GRA MUZYKA

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Stephen King na scenie i ekranie: 1408

1408 – Z (NIE)POKOJU FILMOWEGO DO TEATRALNEGO „SEANSU CISZY”




[ania wasilewska-stawiak]

oceny:
film 0/10
spektakl 10/10


Grupa Ad Spectatores prowadzi jeden z moich ulubionych wrocławskich teatrów. W ramach działań artystycznych, z aktorami spod tejże bandery, jeździliśmy już nocą po mieście, zapakowani do dziwacznych samochodów, „wkręcani” w różnorodne komedie i tragedie. Nietrudno uwierzyć, że twórcy Ad Spectatores kochają swoją pracę, a aktorskie wyzwania wykonują z pasją oraz wielkim, teatralnym kunsztem. Grają niezwykle, w niezwykłych sceneriach. Miałam też przyjemność wziąć udział w „Trupim synodzie”, rozgrywającym się na terenie Browaru Mieszczańskiego, z kolei „Trzy żelazne zasady mężczyzny seniora” poznawałam w piwnicy Dworca Głównego. I właśnie w tym ostatnim z osobliwych miejsc rozgrywa się akcja sztuki 1408 – seans ciszy.

Opowiadanie Stephena Kinga, na język teatru przełożył Maciej Masztalski. Zabieg udał się rewelacyjnie, a dodatkowym atutem przedstawienia jest to, że nie przebiega ono w eleganckim pokoju hotelu Dolphin, lecz w mrocznych podziemiach, „udających” przyjazny gościom apartament. Tam, gdzie gaśnie światło i gdzie nagle zapada cisza, może być naprawdę przerażająco… Słowem, King byłby dumny z takiej adaptacji swojego horroru! O ile jednak, małe są szanse, by Król odwiedził Wrocław i obejrzał „Seans ciszy”, o tyle istnieje duże prawdopodobieństwo, że poznał kinową adaptację własnego opowiadania. Film 1408 powstał w 2007 roku, a reżyserem tego niemrawego przedsięwzięcia jest Szwed, Mikael Hafstrom. Aż trudno uwierzyć, że coś w czym zagrał Samuel L. Jackson (rola Mr Olina, dyrektora hotelu) i John Cusack (wcielił się w głównego bohatera, pisarza Mike’a Enslina), może być tak nudnawe, pozbawione „horrorowego” napięcia. Tanie straszaki, które w historii Kinga tylko uzupełniały psychologię grozy, w filmie Hafstroma wysuwają się na pierwszy plan i och – ach – ojej – nagle wyskakują z szafy.

W wypadku adaptacji 1408 lepiej poradził sobie teatr. „Ad Spectatorsi” najpierw podwyższają ciśnienie, zaznaczając w opisie swojego spektaklu, że ze względu na skomplikowaną (piwniczną) scenografię, dzieło może – jednorazowo – obejrzeć 35 osób. Potem wtłaczają zaintrygowanych widzów do niewielkiej izby (piwnicy!) i wprowadzają swoje postacie. Enslin się lansuje, bo pisze niezłe książki, Olin zaś (usztywniony czarną protezą ręki – znakomity detal kostiumowy!!!) najpierw odradza wynajmowanie makabrycznego pokoju nr 1408, a potem, „no, cóż, trudno…”, z doświadczeniem starego hotelarza, obserwuje, jak pokój pochłania swojego gościa. I jak piwnica pochłania widzów spektaklu. Także, do pracy, panowie z USA, bo wrocławscy artyści depczą wam po piętach!

piątek, 29 maja 2009

Myslovitz - Upór i konsekwencja (VI, ost.)

W części szóstej i ostatniej przeczytacie o Happiness is easy, koncertach Myslovitz, solowej działalności Mysłowiczan, przerwie w 2008 roku oraz dwudyskowej reedycji 'Miłości w czasach popkultury' i planach na przyszłość.



[camel]


Tymczasem, do fanów mysłowickiego kwintetu dopływają sprzeczne informacje. Raz słyszymy, że ma być piosenkowo, raz, że mają to być piosenki zaliczane do rockowej alternatywy, która bliższa jest raczej pobocznej działalności członków Myslovitz, niż ich regularnym albumom.

Kwestia brzmieniowa płyty również wydaje się być mglista – z jednej strony, znany ze współpracy z Bajmem Rafał Paczkowski, a z drugiej guru polskiej alternatywy Maciek Cieślak, zwolennik „pokręconych” dźwięków. Premiera płyty była wielokrotnie przekładana, muzycy robili po kilka wersji swoich piosenek. Wreszcie na 12 maja 2006 płyta została zapowiedziana. Jej tytuł miał brzmieć Happiness is easy. Poprzedzający ją singiel, wydane na początku kwietnia Mieć czy być, został odebrany przez niektórych fanów jako „takie typowe myslovitz”, „hit dla mas” co mogło – w zależności od oczekiwań względem zespołu - być zarówno dobrym znakiem jak i złym. Siódma płyta Myslovitz, wydana ostatecznie 19 maja 2006 roku okazała się sukcesem. Zadebiutowała na pierwszej pozycji najlepiej sprzedających się płyt w Polsce. Obawy co do nadmiaru alternatywy, który rzekomo miał się na niej znaleźć okazały się przesadzone.

To przede wszystkim dobre i melodyjne, rockowe piosenki, doprawione czasami alternatywnymi brzmieniami i produkcyjnymi "smaczkami". I tego ja oczekiwałem od tego zespołu. Właśnie owego „powrotu do rzeczywistości”. Liryka zespołu wróciła do komunikatywności, nie zatracając swojego uroku z pierwszych czterech płyt zespołu. Końcówka płyty to zdecydowanie ukłon w stronę starych fanów zespołu, wielbiących się w ich nasączonych psychodelią i iście rockowych kompozycjach. Takie „stare, dobre Myslovitz”. I o to chodziło!

Koncerty Myslovitz to temat na osobną pracę. Ich albumowe propozycje, często ugładzone i „upopowione”, dla słuchacza niebędącego wcześniej na ich koncertach mogą do zespołu zniechęcić. To właśnie na występach na żywo chłopaki ujawniają swoje prawdziwe - pełne rockowej energii i szaleństwa - oblicze. Potrafią zaskoczyć rozimprowizowanymi kompozycjami sięgającymi czasami nawet 20-30 minut. Jedną z takich kompozycji jest niewydany nigdy na żadnym z albumów kwintetu Mickey. Niektórzy z fanów nie mogą się doczekać jego wykonania i w cierpliwości wytrzymują nawoływania ogółu o Peggy Brown po to, by na koniec otrzymać pełną furii i rockowej energii na wpół improwizowaną kompozycję mysłowiczan.

Wypada się teraz zastanowić w czym tkwi potęga tego zespołu; co sprawia, że ich muzyki chcą słuchać zarówno nastolatki jak i ludzie będący w wieku w którym zazwyczaj się słucha muzyki poważnej. Myślę, że fenomen tej grupy tkwi w ich szczerości. Przekazują emocje z którymi mogą się identyfikować zarówno „młodziaki” w wieku szkolnym jak i ci bardziej zaawansowani wiekowo. Miłość, odrzucenie, alienacja czy tematy społeczne to tematy które – w mniejszym lub większym stopniu - przeżywa każdy z nas. W czasach dzieciństwa i młodości otaczający nas świat przeżywamy w sposób bardziej intensywny, jesteśmy wrażliwsi na słowa krytyki czy odrzucenie przez społeczność w której się wychowujemy. Z wiekiem emocje opadają, podnosi się poziom samoświadomości i pewności siebie. I o tym właśnie opowiadają teksty tej formacji. O dorastaniu emocjonalnym ale też o tym, że dorastając nie powinniśmy pozwalać sobie na konformizm czy „płynięcie z prądem”. Bo tak jest łatwiej, choć paradoksalnie trudniej gdyż zatracamy coś co powinno być najważniejsze – siebie, własne poglądy.

Niezwykłością omawianego zespołu jest to, że pomimo sławy i pozycji na rynku pozostali skromnymi facetami i tworzą muzykę prosto z serca. Opowiadając o tym co widzą dookoła próbują zmienić nasze nastawienie do życia. I jeżeli im się udaje – a sądząc po ładunku emocjonalnym niektórych wpisów na ich forum oraz reakcji fanów na ich koncertach – to powinno się im tylko pogratulować i życzyć dalszych sukcesów bo takich Artystów w dzisiejszym zabieganym i niemal pozbawionym uczuć wyższych świecie jest coraz mniej.

Katowice, maj 2006

suplement:

W roku 2006 i 2007 zespół skupił się na promocji Happiness is easy na koncertach. W maju 2007 do fanów dotarła wiadomość o tym, że rok następny będzie dla Myslovitz rokiem przerwy co oznacza m.in. brak koncertów grupy w tym czasie. 2008 był więc czasem, który muzycy poświęcili na projekty solowe - Przemek Myszor i Wojtek Powaga wsparli gitarowo Tomka Makowieckiego w projekcie No! No! No! (płyta zapowiadana jest na jesień tego roku), Jacek Kuderski wydał solowy album Xperyment 2004-2007,a Wojtek Kuderski przygotowuje się do nagrania drugiej płyty z zespołem Penny Lane. Najciekawiej prezentuje się solowa działalność Artura Rojka, który w 2008 wylansował piosenki Cisza i wiatr oraz W drodze, a w 2009 Mój tata generał z filmu Generał Nil. Solowe dokonania Artura dostępne są tutaj.W 2009 Myslo wróciło do regularnego koncertowania, pierwszy występ dając w Toruniu 28 grudnia 2008 roku. Grupa po przerwie wróciła do grania długo niewykonywanych piosenek takich jak Miłość w czasach popkultury, Zgon, Filmowa miłość, Alexander czy Uciekinier. W lutym 2009 ukazała się dwupłytowa, jubileuszowa reedycja Miłości w czasach popkultury zawierająca, poza podstawowym materiałem, krążek z piosenkami demo z 1998 oraz fragmenty książki o zespole autorstwa Leszka Gnoińskiego. W związku z tym wydarzeniem zespół zagrał koncert w Trójce koncert na którym w całości zagrał swój czwarty album. Na jesień 2009 grupa zapowiada nowy utwór, a na rok następny nowy album. Zobaczymy czy obietnice zostaną spełnione...

środa, 27 maja 2009

Ile waży koń trojański? w reżyserii Juliusza Machulskiego (2008)



[dominika]
ocena: 5/10


Juliusza Machulskiego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Stworzył on filmy kultowe. Jednak jego ostatni nie przypadł mi do gustu. Pomysł cofania się bohaterów do czasów młodości, w celu zmienienia przyszłości, jest bardzo dobrze znany na zachodzie. W polskich filmach, ciężko znaleźć coś takiego - i tutaj uważam, że pomysł był jak na nasze realia dosyć oryginalny i wszystko zapowiadało się naprawdę ciekawie.

No, ale wiadomą sprawą jest to, że sam pomysł nie wystarczy. W realizacji odniosłam wrażenie, że twórcy nieco się pogubili. Cały film miałam nadzieję, iż to wszystko się jakoś rozkręci, że będę mogła naprawdę się pośmiać. Jednak nie tym razem - film niezwykle monotonny, dłużył się niesamowicie. Jedynie wątek z Robertem Kubicą sprawił, że zaśmiałam się dosyć głośno. Akcja natomiast zapętla się, a przynosi mało racjonalnych rozwiązań. Ilona Ostrowska w roli głównej bohaterki Zosi, niezwykle irytująca i sztuczna, w ogóle do mnie nie przemówiła. To samo tyczy się relacji między nią córką i jej drugim mężem Kubą. Wszystko to było niezwykle nienaturalne i wyidealizowane. Role warte uwagi to z pewnością kreacja Roberta Więckiewicza w roli Darka oraz drugoplanowa rola jaką zagrała Maja Ostaszewska- niezwykle rozkapryszona histeryczka, pierwsza miłość Kuby.

Nagłośnienie oczywiście pozostawia wiele do życzenia, ale jak to zwykle bywa w polskim kinie - zbyt głośna muzyka, zbyt ciche dialogi. W kwestii scenografii dosyć ciężko jest mi się wypowiadać. Nie pamiętam czasów PRL-u, myślę jednak, że wszystko to poszło dosyć sprawnie. Udało się zachować całą konwencję, ale nie zabrakło nieznacznych wpadek zarówno na tym polu jak i w scenariuszu. Film wnosi z pewnością wartość sentymentalną dla starszego pokolenia widzów, ale to nie wystarczy. Spodziewałam się solidnego, posypanego humorem filmu jednak zdecydowanie się zawiodłam.

piątek, 22 maja 2009

Myslovitz - Upór i konsekwencja (V)

Tym razem przeczytacie o dwupłytowej kompilacji 'the best of', anglojęzycznej 'Korovie...', improwizowanych 'Skalarach, mieczykach, neonkach' oraz związanym z tym wydawnictwem rewelacyjnym koncertem w Cieszynie w ramach festiwalu 'Era Nowe Horyzonty'.



[camel]


Następne lata to jeden z najsłabszych twórczo okresów w historii grupy. Zespół zdecydował rozstać się ze swoją dotychczasową wytwórnią (Sony Music Polska) i przejść do innej, gwarantującej większe możliwości na karierę zagraniczną Pomaton EMI. Zanim to jednak uczynili wydali dwupłytową składankę ze swoim największymi przebojami umieszczając na niej także kompozycje niewydane wcześniej na swoich długogrających wydawnictwach (m.in. wspomniane już To nie był film, Iris sleeps under the snow czy utwory nagrane na potrzeby filmów np. Książkę z drogą w tytule). Na wydawnictwie znalazł się także pamiętny duet w utworze Kraków z Markiem Grechutą. Jedna z ważniejszych pozycji na bestsellerowej Miłości w czasach popkultury została zaaranżowana przez Anawę – zespół Grechuty i zaśpiewana w duecie z Rojkiem. Z owej kolaboracji wyszła rzecz niezwykła – pierwotną drapieżność utworu zdominowały spokojne, liryczne brzmienia, które jeszcze bardziej uwupukliły pełen tęsknoty tekst Myszora.

W tym samym roku, w którym ukazała się owa kompilacja (2003) zespół wydał również, na początku w krajach europejskich a następnie także w Polsce, anglojęzyczną wersję Korovy Milky Bar. Składała się ona w większości właśnie z kompozycji zawartych na KMB jednakże zawierała też przeboje z Miłości w czasach popkultury. Rok 2003, ale przede wszystkim rok następny, zespół poświęca przede wszystkim na promocje anglojęzycznej Korovy... w Europie. Grają jako supporty przed Simple Minds i Iggy Popem. Największym sukcesem europejskiej trasy staje się jednak towarzyszenie grupie The Corrs na wyprzedanej trasie po największych halach Europy (m.in. Bercy w Paryżu czy Wembley w Londynie)

W roku 2004 zespół serwuje swoim fanom dwie niespodzianki. Jedną wydawniczą, drugą koncertową – obie składające się w całość. W lipcu 2004 roku na festiwalu Era Nowe Horyzonty zespół daje koncert, który zapowiada wydaną kilka miesięcy później, a zapowiadaną od blisko dwóch lat płytę z improwizacjami Skalary, mieczyki, neonki. Koncert ten, uznany przez wielu fanów jako najlepszy w ich karierze, był niezwykłym wydarzeniem. Nowe kompozycje zagrane przez Myslovitz zabrzmiały tego wieczoru wręcz nieziemsko. Jedna z fanek wspomina: „Wszystko takie niezwykłe. Łzy kręciły się w oczach, anioły latały tak nisko pod nocnym niebem, wszystko było trochę magiczne i nieziemskie. Zatrzymany czas. Z czystym sumieniem zaliczę ten koncert do najciekawszych występów Myslovitz jakie słyszałam i widziałam”.

Pod koniec 2004 roku wyszła pierwsza „niepiosenkowa” pozycja grupy czyli wspomniane Skalary, mieczyki, neonki. Album był próba zmierzenia się z psychodelią i improwizacjami, która dość rzadko występuje na regularnych albumach grupy, jednakże w sporych ilościach na koncertach. Skalary... można zaliczyć do sukcesów grupy, choć niektórzy wprawieni słuchacze mogą odnieść wrażenie zbytniej schematyczności niektórych kompozycji. Życie to surfing – jedyny singiel z tej płyty spotkał się z ciepłym przyjęciem fanów i pokazał ich nowe, oniryczno-pastelowe oblicze. Po wydaniu płyty zespół dał kilka koncertów zawierających niemal wyłącznie kompozycje z tego nietypowego albumu.

Rok 2005 to przede wszystkim rok oczekiwania na 7 pozycję w dyskografii Myslovitz. W tzw. międzyczasie dwoje z członków zespołu angażuje się w działalność dwóch zespołów – Przemek Myszor w Delonsach a Wojtek Kuderski w Penny Lane. Powstałe płyty wnoszą powiew świeżości na polskim rynku muzycznym. Wyważona i melancholijna propozycja Delonsów (Wersja z napisami) ciekawie kontrastuje z pełną energii i młodzieńczego buntu pozycją Penny Lane (Penny Lane).

sobota, 16 maja 2009

Sidney Polak - Cyfrowy Styl Życia (2009)



[camel]
ocena: 6.5/10


Pięć lat Jarek Polak kazał nam czekać na kontynuację doskonałego self-titled projektu Sidney Polak z wiosny 2004. Czy warto było czekać tyle czasu? I tak, i nie.
Szach Mat czyli opener przypominający Witam z debiutu jadący na riffie przypominającym ten z Personal Jesus Depeche Mode fajnie wprowadza w atmosferę albumu i trochę opowiada o odbiorze pierwszej płyty Sidneya. Deszcz, pierwszy singiel – spoko, plus za fajne obserwacje typu „Gazety błyszczą cyfrowym życiem. Dobre perfumy, hall przed empikiem i czyściej jest, zabawniej jest. McDonald`s z krzyżem ściga się. Rozterki na bok, palce do czoła. Od martyrologii dobra jest szkoła”. Docieramy do highligtu pierwszej części krążka czyli bujającego „Blasku” z gościnnym udziałem EastWest Rockers. Dalej mamy m.in. moim zdaniem niepotrzebną, monotonną Miłość w formacie jpeg, refleksyjne Zwolnij dziś, opisujący To był dzień w Warszawie ze zwrotkami inspirowanymi King of the Bongo Manu Chao oraz nudne Wieżowce.

Od genialnego, utrzymanego w klimacie country Merry & Jerry gdzie z Jarkiem zaśpiewała w urokliwym duecie Kasia Nosowska z quasirozmową Jerry`ego („O Mary, Mary nie złość się, tak bardzo kocham cię. Mężczyzna czasem musi wyjść z kumplami napić się”) i Mary („O Jerry, Jerry dosyć już, niełatwo z tobą żyć. Mówiła mama, dobry chłop powinien w domu pić”) zaczyna się druga, o wiele lepsza część Cyfrowego Stylu Życia. Pod dziewiątym indeksem kryje się SOS z ciekawie grającą gitarą w technice „slide” oraz, znowu, celnymi obserwacjami z obszaru tytułowego tematu typu „To mantra twoich dni, to naszych czasów wiersz, to dyktatura cyfr, głośnomówiący deszcz, to czas, którego brak, to nowy życia styl, to informacji gąszcz, to argumentów wir, to ludzi i ich sieć, to wirtualny sklep, dwutygodniowy bounce na plaży z fajnych zdjęć, to nagi czarny rap i nudny biały pop, tańszego sushi smak”. Do końca albumu będą już same highlighty, wyłączając lanserski Skuter. Znana fanom od kilku lat w wersji live Wyspa Man w końcu doczekała się rewelacyjnej, studyjnej wersji. Natalia (w której jak kiedyś w Siedmiu grzechach popkultury fajnie został wykorzystany akordeon) porusza zawsze aktualny temat wchodzenia w zawodowe życie młodych dziewczyn i wyrzekaniu się młodzieńczych ideałów („Dzisiaj Natalia poszła do pracy, W torebce na szczęście mały pajacyk. Tuli go czasem, kiedy jej smutno. Na monitorze netto i brutto. Na gadu-gadu nie gada z nikim, chce mieć od razu dobre wyniki. Praca nie hańbi, praca nie czeka, praca jest ponoć sensem człowieka”). Genialny Sztorm w którym Jarek po raz jedyny na tym wydawnictwie porusza temat alkoholu, który był lajtmotiviem Sidneya Polaka. Żywiołowy, gęsty rytmicznie i tekstowo utwór z ciekawą metaforyką libacji jako sztormu – „Zaczynam sztorm, a sztorm to taki czas, że buja w każdym z nas kieliszków pełnych las. Zaczynam sztorm, zobaczę dziś swój Horn, zawinę w znany fiord niezrozumiałych fraz” z łatwym do przewidzenia finałem „Czas kończyć sztorm, czas już odpłynąć gdzieś, nieś sztormie, nieś mnie, nieś z żołądka wywal treść. Czas kończyć sztorm, łazienki znany port, wśród kafelkowych form, poddaje się i cześć!". Znów fajnie wykorzystany akordeon, tym razem w finale piosenki. Całość wieńczy chilloutowy, siedmiominutowy Ostatni dźwięk, który ciepłym, kobiecym głosem otuliła francuskimi wersami Izabela Kostecka, a Pezet ozdobił gościnną nawijką. W tle pobrzmiewają dęciaki, automat wybija powtarzalne bity, papieros się dopala, w kieliszku resztki procentów czekają na dopicie, a z nami "zasypia ostatni dźwięk”. Jeszcze tylko miła pani, o syntetycznie wygenerowanym głosie podziękuje nam za wysłuchanie „Digital Style of Life by Sidney Polak”.

Reasumując, pierwsza część płyty minimalnie powyżej przeciętnej czyli 5.5, druga świetna czyli 8.0. Wyciągamy średnią i wychodzi nam 6.75. Minus 0.25 za pięć lat czekania daje nam ocenę końcową wynoszącą 6.5. Przyjemnie się słucha jednakże do rewelacyjnej formy z debiutu daleko.

piątek, 15 maja 2009

Myslovitz - Upór i konsekwencja (IV)

Tym razem przeczytacie o wielkim sukcesie pobocznego projektu Artura Rojka - zespole Lennym Valentino, z którym stworzył jedną z najważniejszych w tej dekadzie płyt oraz piątym studyjnym albumie Myslovitz "Korova Milky Bar" i jej odbiorze wśród fanów i krytyków.




[camel]


Pierwszy rok nowego wieku okazał się rokiem odpoczynku od działalności macierzystej grupy Rojka. Stał się za to wielkim sukcesem jego pobocznego projektu Lenny Valentino. Grupa, mimo, że istniała – w różnych składach – od 1998 roku, to właśnie w roku 2001 zdecydowała się wydać swoją pierwszą długogrającą płytę. Rojek postanowił zaprosić do udziału w tym projekcie ¾ składu Ścianki – wokalistę i gitarzystę Maćka Cieślaka, klawiszowca Jacka Lachowicza i perkusistę Arka Kowalczyka - oraz basistę mysłowickiej kapeli Negatyw Mietalla Walusia. Razem stworzyli płytę Uwaga! Jedzie Tramwaj z miejsca okrzykniętą wydarzeniem i uznaną za jedną z najważniejszych albumów ostatnich lat. Koncept tego wydawnictwa opierał się na przeżyciach z dzieciństwa. Na jednym z muzycznych portali internetowych album ten został mianowany Sklepami cynamonowymi polskiego rocka. Rzeczywiście jest to album wyjątkowy, świadczący o wielkiej wrażliwości głównego autora tekstów czyli Artura Rojka. Można odnieść wrażenie, że album ten stanowił dla niego swoiste katharsis, rozliczenie się z demonami dzieciństwa. Płyta otrzymała m.in. Nagrodę Fryderyk 2001 za Album Roku w kategorii Muzyka Alternatywna. Niestety, projekt ten nie doczekał się kontynuacji i dołączył do grupy efemeryd polskiego rocka.



Następny rok zespół Myslovitz zaczął pracowicie. W lutym, w studiu Radia Katowice nagrał swój piąty album długogrający - Korova Milky Bar oraz zarejestrował materiał do mającej się ukazać dwa i pół roku później improwizowanych Skalarów, mieczyków i neonków. Przed wydaniem swojej piątej płyty zespół ruszył nawet w trasę koncertową na której zagrał przedpremierowo kilka fragmentów z nadchodzącego wydawnictwa. Album Korova Milky Bar okazał się sukcesem komercyjnym (jednak nie tak wielkim jak sprzedaż ich poprzedniego krążka), co nie szło niestety w parze z sukcesem artystycznym. Robert Leszczyński, ówczesny recenzent muzyczny Gazety Wyborczej, w swojej recenzji KMB napisał „Rozczarowanie. Wyczekiwany przez trzy lata piąty album jednego z najbardziej obiecujących naszych zespołów zawodzi muzycznie, tekstowo i wykonawczo. Jest o wiele słabszy od dwóch, znakomitych poprzednich albumów, a może nawet najsłabszy w dyskografii (...) to jednak, powtórzę, album dla fanów. Ja zaczekam na następny i powrót jednego z najważniejszych artystów naszej sceny do rzeczywistości”.

Rojek zdawał się jeszcze emocjonalnie tkwić w Lenny Valentino i na piątym pełnowymiarowym wydawnictwie Myslovitz zaserwował swoim fanom dawkę właśnie takiej, psychodelicznej momentami muzyki z introwertycznymi tekstami. Z formą literacką muzyków też bywało różnie. Mieliśmy tu próbę prawdziwej poezji w postaci utworu tytułowego lub Chciałbym umrzeć z miłości które gryzły się ze zbytnio dosłownymi i niechlujnymi Nigdy nie znajdziesz sobie przyjaciół jeśli nie będziesz taki jak wszyscy czy Kilka błędów popełnionych przez dobrych rodziców. Z tego krążka pochodzą trzy wielkie przeboje grupy: pierwszy singiel Acidland, którego odbiór był kontrowersyjny gdyż wielu zarzucało chłopakom banalny tekst, nieprzystający do „oblicza” zespołu; korzystający z beatelsowskich harmonii Sprzedawcy marzeń, mówiący o zniewoleniu jednostki przez media oraz urzekającą, miłosną balladą Chciałbym umrzeć z miłości (do którego został nakręcony uznany przez niektórych za zbyt odważny teledysk).

Po wydaniu albumu Myslovitz ruszyło ponownie w trasę koncertową (Korova Milky Club Tour) podczas której zawitali nawet do katowickiego „Spodka” dając koncert dla blisko 3 tysięcznej grupy „myslofanów”. Marcin Babko, dziennikarz katowickiego wydania Gazety Wyborczej tak wspomina to wydarzenie „Dawno już nikt nie hipnotyzował bywalców Spodka tak intensywnie jak w sobotni wieczór grupa Myslovitz (...) pokazali, że to magiczne miejsce stworzone było jakby specjalnie dla nich. Muzyka była motoryczna i transowa, śpiew wokalisty natchniony, obrazy i filmy wyświetlane za jego placami piękne i wzruszające (...) Uwagę fanów przyciągał oczywiście Rojek – z małym irokezem i koszuli z krawatem, który szalał ze sprzęgającą gitarą, walczył z mikrofonem i wykrzykiwał do fanów teksty w rodzaju 'W każdym z was jest wariat!'.