskiego przedstawiający przygody Czesia, Maślany, Konieczki i Anusiaka. Przedstawia zarówno marzenia dzieci („nie chcemy dorosnąć”), problemy dorosłych („nie możemy przestać pić") jak i pluszaków, które jadą na zjazd zabawek do Chin. Pełnometrażówki, bazujące na serialach animowanych różnie wychodzą – tym razem Kędzierskiemu film udał się o wiele bardziej niż niejeden odcinek serialowych Włatców Móch. Wątki bohaterów zostały poszerzone – głównie chodzi mi o postacie pluszaków chłopaków, którzy w serialu odgrywają raczej małą rolę. Film animowany moim filmem półrocza – rzadkość. Tym bardziej polecam ćmokom, czopkom, mondziołom i nie tylko.

wtorek, 28 lipca 2009

Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (III)



[adam osiński]


W momencie, gdy wypuszczał z ust pierwsze kłęby dymu, w głośniku usłyszał głosy osób przebywających w pokoju numer 6.
- Schludnie tu – powiedziała dziewczyna, która kilka chwil wcześniej tak uroczo się uśmiechała.
- A te niedopałki na wykładzinie, tam w kącie, to, kurwa, co? – Zaremba uśmiechnął się pod nosem słysząc słowa Milewskiego i jeszcze bardziej pochylił głowę nad radioodbiornikiem.
- Nie zauważyłam. Nie denerwuj się. Już niedługo będzie po wszystkim – mówiła czule do swego partnera.
- Kajzer i jego ludzie tak łatwo nie popuszczą. Uspokoję się, jak będziemy na miejscu.
- Kajzer i jego ludzie nie wiedzą, gdzie jesteśmy.
- Twój spokój mnie, kurwa, przeraża. Za godzinę, może mniej, jak moi zwierzchnicy nie dostaną ode mnie znaku życia, żadnych informacji, to będziemy mieli na głowie jeszcze oddział antynarkotykowy. Pierdoleni ubecy. Z uśmiechem na ustach wpakowaliby mi kulkę w łeb.
- Myślałam, że lubisz swoich kumpli. Mauer jest całkiem sympatyczny.
- Dopóki używasz wazeliny.
- To taki z ciebie konformista, misiaczku – zaczęła się z nim drażnić, ale wydawał się to wstęp do całkiem innej gry.
- Nie ponad tyle, ile jest konieczne. Czasem wazelinka jest wskazana.
Zaremba wywnioskował z jakości dźwięku i coraz cichszego wypowiadanie kolejnych słów, że oboje są teraz blisko siebie, najprawdopodobniej w mocno intymnej sytuacji. Właściwie Zaremba na to czekał, bo przecież nic poza tym, pod „szóstką” nigdy się nie działo, ale to co usłyszał przed chwilą, sprawiło, że na miłosne szepty i pojękiwania przestał zwracać uwagę.

Staruszek się zamyślił. Jego klienci byli więc parą uciekinierów, a plany pokrzyżowało im wieczorne oberwanie chmury. Kto ich poszukiwał wydało się Zarembie jasne, dokąd zmierzali – pozostawało niewiadomą. Przypomniał sobie tę pięść, która tak kurczowo, w mocnym ścisku, trzymała czarną torbę. I te dzikie oczy taksujące spojrzeniem jego osobę. To nie mógł być zwykły bagaż. Skoro parę spod „szóstki” miał poszukiwać wydział ds. narkotyków, wydało się Zarembie oczywiste, że zawartość torby to narkotyki lub pieniądze. Nie, nie narkotyki. Po co dwójka zakochanych ucieka z torbą narkotyków? Zdecydowanie pieniądze. Z narkotyków.
- Idź pod prysznic – głos dziewczyny przerwał rozmyślania Zaremby – czeka nas jeszcze długa droga. Musisz być w formie, misiaczku.
- Wiesz, że nie lubię, jak mnie tak nazywasz.
- Ja pójdę do starego po grzałkę i kawę. Napiłabym się czegoś ciepłego – powiedziała ignorując jego słowa.
Teraz Zaremba słyszał tylko odgłosy krzątania się po pokoju. Po chwili zdał sobie sprawę, że dźwięk kroków stawianych na drewnianej podłodze nie dochodzi z głośników.

czwartek, 23 lipca 2009

Krockus - podsumowanie pierwszego kwartału działalności

Krockus - audiowizualny blog kulturalny właśnie obchodzi pierwszy kwartał działalności. Przez ten czas odwiedziło mnie (nas) blisko 1400 unikalnych użytkowników czyniąc blisko 3000 załadowań strony. Napisaliśmy 31 postów, z czego ok. 2/3 jest mojego autorstwa. Jak łatwo wyliczyć średnia wynosi 1 post na każde trzy dni działalności bloga. Planowane są cykle prezentujące płyty sprzed 2000 roku, copółroczne podsumowania filmów kinowych oraz podsumowanie obecnej dekady (w sierpniu wstępne przymiarki - muzyka polska, docelowo planowana lista z 50 pozycjami, na którą głosować będą czytelnicy). W okolicach 10 sierpnia pojawi się relacja z Off Festivalu 2009 - moja i może kogoś jeszcze. W planach także rozrastanie się działu recenzji filmowych, książkowych i teatralnych. Nie wykluczone kolejne opowiadania czy inne publikacje zawierające się w dziale 'specjalne'.

Trwa nieustający nabór do krockusowej redakcji. W związku z tym chciałbym złożyć podziękowania stałej redakcji - Dominice (specjalistce od filmów), Ani Wasilewskiej (specjalistce od teatru i Stephena Kinga) oraz Kamilowi, który napisał recenzję T.Love`u i moozgowi, autorowi recenzji Dni wiatru Ścianki, najpoczytniejszego wpisu na tym blogu - 128 czytelników. Jako, że wakacje w w pełni prawdopodobnie do końca lipca nie będzie na krockusie nowych postów (poza moim podsumowaniem półrocznym w filmach kinowych oraz III części krockusowego thrillera wakacyjnego). W sierpniu planuje dokończyć naszego thrillera oraz umieścić wspomnianą już relację z Offa i przygotować się do podsumowania dekady plus może coś jeszcze. Kończąc ten przydługi wpis zapraszam do czytania krockusa oraz zachęcam do jego współtworzenia.

EDIT: zapraszamy do krockusowej grupy lastefemowej

Pozdrawiamy,
red. nacz. Camel & załoga krockusa

wtorek, 21 lipca 2009

Zaremba - wakacyjny thriller w odcinkach (II)



[adam osiński]


Jego rozmyślania przerwał ciemnoczerwony Polonez, który wjechał na podjazd. Zobaczył go dopiero teraz nie z powodu swojej zadumy, lecz dlatego, że opady deszczu były nazbyt intensywne. Nie lało tak chyba od dnia, kiedy po raz ostatni zadzwoniła do niego córka. Z auta wysiadły dwie osoby. Podbiegli do siebie i chwycili za ręce. Mężczyzna i kobieta. Po chwili byli już w środku. On trzymał w prawej czarną ręce torbę i z kamienną twarzą patrzył prosto na Zarembę. Ona też wpatrywała się w niego i lekko, sympatycznie się uśmiechając poprawiała sobie długie blond włosy mokre od deszczu. Jej widok niezwykle go zdziwił, a jednocześnie ujął i dał trochę radości, ponieważ nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz ktokolwiek uśmiechnął się do niego tak szczerze i bezinteresownie, jak ona w tej chwili.
- Potrzebujemy pokoju na kilka godzin, nie da się jechać – powiedział niskim głosem jej towarzysz sięgając do portfela w kurtce. Rzucił kilka banknotów – Reszta dla Pana.
- Ma Pan jakiś gości? – spytała cicho dziewczyna, głos miała delikatny i melodyjny.
- Jesteście Państwo pierwsi – odparł Zaremba sięgając po klucz – Proszę się wpisać i zostawić dowody. Oto klucz. Zajmiecie Państwo szóstkę.
- Jest Pan tutaj całą noc? – zapytał mężczyzna.
- Nie, dlaczego Pan pyta?
- Będziemy tylko kilka godzin, jak powiedziałem – Zaremba wbił w niego wzrok.
- Nie chcemy sprawiać problemów, ale musimy ruszać w nocy. A podróż w takich warunkach, jak teraz, nie ma sensu. – dodała pospiesznie dziewczyna. Jej wdzięk mógłby przełamać każde lody.
- Dobrze. Obędzie się bez dowodów. Klucze zostawicie tutaj pod wycieraczką, bo ja sypiam w tym domu za motelem.
- Zrobimy jak pan prosi. Pewnie chce pan się nacieszyć wnukami zanim pójdą spać? – spytała serdecznie blondynka.
- Wnuków to ja nie mam. Chyba. Mieszkam z matką.
- Swoją? – zapytał z niedowierzaniem mężczyzna powoli wymawiając obie sylaby.
- Tak.
- To ile ona ma? Sto lat? – drążył dosyć nieprzyjemnie kompan dziewczyny.
- Jest niewiele starsza ode mnie – wypalił Zaremba.
Para spojrzała po sobie. Milewski, bo właśnie takie nazwisko wpisał do księgi szorstki towarzysz uroczej blondynki, zachował kamienny wyraz twarzy, a dziewczyna lekko się pod nosem uśmiechnęła. Wyszli z recepcji i skierowali się na lewo, by zająć pokój numer 6. Ich jedyny bagaż stanowiła czarna torba, którą trzymał Milewski. Zaremba nie zauważył u nich obrączek na dłoniach, co go wcale nie zdziwiło. Ponownie z trudem wstał z krzesła i podszedł do komody stojącej w rogu pomieszczenia. Zdjął z niej radioodbiornik, który postawił na biurku przed swoim krzesłem, poprawił czerwoną poduszkę i ponownie zwalił się na krzesło. Przekręcił jedną z gałek w radioodbiorniku i sięgnął po papierosa.