GRA MUZYKA

piątek, 17 lipca 2009

Heineken Open`er Festival 2009 - multimedia i relacja

W dniach od drugiego do piątego lipca w Gdyni odbyła się ósma edycja Heineken Open`er Festival 2009 w trakcie której wystąpili m.in. : Arctic Monkeys, Basement Jaxx, Gossip, The Kooks, Duffy, Moby, Madness, White Lies, Faith No More, The Ting Things, M83, Lily Allen, Kings Of Leon, Placebo, The Prodigy oraz wykonawcy polscy m.in: Renton, Old Time Radio, The Car Is On Fire, Maria Peszek, Pati Yang, Gaba Kulka, Izrael, Tworzywo Sztuczne, Kumka Olik, Kapela Ze Wsi Warszawa, Furia Futrzaków, Kawałek Kulki, The Calog, Iowa Super Soccer i Sofa. Edycję należy zaliczyć do udanych, gwiazdy nie zawiodły, frekwencja i pogoda dopisały. Organizacja jak zwykle świetna, choć wydostanie się z pola namiotowego samochodem po koncercie The Prodigy zajęło trochę czasu.


Camel na Open`erze


W drodze


W drodze 2


Zachód słońca


Patroni medialni


Wóz transmisyjny "Trójki"


Strefa Gastronomiczna i Burn Stage


Tworzywo Sztuczne


Fisz i Emade

[camel]
ocena: 7/10


Po trzech latach od przełomowej edycji w 2006 roku podczas której świetne koncerty dali Cool Kids of Death, Franz Ferdinand, Sigur Ros, Placebo, Basement Jaxx i Scissor Sisters w końcu udało mi się być na (prawie) całym festiwalu. Rok temu w ciągu jednodniowej wizycie na Open`erze udało mi się zobaczyć Muchy, Editors i Roisin Murphy. Szkoda tylko, że karnety z roku na rok coraz droższe. Ale warto było wydać te prawie trzysta złotych by poczuć specyficzną open`erową atmosferę i posłuchać naprawdę udanych koncertów. Tylko sześciu w całości, choć pewnie mógłbym więcej.

2 lipca - Dzień pierwszy

Odpuściłem sobie dzień pierwszy bo Basement Jaxx widziałem już trzy lata temu, Arctic Monkeys mnie nie interesują, Peter, Bjorn and John również, Old Time Radio, Renton i Łąki Łan pewnie będzie okazja zobaczyć kiedyś na Offie, The Car Is On Fire nawet na tegorocznym. Tak więc swoją przygodę z Open`erem `09 zacząłem od dnia drugiego.

3 lipca - Dzień drugi

Po rozbiciu namiotu w Sopocie na teren festiwalu dotarłem dopiero po 21, w związku z czym ominęły mnie koncerty Marii Peszek, Gossip i Pati Yang (jej żałuję najbardziej).

GABA KULKA [8.5/10]

Rewelacyjny koncert na sam początek. Bardzo dobry kontakt z publicznością, dużo polskich numerów (m.in. Królestwo i pół córki, na Niejasności pewnie się spóźniłem) oraz m.in. tytułowy utwór z jej ostatniej płyty. Właściwie nie mam zarzutów do tego występu. Na plus także fajnie grający zespół towarzyszący Gabie.

DUFFY [7/10]

Niespełna godzinny występ na którym zaprezentowała chyba całą Rockferry w tym Warwick Avennue, Stepping Stone i wydłużone Mercy na koniec. Całkiem przyjemne.

MOBY [8/10]

Zaczął Extreme Ways z albumu 18. I niespodzianka - Moby praktycznie cały czas grał na gitarze, żadnego didżejowania w jego wykonaniu nie uświadczyliśmy. Setlista obejmowała prawie wszystkie jego przeboje. Było więc Porcelain, Natural blues, Why does my heart feels so bad, We are all made of stars, In this world i Lift me up. A na koniec cover Johny`ego Casha Ring of fire. Moby cały czas powtarzał "thank you, thank you, thank you" dziękując publiczności, która wydawała się być usatysfakcjonowana przygotowanym przez niego setem. Fajne zwieńczenie mojego pierwszego dnia na Open`erze.

Dzień trzeci - 4 lipca

Chyba najsłabszy dzień. Byłem już o 18 na terenie festiwalu więc teoretycznie mogłem zobaczyć najwięcej artystów. Izrael mnie nie interesował więc udałem się do namiotu posłuchać Fisza z załogą.

FISZ EMADE TWORZYWO [7.5/10]

Zapraszamy na godzinę z Heavi Metalem - zaczął Fisz ponadgodzinny koncert Tworzywa Sztucznego czyli koncertowego wydania muzyki braci W. Setlista obejmowała Iron Maiden, Szefa Kuchni, Heavi Metal, Panią Bum Bum, Wiosnę 86 oraz Furiata z ich ostatniej płyty oraz kilka starszych w tym Muzykę Wszech Świata, 30 cm, Dynamit oraz Jesteście Gotowi?. Koncertu sprzed roku z wrocławskiego Impartu nie przebili, ale przygotowali naprawdę dobry set. Szkoda, że Emade nie mógł (jak w Imparcie) w pełni pokazać swoich możliowści.

Koncert Fisza i Emade był jedynym jaki widziałem w całości tego dnia. Udało mi się zobaczyć fragmenty koncertów Faith No More, młodziaków z White Lies oraz początek Pendulum. Żałuję, że nie pofatygowałem się na Emilianę Torrini oraz M83.

Dzień czwarty - 5 lipca

Na miejsce dotarłem znowu o 21 i nie udało mi się zdążyć na Black Tapes, O.S.T.R na głównej i Lilly Allen tamże (czego nie mogę sobie darować). Widziałem początek koncertu Kumka Olik oraz Kings Of Leon. Podobno świetnie wypadli The Ting Tings na Scenie Namiotowej. Cały czas czekałem na występ dwóch największych dla mnie gwiazd tego dnia - Placebo i The Prodigy.

PLACEBO [6/10]

Podobno Brian tego dnia był chory. Porównując ten koncert z tym sprzed trzech lat w tym samym miejscu tegoroczny wypada gorzej. Nie było tak magicznych momentów jak Pierrot The Clown, Running up that hill czy wieńczącego tamten występ wydłużonego Twenty Years. Usłyszeliśmy za to Kitty Litter, Battle for the sun, For what it`s worth, Ashtray heart i The never-ending why z ostatniej płyty, Meds, Follow the cops back home i Infra-red z Meds, Sleeping with ghosts i Special Needs z Sleeping with ghosts, Taste in men, Special K i Black-eyed z Black Market Music oraz Every you, every me z Without you I`m nothing. Brian zapuścił włosy, Stefan grzywkę, a nowy perkusista Steve, cały wytatuowany i bez koszulki niesamowicie walił w bębny - widać świeża krew zregenerowała plejsibowy organizm.
Mogło być lepiej, ale nie było źle. Było poprawnie.

THE PRODIGY [8/10]

Kilka razy byli już w Polsce (trzykrotnie nawet w "Spodku") ale dopiero teraz udało mi się ich zobaczyć w akcji. Zagrali największe hity w tym: Breathe, Smack my bitch up, Poison, Voodoo People, Firestarter, Omen i Take me to the hospital. Maxim i Keith szaleli po gdyńskiej scenie. Lasery i wizualizacje dawały po oczach. Żywiołowy, miejscami elektropunkowy koncert, idealne zakończenie tegorocznej edycji.

Podsumowując: dobra edycja, może bez takich uniesień jak w 2006 - jednakże tamta, jak już wspominałem, była przełomowa i zaingurowała najazd gwiazd światowego formatu, które zaczęły odwiedzać nasz kraj także w trakcie kolejnych edycji największego polskiego festiwalu muzycznego. Z niecierpilowścią czekam na Heineken Open`er Festival 2010, już teraz zastanawiając się kto będzie jego headlinerami.

wtorek, 14 lipca 2009

Zaremba - thriller wakacyjny w odcinkach (I)

Od dzisiaj do końca wakacji, co tydzień będę umieszczał opowiadanie Adama Osińskiego, mojego kolegi z grupy dziekańskiej na dziennikarstwie UWr, które napisał w ramach zaliczenia przedmiotu Creative Writing. Opowiadanie "Zaremba" to mroczna historia rozgrywająca się w pewnym motelu inspirowana kinem noir. Części będzie prawdopodobnie dziesięć, dzisiaj pierwsza nich.



[adam osiński]


Krople deszczu rozbijające się o werandę były jedynym dźwiękiem, jaki było słychać w pomieszczeniu. Nawet radio pozostawało wyłączone, choć stało na komodzie. Na zewnątrz zerwał się jesienny wiatr i starzec poczuł chłodne powietrze, które dostało się do recepcji przez uchylone drzwi. Zaremba odłożył gazetę o dużym formacie, powodując przyjemny dla ucha szelest. Niespiesznie zaparł ręce o poręcze krzesła i wstał, co nie przyszło mu zbyt łatwo. Lekko pochylony, podszedł do drzwi i je zamknął. Wrócił za biurko, poprawił czerwoną poduszeczkę leżącą na krześle i usiadł. Spojrzał na swój stary zegarek, który dostał od ojca. Dochodziła ósma. Wpatrywał się tępo swymi zmęczonymi, starczymi oczami w okno, które wychodziło na podjazd. Zapadał już półmrok. Pola znajdujące się po drugiej stronie ulicy pogrążały się w ciemnościach. Zaremba czuł podskórnie, że już trzecia noc z rzędu nie przyniesie zysku. Zauważył, że z każdym tygodniem przez drogę przejeżdża coraz mniej samochodów. On sam też już nie angażował się i jego skromny motelik coraz bardziej podupadał. Już nawet nie miał siły i ochoty dokładnie posprzątać „szóstki” po tym, jak trzy dni temu nocował tam flejowaty kierowca ciężarówki z przydrożną dziwką. Przynajmniej jego wygniecione banknoty nie śmierdziały. Tak, one nigdy nie śmierdzą. Przypominając sobie ostatniego klienta wyciągnął z tylnej kieszeni spodni papierosy Marlboro, a z szuflady biurka zapałki, literatkę i butelkę czystej bez banderoli. Jednym haustem wypił setkę i odpalił fajkę. Przez kłęby dymu zauważył nagle na drodze pomarańczowe, migające punkciki. Pojazd zwolnił i skręcił na podjazd. Zaremba uniósł dłoń w górę i dość szybkim, jak na staruszka, ruchem rozgarnął dym kłębiący się przed twarzą. Zamarł. Czyżby oni chcieli nocować tutaj? Tak, pewnie dziwki wiozą na tylnich siedzeniach - uśmiechnął się pod nosem. Na podjeździe zaparkował policyjny radiowóz.

Zaremba przypomniał sobie twarz mężczyzny, którego pokazali mu na zdjęciu funkcjonariusze. Twarz pospolita, wąsy niechlujnie przycięte. Taki motłoch nocował tutaj kiedyś regularnie, teraz, gdy drogę omijają niemal wszyscy, o klienta jest ciężko. Szkoda jednak, że tych obdartusów nie ma, bo pieniądze, które noszą w swoich podartych portkach nie śmierdzą. One akurat zawsze pachną jak stokrotki na łące – pomyślał staruszek. Okolica nie należała do spokojnych, to był fakt. Motel prowadził od kilku lat i ludzie, których spotykał opowiadali mu o tych ciemniejszych stronach okolicznych miasteczek i wiosek. Przeważnie jednak dowiadywał się o wszystkim po fakcie, gdy było już po sprawie i ludzie wracali do codziennych spraw udając, że zapomnieli. Tymczasem poszukiwania mordercy – gwałciciela trwają w chwili obecnej, choć Zaremba wcale z tego powodu podekscytowania czy strachu nie odczuł. Za stary był i zbyt wiele przeżył, żeby podniecać się byle występkiem i krzywdą na jednej, anonimowej dziewczynie. W Polsce Ludowej, której od roku już nie było, ludzie też żyli ze sobą jak pies z kotem, nawet, a może przede wszystkim, ci po jednej stronie barykady, i chyba tylko naiwni wierzyli, że nowa Rzeczpospolita to będzie kraina szczęścia i miłości.

środa, 8 lipca 2009

wROCK For Freedom - multimedia 2




wROCK For Freedom

upload 4:

Bis (video) koncertu Heya sprzed miesiąca na Wyspie Słodowej we Wrocławiu do pobrania TUTAJ

upload 5:

1 utwór koncertu Fisza Emade sprzed miesiąca na Wyspie Słodowej we Wrocławiu do pobrania TUTAJ

"Siedem dusz" w reżyserii Gabriele Muccino (2008)

POŚWIĘCEŃ CZĘŚĆ KOLEJNA




[dominika]
ocena: 5/10


Will Smith, to w ostatnim czasie specjalista od ról wymagających poświęcenia. Tak było w przypadku hitu kinowego Jestem legendą ale również w obrazie W pogoni za szczęściem, w którym to wcielił się w bezwzględnie oddanego ojca. Jego nowy film, Siedem dusz, to opowieść nie tyle o heroicznych czynach, ale przede wszystkim, o próbie odkupienia win, o wyzbyciu się, dręczącego poczucia winy.

Ben Thomas, to człowiek podający się za pracownika urzędu podatkowego. W ten sposób ma wgląd w życie ludzi. Nasz bohater potrzebuje tego wszystkiego, ponieważ w tym poznanym przez siebie kawałku społeczności, szuka osób, które swoim postępowaniem w życiu zasłużyły na pomoc, której Ben ma zamiar im udzielić. I owszem udaje mu się to. Pomaga tytułowym siedmiu duszom - sporym kosztem, wobec własnej osoby. Akcja filmu, to pociąg, który przez blisko godzinę stoi w miejscu, a powinien już dawno wyruszyć do celu. Jest to niesamowita dłużyzna, gdzie widz, tak na dobrą sprawę ma trudności z ustawieniem się na odpowiednim torze. Wątki są urywane, niedopowiedziane, nie czuje się w ogóle sensu i klimatu oglądanego filmu. Pociąg wyrusza w ostatnich 20 minutach, by po seansie pozostawić odbiorcę z mieszanymi uczuciami. Cała historia, jest strasznie przewidywalna, podszyta tanim sentymentalizmem, który z pewnością poruszy wiele osób. Pomocna dłoń, którą wyciąga do innych Ben, to wcale nie obraz bezinteresownej pomocy innym - wszystkie działania bohatera, mają swoje odniesienie do przeszłych, dość traumatycznych wydarzeń w jego życiu, które co jakiś czas dają o sobie znać w jego snach.

Aktorsko film wypada dobrze. To w zasadzie jeden z niewielu jego plusów. Poza tym, na uwagę zasługuje muzyka, której autorem jest Angelo Milli, szczególnie słyszalna w pierwszych minutach filmu. Siedem dusz to dla mnie naprawdę dosyć spore rozczarowanie. Film, który spotkał się z tak wielką falą zwolenników, który poruszył sporą rzeszę widzów, na mnie nie wywołał zbyt dużego wrażenia. W szczególności sama historia Bena Thomasa. Na większą uwagę zasługuje w tym wszystkim fakt, że w dalszym ciągu na świecie z powodu niepełnosprawności, czy innych ciężkich chorób cierpi zbyt wiele osób, które na to nie zasługują. To wszystko, ta prawda jest smutna i chwyta za serce.

wtorek, 30 czerwca 2009

"Poza prawem" w reżyserii Jima Jarmusha (1986)

NIE TAKA ZWYKŁA UCIECZKA Z WIĘZIENIA




[dominika]
ocena: 8/10


Pomysłowy Jim Jarmush powraca. Tym razem, reżyser serwuje nam opowieść o trzech facetach, którzy trafiają do jednej celi. Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że nie dojdzie między nimi do porozumienia. Jednakże, jak się później okazuje, dwóch ponuraków: Jack (John Lurie), Zack (Tom Waits) oraz przesympatyczny Włoch Rob (Roberto Benigni) stworzą trio nie do podrobienia. Panowie, z których każdy ma własną historię, znużeni więziennym życiem, postanawiają dać nogę. Jak można się domyśleć, udaje im się to, choć na dobrą sprawę nie wiadomo jak, ponieważ Jarmusch samej ucieczki, bezpośrednio nam nie pokazuje. Ważniejsze znaczenie, w całym filmie i w jego przekazie, mają wydarzenia w celi oraz, te już po jej opuszczeniu.

Film rozpoczyna pokazanie okoliczności, w jakich do ”niewoli” trafiają Jack i Zack. Toczy się to dość spokojnie, lecz z klimatem, który nie pozwala odejść od ekranu. Następstwem tego wszystkiego jest pokazanie ich więziennych relacji - tutaj akcja również nie zamierza przyspieszyć. Sceny te, przepełnione są milczeniem i bezruchem. Jednakże ciekawość widza wzrasta. Wszystko wywraca się do góry nogami, kiedy na horyzoncie pojawia się ten trzeci - niewysoki, wygadany, mający małe trudności z językiem angielskim, przedstawiciel włoskiem społeczności- Roberto. Relacje między więźniami, początkowo nie ulegają zmianie, jednakże w dużej mierze za sprawą Włocha z biegiem czasu ocieplają się na tyle, że dochodzi do zabawnych sytuacji, gry w karty, humorystycznych rozmów, a w konsekwencji tego - ucieczki z więzienia. Panowie wędrują przez bagna, jest im zimno, umierają z głodu, kłócą się oraz biją, jedzą smakującego jak guma królika, jednak w dalszym ciągu wędrują razem. Wszystko to przepełnione jest dużą dawką humoru i naprawdę ciepłego klimatu. Lecz wiadomą sprawą jest to, iż wszystko co dobre, zazwyczaj się kończy. Tak jest również w przypadku tych trzech przyjaciół, poznanych nie w byle jakich okolicznościach. Każdy z nich rusza własną, odmienną drogą. I nie chodzi tutaj wcale o zacieranie śladów przed policją, ponieważ ich ucieczka z więzienia, to ucieczka mająca wydźwięk bardzo symboliczny. Każdy z nich bowiem wybierając któryś z rozstajów dróg zrywa z dotychczasowym, dość nieudanych i na dobrą sprawę bardzo pustym życiem.

Wszystko to, cała ta nieskomplikowana historia, otoczona jest muzyką autorstwa Johna Luriego oraz Toma Waitsa, która znakomicie wpasowuje się w jej klimat. Długie, bardzo statyczne ujęcia, które powoli przechodzą w wydarzenia bardziej dynamiczne zawdzięczamy Robbie’mu Mullerowi. Portret zarówno samego więzienia ale i również miasta nocą, to również wysoko oceniania przeze mnie praca scenografów. Jednakże do pełnej oceny filmu, należy dołożyć aktorstwo, które w filmie Jarmuscha wypada po prostu znakomicie. Każdy bohater, zagrany jest właśnie w taki sposób, w jaki miał być przedstawiony. Wszystko stoi tu na swoim miejscu. „Poza prawem”, to film mogłoby się wydawać banalny. Jednakże nawet tak banalną historię, należy umieć przedstawić w odpowiedni sposób. Myślę, że Jimowi Jarmuschowi udało się to z całą pewnością. Polecam oglądać w grupie dobrych przyjaciół, w ciepły letni wieczór z piwem w ręku i przekąskami na stole. Dobra zabawa gwarantowana.

Recenzja zamieszczona jest także na serwisie Filmweb

niedziela, 28 czerwca 2009

Michael Jackson - wspomnienie fanki



[dominika]


Dostałam smsa po 2.00 w nocy.
Półsenna jakoś nie mogłam w to uwierzyć. Wstając rano, od razu włączyłam telewizor i wszystko stało się jasne. W oku zakręciła się niejedna łezka. Michael Jackson, to moja pierwsza styczność z muzyką w wieku 4 lat. Pierwsza gwiazda, w której byłam zakochana, którą naśladowałam, oglądałam występy, którą rysowałam w swoim zeszycie, o której opowiadałam wszystkim. Jego muzyka towarzyszyła mi od zawsze i tak będzie dalej.

Dla mnie już za życia był legendą, nie tylko miał wielki wpływ na muzykę POP, ale również na cały przemysł fonograficzny, jego sposób tańca, sceniczny image, wysokobudżetowe teledyski to było naprawdę COŚ. Jego śmierć to dla mnie wielka podróż sentymentalna i spore rozrzewnienie. Wiedziałam, że patrząc na jego stan zdrowia i kondycję to było nieuniknione, jednak naprawdę nie spodziewałam się, tym bardziej, że przecież miała się niedługo rozpocząć jego trasa.

Niewątpliwie był to człowiek dziwny, zupełnie nieradzący sobie z popularnością. Jednak dla mnie nie ważne są oskarżenia o molestowanie, o wyłudzenia i inne historie. Prawdy chyba nigdy się nie dowiemy i tak powinno zostać. Ważne, że Michael Jackson, stworzył kawał świetnej muzyki, którą zna każdy: startując na wielkich fanach POPU, poprzez ludzi słuchających heavy metalu, skończywszy na wielbicielach hip hopu. Jego piosenki królują do tej pory na większej części imprez tanecznych, sprawiając, że momentalnie zapełnia się parkiet. I tak będzie dalej, bo drugiego Michaela nigdy nie będzię.

Dziękuję.