GRA MUZYKA

czwartek, 18 marca 2021

Rzecz o piosence: Łona & Webber - Stop, Nadiu

Ocena: 8.5/10

Alkohol. Lubimy? Raczej tak, wszak żeśmy Słowiany. W jakich ilościach? A to już zależy od jednostki, wieku, przyzwyczajeń. Jako naród od tej substancji na pewno nie stronimy.
Łona. Znamy? Raczej tak, a jak nie to powinniśmy. Jest duża szansa, że polubimy. Lub chociaż docenimy za teksty, jeżeli już naprawdę nie możemy znieść stylistyki hip-hopowej. O czym opowiada jeden z jego ostatnich singli? Właśnie o naszym zamiłowaniu do alkoholu, niechęci do nudy i skłonnościach do "grubego melanżu". Podmiot liryczny siedzi na nudnym, acz eleganckim spotkaniu towarzyskim, może nawet raucie. Sytuacja owa mu nie konweniuje, toteż znajduje podobną do siebie jednostkę. Opuszczcza drętwą imprezę i, już z nowo poznanym ziomkiem, rusza do lokalu o charakterze dużo bardziej rozrywkowym. Oczywiście na początku kierują swe kroki do baru celem uzupełnienia płynów. Tych z oznaczeniem procentowym. Kto im polewa? Słowiańska (prawdopodobnie rosyjska) barmanka imieniem Nadia. No i się zaczyna... Kieliszek po kieliszku. Piosenka za piosenką. Poziom alkoholu we krwi wzrasta, więc chęć do coraz większej zabawy także. I w końcu jest dobrze, normalnie, zgodnie ze zwyczajami. Bez spiny, bez stresu. Mimo, że konsekwencje i tzw. "syndrom dnia następnego" są do przewidzenia i wielu z nas zna je dobrze. Kawałek jest oczywiście świetnie napisany, wyraźnie zarapowany, muzyka udana i celnie oddająca charakter tekstu. Panowie Łona i Webber po prostu nie schodzą poniżej pewnego, dość wysokiego, poziomu.
To co - po kielonku?

poniedziałek, 28 stycznia 2019

"33 x 33"
Wiek Chrystusowy Camela czyli wstęp do pewnego podsumowania...


Urodziłem się w 1985 roku. Kilkadziesiąt dni temu skończyłem 33 lata. Pomyślałem, że to dobra okazja by zrobić pewne podsumowania. Trójka to fajna cyfra, "Trójka" to fajne radio, a dwie trójki... No dobra, zostawmy to.
W najbliższym czasie będziecie mogli poznać 100 płyt, które spodobały mi się do tej pory najbardziej. Kategoria "open" czyli zarówno albumy studyjne, koncertowe, jak i składanki utworów różnych wykonawców. O trzydziestu trzech będziecie mogli poczytać i dowiedzieć się co w nich mi się podoba. A żeby nie było monotematycznie w późniejszym okresie spróbuję wskazać także filmy i książki, które wywarły na mnie największe wrażenie. Miłej lektury!

PS. Zapraszam do komentowania (zarówno tutaj, jak i na krokusowym fanpejdżu na FB) i wskazywania swoich ulubionych dzieł :)

piątek, 9 grudnia 2016

Live 2015 cz. 2

[camel]

WRZESIEŃ
Piotr Bukartyk w Starym Klasztorze. Koncerty Bukartyka to zawsze dla mnie wielkie wydarzenie i tak było także tym razem. W miejscu dla publiczności ustawiono rzędy krzeseł, więc była lepsza szansa na odbiór dźwięków płynących ze sceny. Tego wieczoru na scenie zabrakło Krzysztofa Kawałko, jednak godnie zastępował go jego uczeń. Na repertuar koncertu złożyły się głównie utwory z najnowszej płyty „Kup sobie psa” (Piotr z zespołem zagrali prawie wszystkie utwory z niej pochodzące) oraz „Tak jest i już” (m.in. utwór tytułowy) i „Z czwartku na piątek” (moje ulubione „Trzeba mieć ambicję”). Znalazło się także miejsce na starszą piosenkę, czyli zagrane na początku „Dokąd się wybierasz”. Rewelacyjny występ, niezapomniana konferansjerka Bukartyka oraz możliwość przeżycia tego czasu ze znajomymi sprawiły, że uznaje go za jeden z dwóch najlepszych koncertów w 2015 roku.


PAŹDZIERNIK
Muchy w Starym Klasztorze. Koncert z okazji 11-lecia tej poznańskiej grupy, której „Terorromans” nadal uznaje za jeden z najważniejszych dla mnie albumów XXI wieku. Do świętowania urodzin grupa zaprosiła Macieja Wasio z wrocławskiego zespołu OCN, Agima Dżeljilji z Oszibaracka oraz Marcina Borsa, słynnego producenta płyt m. in. Heya i Lao Che. Na repertuar występu złożyły się piosenki z ich wszystkich pięciu płyt. Na mnie duże wrażenie zrobiły utwory obcego autorstwa, które zostały zawarte na „Powracającej Fali” m.in. ich interpretacja piosenki „Gdyby nie szerszenie” oraz „Ulicy” oraz „Rzeka miłości, może radości, ocean szczęścia”. Były także oczywiście ich największe przeboje czyli „Najważniejszy dzień”, „Miasto doznań” i „Przesilenie”.


LISTOPAD
Mikromusic w Eterze. To właśnie w tym miejscu grupa kilka lat wcześniej nagrała swoje pierwsze koncertowe cd i dvd. Po wydaniu, moim zdaniem najlepszej w karierze, płyty „Matki i żony” grupa wyruszyła w trasę promocyjną. Jak powiedziała wokalistka Natalia Grosiak uwielbiają grać w swoim rodzinnym mieście. Na program koncertu złożyły się chyba wszystkie utwory z ich ostatniego dzieła – świetnie wypadły piosenki „Zakopolo”, „Matka Teresa od kotów”, „Lato 1996”, „Pocałuj pochowaj” (którą Natalia słyszałaby chętnie w jakimś filmie Quentina Tarantino) oraz zaśpiewane dwukrotnie „Bezwładnie” ze Skubasem. Ze starszych płyt usłyszeliśmy m.in. „Takiego chłopaka”, „Sopot”, rozbudowanego instrumentalnie „Szkodnika” oraz niegrzeczną wersję „Niemiłości”. Jak zwykle wyśmienity wokal Natalii oraz kunszt instrumentalistów nadal utwierdzają mnie w przekonaniu, że to jeden z najlepszych koncertowych zespołów w Polsce.


L.A.S. we wrocławskim pubie Niebo. Jacek Lachowicz, kiedyś współlider trójmiejskiej Ścianki, a następnie twórca czterech płyt solowych (w tym moim zdaniem najlepszej „Za morzami”) postanowił działać w pojedynkę jako Lachowicz Audio System – w skrócie L.A.S. Na listopadowym koncercie zaprezentował cały materiał z jedynej płyty tego projektu nazwanej „Szum”. Przyjemny wieczór, choć nie ukrywam, że chciałbym jeszcze zobaczyć Jacka z zespołem lub (choć to chyba już nie możliwe) znowu na scenie z Maćkiem Cieślakiem w Ściance.


Andrzeje 2015 w Narodowym Forum Muzyki. Coroczna gala kabaretowa przygotowywana przez członków wrocławskiego kabaretu Elita – Jerzego Skoczylasa, Leszka Niedzielskiego i Stanisława Szelca. Tym razem zaprosili oni na to wydarzenie Andrzeja Poniedzielskiego, Artura Andrusa, Andrzeja Grabowskiego oraz wrocławski kabaret Neo-Nówka. Każdy z zaproszonych zaprezentował po jednym monologu lub skeczu. Moim zdaniem najlepiej tego wieczoru zaprezentował się Andrzej Poniedzielski. W międzyczasie usłyszeliśmy także kilka piosenek kabaretu Elita w wykonaniu Agnieszki Damrych i Magdaleny Dzwonkowskiej. Bardzo sympatyczny wieczór, dający dużo okazji do śmiechu.


GRUDZIEŃ
Nosowska w Eterze. Solowy koncert wokalistki Heya w nieistniejącym obecnie wrocławskim klubie. Tym razem Artystka nie promowała żadnej nowej płyty (ostatnią zatytułowaną „8” wydała w 2011 roku). Jako suport ciekawy koncert zagrał Marcin Zabrocki. Gwiazda wieczoru zaprezentowała przekrojowy materiał ze wszystkich swoich sześciu płyt: „Puk. Puk”, „Milena”, „Sushi”, „UniSexBlues” i „8” zaczynając koncert pamiętną opowieścią o pewnej specyficznej dziewczynie czyli Milenie. Usłyszeliśmy zatem m.in. „Tfu”, „Gdy rozum śpi”, „Keskese”, rewelacyjną jak zawszę „Nomadę”, piosenkę z tekstem Agnieszki Osieckiej czyli „Na całych jeziorach ty” oraz cover Davida Bowiego „Let`s dance”. Na koniec zabrzmiały m.in. „Nerwy i wiktoriańscy lekarze” oraz niezwykła wersja „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć”, pierwszego solowego przeboju Kasi. Nosowska jak zwykle w formie i tak jak kiedyś napisałem od jakiegoś czasu bardziej czekam na jej solowe dokonania niż te z Heyem (ostatnia ich płyta czyli „Błysk” raczej mnie rozczarowała).


Krzysztof Zalewski w Starym Klasztorze. Koncert zatytułowany był Zalewski Solo Act i jak sama nazwa wskazuje Artysta wystąpił tego wieczoru na scenie sam. Radził sobie rewelacyjnie – grał na gitarze, klawiszach, perkusji oraz w czasie rzeczywistym tworzył loopy, będące podstawą niektórych piosenek. Usłyszeliśmy materiał z debiutanckiego album „Zelig” – zagrał m.in. „Jaśniej” i „Gatunek”, piosenki z właśnie wydanej płyty „Złoto” – „Uchodźcę”, „Podróżnika” i „Lukę” oraz m.in. cover Jaya Z „99 problems”. To drugi, obok koncertu Piotra Bukartyka, najlepszy koncert na którym byłem w ubiegłym roku. Zalewski doskonale świetnie sprawdził się jako multiinstrumentalista wzbudzając zachwyt publiczności. A jego najnowsza płyta „Złoto” pokazuje, że nadal pisze świetnie piosenki.


Domowe Melodie w Starym Klasztorze. Rzadko mi się zdarza bym bilet na koncert kupił z tak dużym, ponad miesięcznym wyprzedzeniem. Ale nie było innej opcji – pierwszy koncert został wyprzedany błyskawicznie, więc gdy ogłoszono drugi czym prędzej kupiłem na niego bilet. Domowe Melodie wciąż cieszą się wielką sympatią publiczności. Podczas grudniowego koncertu wykonała utwory z obu swoim albumów, usłyszeliśmy więc m.in. „Brzydala”, „Techno”, „Bułę” oraz najgoręcej przyjęte przez publiczność „Grażkę” i „Zbyszka”. Siła tego tria myślę tkwi w ich naturalności i prostocie ich piosenek. Trafiają one do serc słuchaczy i sprawiają, że gdy tylko zostanie ogłoszony ich koncert bilety na ich występy tak szybko się rozchodzą.

piątek, 18 listopada 2016

Live 2015


Zaczynamy kulturalne podsumowania 2015 roku czyli lepiej późno niż wcale. Na początek wspomnienie koncertów na których byłem kilkanaście miesięcy temu. Dzisiaj część pierwsza

[camel]


STYCZEŃ - LISTOPAD
Wspominając koncerty na jakich byłem 2015 roku przede wszystkim będę pamiętał o The Dumplings. Widziałem ich w ubiegłym roku aż cztery razy. Po raz pierwszy w ramach styczniowej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Katowicach. Z tego występu najbardziej pamiętam mróz i piękne wykonanie „Nie słucham” w wersji głos Justyny + gitara Kuby. Następnie – lipcowe Męskie Granie 2015 w Chorzowie. Grali jako pierwsi, w pełnym słońcu. Fajny, choć krótki set złożony z utworów z debiutanckiej płyty. Potem koncert w ramach wrocławskiego Miejskiego Grania w sierpniu. Tłumy ludzi i utwory zarówno z debiutu, jak i z mającej ukazać się wkrótce płyty nr 2. Wreszcie mój ich pierwszy klubowy koncert we wrocławskim Starym Klasztorze na chwilę przed wydaniem „Sea you later” (listopad). Z tego koncertu najlepiej zapamiętałem rewelacyjne wykonania „Odyseusza” i „Dark Side”, a także, jak zwykle świetne, „How many knives” z debiutu.


STYCZEŃ
Golec Orkiestra w Katowicach. Koncert kolęd w mojej rodzinnej dzielnicy. Duży skład wykonawczy i ciekawe wersje klasycznych polskich pieśni bożonarodzeniowych w rodzaju „Przybieżeli do Betlejem” czy „Bóg się rodzi”. Wydarzenie odbywało się w kościele, co miało wpływ na bardzo dobrą akustykę koncertu.

LUTY
Natalię Przybysz widziałem po raz pierwszy w solowym repertuarze (wcześniej byłem na opener`owym koncercie Sistars kilka lat temu). Na koncercie w Starym Klasztorze Artystka skupiła się na promocji albumu „Prąd”. Zabrzmiały chyba wszystkie utwory tego krążka w tym oczywiście najlepiej przyjęte przez publiczność „Nazywam się niebo” oraz piękne wykonanie coverów Niemena („Kwiaty Polskie”) i Breakoutów („Do kogo idziesz”). Świetnie, że znalazło się miejsce także na piosenkę „Bell and Chain” z repertuaru Janis Joplin. Na uwagę zasługiwała także scenografia koncertu – żarzące się żarówki, które nasuwały skojarzenia z tytułem ostatniego albumu Natalii. Przed koncertem Natalii fajnie zaśpiewały dziewczyny z Girls on fire.


MARZEC
Łona i Webber we wrocławskiej Bezsenności. Jak zwykle w formie, w towarzystwie zespołu The Pimps. Usłyszeliśmy przekrojowy zestaw ich piosenek. Była oczywiście energetyczna wersja „Konewki” na koniec.


Kasia Kowalska i jej trasa w ramach 20-lecia płyty Gemini. We wrocławskim klubie Alibi Artystka, podobnie jak kilka miesięcy wcześniej na Przystanku Woodstock, zaprezentowała swoje utwory w akustycznych wersjach. Repertuar koncertu to oczywiście w dużej mierze utwory z „Gemini”, ale znalazło się także miejsce na „Jeśli blask Twój mnie zwiódł”, „Co może przynieść nowy dzień” czy „Spowiedź” z kolejnych wydawnictw Kowalskiej. Miła podróż sentymentalna oraz naprawdę porządku koncert. Choć chętnie bym zobaczyć jeszcze Kasię na żywo w „elektrycznej” wersji.


Artur Rojek w katowickim Mega Clubie. Artysta promował ciągle swój debiutancki album „Składam się z ciągłych powtórzeń”, usłyszeliśmy zatem wszystkie utwory z tego krążka. Pojawił się także cover utworu „Easy” zespołu Son Lux, a capella zaśpiewany cover „Chłopiec z plasteliny” Lenny Valentino oraz taneczna wersja piosenki „Ring on fire” kojarzoną najbardziej w wykonaniu Johny`ego Casha. W bisach usłyszeliśmy ponownie trzy single z płyty: „Beksę”, „Syreny” i „Czas, który pozostał”. Wspaniałe widowisko, bardziej „szołmeńskie” niż koncerty Myslovitz z Arturem w składzie.


Karolina Czarnecka. Koncert w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Artystka kojarzona głównie z utworem „Hera Koka Hasz LSD” zaprezentowała program złożony z utworów zawartych na płycie albumu. Najsłynniejszy utwór pojawił się, nawet w dwóch wersjach, ale inne były równie udane i pokazały jak potężnym głosem dysponuje Czarnecka. Gościnnie pojawił się L.U.C. oraz zwyciężczyni PPA z 2004 – Irena Melcer.


KWIECIEŃ
Skoro padła nazwa Myslovitz to w miesiąc później miałem okazję po raz kolejny zobaczyć jak radzą sobie z nowym wokalistą. To był bardzo długi koncert, trwający ponad dwie i pół godziny, na który złożyły się utwory ze wszystkich płyt zespołu. I choć było bardzo przyjemnie, to Myslo 2.0 (tak na własny użytek nazywam Myslovitz z Michałem Kowalonkiem na wokalu) nie ma dla mnie już tej magii jakie miały koncerty w czasach gdy za mikrofonem stał Artur Rojek.


LIPIEC
Moja pierwsza wizyta na Męskim Graniu. Chorzowskie Rosarium znajdujące się na terenie Parku Śląskiego to miejsce wyjątkowo urokliwe. Fajnie było spędzić w nim te kilka godzin słuchając swoich ulubionych wykonawców. Całość imprezy poprowadził Piotr Stelmach. Na początek zagrali The Dumplings o czym pisałem na samej górze. Następnie projekt Smolik/Kev Fox (wyjątkowo dobrze zabrzmiała tego dnia piosenka „Run”) oraz O.S.T.R. – jak zwykle rozgadany między utworami zagrał także moje ulubione „Rise of the sun” z ostatniej płyty „Podróż zwana życiem”. Rewelacyjnie wypadła Natalia Przybysz, która podobnie jak kilka miesięcy wcześniej zagrała utwory z „Prądu” i cover Janis Joplin. Hey zagrał przekrojowo. W set liście znalazło się także miejsce na cover zespołu Ultravox „Dancing with tears in my eses” oraz moją ukochaną „Wczesną jesień”. Artur Rojek zaprezentował większość utworów z debiutu. Szczególnie zapadł mi w pamięć hałaśliwy początek utworu „Lekkość”. No i finał czyli Męskie Granie Orkiestra. Za mikrofonem stanęli m.in. Organek, O.S.T.R., Mela Koteluk, Tomek Lipiński i Natalia Grosiak, którzy zaśpiewali klasyczne utwory takie jak „Mówię ci, że”, „Spalam się” czy „Nim wstanie dzień”. Na koniec oczywiście zabrzmiał piosenka promującą ubiegłoroczną edycję czyli „Armaty”. Reasumując bardzo udana impreza. Cieszy fakt, że do Chorzowa zjechali moi faworyci.


SIERPIEŃ
Od kilkudziesięciu lat w Świnoujściu odbywa się FAMA czyli Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej. W 2015 roku udało mi się zobaczyć dwa koncerty odbywające się w jego ramach. Pierwszą imprezą był koncert „Bardzo zdolni szansoniści” w którym młodzi wokaliści zaśpiewali utwory z repertuaru Renaty Przemyk. Ciekawe wykonania i szansa na poznanie osób, które być może kiedyś namieszają na polskiej scenie muzycznej. Najważniejszym muzycznym wydarzeniem ubiegłorocznej edycji był jednak koncert Meli Koteluk. Artysta zaśpiewała piosenki z obu swoich albumów czyli „Spadochronu” i „Migracji”. Najbardziej zapamiętałem wykonania tytułowej piosenki z debiutanckiego krążka (czyli „Spadochron”) oraz „Żurawie Orgiami”.

piątek, 29 lipca 2016

Taco Hemingway - "Trójkąt warszawski"/
"Umowa o dzieło" / "Wosk"

Dzisiaj przeczytacie o fenomenie ostatnich miesięcy - raperze Taco Hemingwayu. Recenzje ukażą się także w jutrzejszym (tj. sobotnim) wydaniu "Gazety Wrocławskiej"


OCENA: 9/10

Polski hip-hop? Wielu z was pewnie powie: „Nie, dziękuję”. A w tym gatunku muzyki można spotkać prawdziwe „perełki”. Jednym z takich niezwykłych zjawisk w polskim rapie niewątpliwie jest Filip Szcześniak występujący pod pseudonimem Taco Hemingway. „Układ Warszawski”, pierwsze dzieło rapera w języku polskim to przewodnik po życiu w Warszawie widziany oczami dwudziestukilkulatka. Puby, używki, imprezy, ale też miłość czy sprawy egzystencjalne – taka tematyka tu dominuje. Wydawnictwo to stało się kopalnią celnych wyrażeń i skojarzeń. Wśród sześciu zawartych tu utworów szczególnie polecam zwrócić uwagę na otwierający całość „Szlugi i kalafiory”, „Wszystko jedno” - niemal depresyjną piosenkę o toksycznej miłości oraz najbardziej melodyjny utwór „Przerywnik”, zagrany w jazzowym klimacie. Wydawnictwo ciekawie dopełniają archiwalne wypowiedzi mieszkańców Warszawy.


OCENA: 8.5/10

Kolejny minialbum Artysty. Osiem utworów, pół godziny muzyki. I utwór, który przyniósł młodemu raperowi masową popularność czyli „Następna Stacja” – Taco błyskotliwie przedstawił w nim warszawskie realia na podstawie przejażdżki dwoma liniami warszawskiego metra. Był to pierwszy hip-hopowy utwór, który osiągnął szczyt Listy Przebojów radiowej Trójki. Ale przecież „Umowa o dzieło” to sześć innych, równie ciekawych kompozycji. Podobnie jak poprzednie minialbum „Trójkąt warszawski”, także i to początkowo zostało wydane własnym sumptem, a następnie, już w formie fizycznej przez ,szanowaną w rapowym świecie wytwórnię Asfalt Records. Wydawnictwo spinają dwie piosenki: „Od zera” i „100 kmh”. W pomiędzy nimi radzę zwrócić uwagę na „6 zer” – przedstawiający sytuacje młodych ludzi na rynku pracy i opowiadający o ich aspiracjach finansowych („W tym pokoleniu na umowie - zleceniu / Nie gada się o przyszłości i ZUS-ie, ubezpieczeniu / Ci ludzie nie chcą gadać o wypłatach na lokatach premium / I polityce – tych pozycji, raczej nie mamy w menu”) oraz mrocznych „Białkoholików”.


OCENA: 8.5/10

To najnowsza propozycja wydana Taco Hemingwaya. Wydana zaledwie kilka dni temu. Można ją, podobnie jak „Trójkąt warszawski” i „Umowę o dzieło”, bezpłatnie ściągnąć z internetu ze strony artysty. Co znajdziemy na „Wosku”? Pierwsze próby podsumowania wielkiej popularności i niezliczonych koncertów, jakie Taco zagrał w ciągu ostatniego półtora roku. Dowiemy się jak wiele dziwnych propozycji od różnych osób, firm i instytucji raper otrzymał. Jednak z nich nie skorzystał, bo jak sam rapuje, chce być szczerzy w stosunku do siebie i swoich słuchaczy („Ktoś woła mnie bym pisał teksty polityczne / Nie, dziękuje / Wolę pisać o sobie, wolę pisać o ludziach, wolę pisać o Tobie / Gdy odejdą wszyscy fani, wtedy znikam dosłownie na krótką chwilę / Potem wracam, żeby pisać ponownie”) śpiewa w otwierającym całość utworze tytułowym. Poza tą piosenką bardzo dobrze słucha się także utworów „Wiatr” i „Koła” (opowiadający o realiach finansowych rap-biznesu, w którym gościnnie wziął udział Dawid Podsiadło).
PS. Ostatnio artysta wydał także świetny utwór, mający szansę stać się alternatywnym letnim przebojem – „Deszcz na betonie”


środa, 6 lipca 2016

Podsumowania Kulturalne 2015 roku - zapowiedź


[camel]

Przerwa w krockusowoblogowym pisaniu była długa, a spowodowana była pracą dziennikarską we wrocławskim dzienniku, która szczęśliwie trwa do dzisiaj. Ale nadszedł czas powrotu. W związku z tym od dzisiaj postaram się publikować tu dłuższe treści/formy, a po sprawy bieżące i youtubowe zapraszam na grupę facebookową Krockusa. Przez całe wakacje będziecie mogli na tej witrynie przeczytać o tym, co według mnie najciekawszego wydarzyło się w kulturze w 2015 roku. Na początek powspominam koncerty, potem piosenki i filmy. Na koniec, tradycyjnie, przedstawię listę swoich 20 (a być może nawet 30) ulubionych płyt z ubiegłego roku plus tzw. listę rezerwową. Więc jak to mawiajo: "stay tuned". I być może do zobaczenia na którymś z letnich festiwali ;)

poniedziałek, 29 lutego 2016

Podsumowania Kulturalne...2014 roku


[camel]

Dzisiaj dzień, który zdarza się raz na cztery lata. W związku z tym pora na nadrobienie krockusowych zaległości. Jako, że, z różnych względów, nie podsumowałem (poza koncertami) roku 2014 to dzisiaj nadrabiam ten brak. Oczywiście, nie ma sensu się rozpisywać nad poszczególnymi pozycjami w 14 miesięcy od zakończenia A.D. 2014, więc poniżej publikuję tylko ranking i krótkie uzasadnienie:


PŁYTY:

Wyróżnienie: Maciej Maleńczuk & Psychodancing - Tęczowa swasta

15. Dr Misio - Pogo
14. Piotr Bukartyk - Kup sobie psa
13. Iza Lach - Flower in the jungle
12. Julia Marcell - Sentiments
11. Perfect - DaDaDam
10. Mela Koteluk - Migracje
9. Shakira - Shakira.
8. Fisz Emade Tworzywo - Mamut
7. De Mono - Symfonicznie
6. Pustki - Safari
5. Natalia Przybysz - Prąd
4. Lily Allen - Sheezus
3. The Dumplings - No bad days
2. Mister D. - Społeczeństwo jest niemiłe
1. Artur Rojek - Składam się z ciągłych powtórzeń

Pierwsza siódemka to według mnie absolutny "must hear" jeśli chodzi o płyty z 2014 roku. O Arturze Rojku już było w osobnej recenzji, więc tylko napiszę, że były wokalista Myslovitz spełnił pokładane w nim nadzieję i na swoim debiucie zaprezentował perfekcyjnie przygotowany pop z dobrymi tekstami i pamiętnymi singlami (krzykliwa Beksa, przebojowe Syreny i niemal-taneczne Krótkie momenty skupienia). Mister D. czyli Dorota Masłowska to bez watpienia największe muzyczne zaskoczenie 2014 roku. Piosenkowa publicystyka z kultowymi utworami Hajs i Chleb (do tego ten teledysk z Anją Rubik w roli dresiary), rewelacyjnymi teledyskami do Czarnej Żorżety i Prezydenta czy po prostu dobrymi piosenkami takimi jak Chrzest (z udziałem pisarza Jakuba Żulczyka), Córka Rydzyka (z ex-basistą CKOD Kubą Wandachowiczem) czy Kinga (poświęconej słynnej dziennikarce). Świetny debiut The Dumplings, jedna z naczęściej słuchanych przeze mnie płyt 2014 roku, i objawienie w postaci Justyny Święs i jej nietuzinkowego głosu. Plus po prostu dobre elektro-popowe piosenki w postaci Technicolor Yawn, Everything is a circle, Betonowego lasu, Nie słucham, How many knives i Shameless. Wielki powrót Lily Allen i kolejne genialne popowe piosenki w postaci Insicerely yours, Close your eyes, As long as I get you, Hard out there, cover Somewhere only we know i, będące tylko na specjalnej edycji, Holding on to nothing. Plus bardzo dobry koncert na Stadionie Narodowym w czerwcu, o którym zapomniałem wspomnieć w podsumowaniu koncertowym za tamten rok. Bardzo dobra, pierwsza polska, płyta Natalii Przybysz z pamiętnymi coverami Breakoutów i Niemena i świetnymi piosenkami autorskimi w postaci utworu tytułowego, Nie będę twoją laleczką, Nazywam się niebo i hipnotycznym, najdłuższym na albumie Przeze mnie. Najlepsza w dyskografii, przesycona genialnym basem i dobrymi piosenkami, płyta Pustek. Plus duże zaskoczenie w postaci symfonicznej płyty De Mono. Niezwykle udane aranże i świetny wybór kompozycji.

UTWORY:

Wyróżnienie: Yugopolis & Maciej Maleńczuk - Sługi za szlugi

15. Artur Andrus - Cyniczne córy Zurychu
14. Łona - Wyślij sobie pocztówkę
13. Męskie Granie Orkiestra (feat. Podsiadło & Brodka) - Elektryczny
12. Placebo - Milion little pieces
11. Bokka - Town of strangers
10. Coldplay - Magic
9. Shakira fest. Rihanna - Can`t remember to forget you
8. The Dumplings - Technicolor Yawn
7. Pustki - Się wydawało
6. Michael Jackson fest. Justin Timberlake - Love never felt so good
5. Bisquit - Wielki mały człowiek
4. Fisz Emade Tworzywo feat. Justyna Święs - Ślady
3. Pharrell Williams - Happy
2. Artur Rojek - Syreny
1. Mikromusic - Lato 1996

Mikromusic ze swoją, jak dla mnie, najlepszą piosenką w karierze i rewelacyjnym teledyskiem z Olgą Frycz w roli głównej. Artur Rojek z pięknymi Syrenami (10 razy na topie Trójkowej Listy Przebojów). Zaraźliwie optymistyczna piosenka Pharella Williamsa. Kojące Ślady z niezapomnianymi wokalizami Justyny Święs. Magiczny cover zespołu 2 plus 1 zaaranżowany z smoothjazzowym wyczuciem. Ultrataneczna piosenka śp. Michaela Jacksona z udziałem Justina Timberlake`a. Pustki z uzależniającym utworem z genialnie brzmiącym basem.

FILMY:

7. Zbliżenia
6. Lucy
5. Obywatel
4. Wielkie piękno
3. Kamienie na szaniec
2. Pod mocnym aniołem
1. Bogowie

Słusznie wielokrotnie nagradzani "Bogowie" z genialną kreacją Tomasza Kota. Wstrząsające "Pod Mocnym Aniołem" w reżyserii Wojtka Smarzowskiego z plejadą polskiego aktorstwa (Więckiewicz, Kijowska, Jakubik, Dorociński, Topa, Preis, Braciak, Grabowski, Kuna, Dziędziel, Bielska, Lubos...). Odbrązowione i naprawdę-dające-się-oglądać "Kamienie na szaniec". Eksperyment filmowy w postaci oryginalnego "Wielkiego piękna" (Oskar za najlepszy film nieanglojęzyczny). Historyczno-komediowy "Obywatel" z synem Maciejem i ojcem Jerzym. Niepokojąca wizja przyszłości w "Lucy" ze Scarlett Johansson. I wreszcie traumatyczne pokazanie toksycznej miłości matki do córki w "Zbliżeniach".



środa, 3 lutego 2016

David Bowie Is - Wspomnienie Wielkiego Artysty


[camel]

"Najgorsze są śmierci, których się nie spodziewamy. W wieku 69 lat zmarł David Bowie. Dwa dni po wydaniu najnowszej, 25. w karierze, płyty "Blackstar". Nigdy nie byłem jego fanem, ale doceniałem jego wkład w historię muzyki popularnej ostatniego półwiecza. I tak się złożyło, że poznawałem go przez duety z Innymi Wielkimi i covery. "Under Pressure" z Queenami, "Tonight" z Tiną Turner, "Dancing in the street" z Mickiem Jaggerem, "Without you I`m nothing" z Placebo. Akustyczny Cover "Five days" Briana Molko, "The man who sold the world" z koncertu Nirvany w ramach MTV Unplugged, "Let`s dance" w wykonaniu Nosowskiej na moim pierwszym jej koncercie solo we Wrocławiu w 2007 roku, "Space Oddity" Tymona Tymańskiego i Natalii Przybysz, "Heroes" w wersji Petera Gabriela.... Trzy lata temu wrócił po dziesięcioletniej przerwie całkiem niezłą płytą "Next day", teraz wydał album promując ją zupełnie nieradiową 10-minutową piosenką. Dużo Jego albumów do przesłuchania przede mną, szkoda, że już więcej nic nie nagra. Spoczywaj w pokoju, Davidzie!"

Taką informację umieściłem na swoim profilu na znanym serwisie społecznościowym w kilka godzin po tym, jak podano do publicznej wiadomości, że Jego już nie ma wśród nas. W kolejnych dniach poznałem 2/3 dyskografii D.B., wysłuchałem kilka wspomnieniowych audycji nadanych w radiowej Trójce, byłem na Silent Disco, gdzie didżeje (Michał Nogaś, Agnieszka Obszańska i Agnieszka Szydłowska) mieli pomalowane twarze w symbol błyskawicy, którą miał na twarzy D.B. na okładce albumu "Aladdin Sane" oraz byłem na filmie "David Bowie Is", stanowiącym relacje z wystawy poświęconej D.B. w jednym z brytyjskich muzeum. Warto zapoznać się z dyskografią Davida Bowiego - mnogość muzycznych wcieleń oraz wiele znakomitych piosenek, które zdecydowanie warto poznać. Poniżej krótkie opisy moich ulubionych płyt Bowiego (ukazały się one także w styczniowych wydaniach Gazety Wrocławskiej):

"Hunky Dory" (1971)
Powrót do folkowego grania, znanego choćby z płyty "Space Oddity". Dwa wielkie przeboje: "Changes" i "Life on Mars?" oraz piosenki poświęcone ważnych dla Bowiego artystów: Bobowi Dylanowi, Andy`emu Warholemu i The Velvet Underground.

"Rise and Fall of Ziggy Stardust and The Spiders from Mars" (1972)
Pierwsza klasyczna płyta w dorobku Bowiego i jedno z jego najpopularniejszych wcieleń. Jest glamrockowym albumem koncepcyjnym opowiadającym historię Ziggy`ego, który przybywa na Ziemię ze swoją grupą i zostaje gwiazdą rocka. Płyta jest uznawana za jeden z najważniejszych albumów lat 70. XX wieku. Najpopularniejsze piosenki z niej pochodzące to: "Five years", "Lady Stardust" i "Rock`n`Roll Suicide".

"Heroes" (1977)
Jedna z płyt należących do tzw. trylogii berlińskiej, którą Bowie stworzył wraz z Brianem Eno, moim zdaniem najlepsza. Utwór tytułowy, jeden z najpopularniejszych w karierze Mistrza, opowiada historię kochanków spotykających się przy Murze Berlińskim. W nagrywaniu albumu wziął udział m.in. Robert Fripp z King Crimson. Płyta jest pełna wpływów stylistyki krautrockowej, tytuł jest ukłonem w stronę utworu "Hero" niemieckiej grupy Neu!, a jedna z piosenek została nazwana na cześć członka zespołu Kraftwerk.

"Let`s Dance" (1983)
To najbardziej komercyjna płyta w karierze Bowiego, zawierająca wielkie przeboje w postaci utworu tytułowego oraz piosenek "China Girl" (napisanej wspólnie z Iggym Popem) i "Modern Love". Album ukazał się wielkim sukcesem, choć przez wielu krytyków w momencie jego wydania był niedoceniony. To krążek "użytkowy", przeznaczony, zgodnie z tytułem, właśnie do tańca. Następne dwie płyty Bowiego nagrane w tej stylistyce próbowały nawiązać do sukcesu tego albumu.

"Earthling" (1997)
Eksperymentalny album Davida Bowiego, zawierający mieszankę drum`n`bassu, muzyki jungle, techno, rock i dance rock. Płyta dostępna w sprzedaży początkowo jedynie przez oficjalną stronę muzyka. Najsłynniejszymi utworami z niej pochodzącymi były "Little Wonder" i "I`m Afraid of Americans". Wydawnictwo dotarło do szóstej pozycji najlepiej sprzedających się albumów na brytyjskiej liście sprzedaży. To ostatni tak odważny album Bowiego do czasu wydanego w tym roku krążka "Blackstar".

"Next Day" (2013)
Przedostatni album w karierze Davida Bowiego, będący jego powrotem po ponad 9 latach milczenia. Zapowiadała go piosenka "Where Are We Now", wydana w dniu 66. urodziny muzyka. Płyta została zrealizowana przez Tony`ego Viscontiego, długoletniego współpracownika Bowiego. Określana jako "bardzo rockowa". Artysta postanowił nie promować płyty za pomocą koncertów. Materiał na niej zawarty został doceniony zarówno przez krytyków, jak i fanów artysty. Okładka albumu nawiązuje do wydanego w 1977 roku "Heroes".

"Blackstar" (2016)
25. studyjny album Davida Bowiego, to - jak się okazało - ostatnie dzieło Mistrza: artysta zmarł dwa dni po jej premierze, w wieku 69 lat. To album wymagający, pozbawiony łatwo przyswajalnych piosenek czy tzw. przebojów. Już pierwszy zwiastun - 10-minutowa kompozycja tytułowa - pokazał, że tym razem Bowie postanowił zaserwować swoim słuchaczom muzykę trudniejszą w odbiorze, co wcale nie oznacza, że gorszą. Drugi singiel, "Lazarus" z intrygującym teledyskiem i proroczymi słowami "Look up here, I`m in Heaven", pokazał że stać go na dzieła niezwykłe, wymykające się łatwym klasyfikacjom. "Blackstar" to tylko siedem utworów składających się na 41 minut muzyki. Ostatniej, jakiej było dane mu stworzyć.

Na koniec obejrzycie trzy, moim zdaniem, najciekawsze teledyski i piosenki Davida:








wtorek, 15 grudnia 2015

"Na scenie opowiadam historyjki"
Wywiad z Piotrem Bukartykiem, część trzecia

Ostatnia część mojego wywiadu z Piotrem, z którego dowiecie się o pisaniu dla innych, jak przebiega aktualna trasa, związków artysty z Wrocławiem oraz jego planach muzycznych

fot. www.spiewajmypoezje.pl

Pisanie dla innych
Krockus: Pisze też Pan dla innych?
Piotr: Zdarza się, ale z coraz mniejszym zapałem. Bo jak się okazało, żę teraz jak ktoś chce to może wejść do tej mojej szafy z czymś co sobie wymyśliłem, żeby sobie coś wybrać. Teraz to się zdarzyło przy okazji tego spektaklu, wolę to dlatego, że ja jednak trzymam się swojej muzyki. W tym momencie mam na tapecie piosenkę dla zespołu młodzieżowego Perfect. Człowiek, którego poznałem, kiedy ja miałem 16 lat, Adam Gala, który przez ostatnie lata był menedżerem Perfectu odszedł z tego łez padołu i Darek Kozakiewicz spytał czy bym czegoś nie napisał, chłopaki wysłali mi demówkę. Jestem zaszczycony tym, bo to były numery na których się wychowałem jako licealistą, słuchałem tego. A zawsze byłem wrażliwy na tekst, to były i są świetne numery.
Krockus: Pisane przez zawodowców
Piotr: Oczywiście, pisane przez ludzi, którzy teraz są moimi kolegami i z dumą mogę powiedzieć, że na jakimś spotkaniu ZAIKSu podszedł do mnie autor piosenki „Już mi niosą suknię z welonem” („Windą do nieba” – przyp. aut.) z autorem piosenki „Nie płacz Ewka” i powiedzieli: „Piotrek, super piosenka z tym psem („Kup sobie psa” - przyp. Aut.), żałujemy, że to nie my napisaliśmy” to takie fajne uczucie, że przybijają piątkę, witaj w klubie. Ja ich szanowałem za to co robili, za tamte ich numery. Nigdy się na nich nie wzorowałem, robiłem po swojemu, ale i oni robili po swojemu.
Krockus: A dla kogo pan pisał ostatnio?
Piotr: Ostatnio szczerze mówiąc mam straszliwe zaległości, bo Maciek Balcar poprosił mnie o piosenkę cztery lata temu, a ja jeszcze nie wymyśliłem mu nic, czy to dla niego, czy dla dżemu. Doszedłem do wioski, że wszystkie moje podejścia do tego numeru kończyły się nie skończyły się w sposób satysfakcjonujący. Spotkaliśmy się niedawno i pyta czy kiedyś dla niego napiszę, a ja czekam. Bo czasem piosenka przychodzi od razu, a czasem czeka się kilka lat i mam takie piosenki. Mam też takie, które napisałem i wyrzuciłem. A potem wyniknęły przy okazji np. prywatkowej. Tak było z „Małgochą”, taką balladą. I doszedłem do wniosku nie wiem co napisać dalej, nie domyka mi się ta piosenka. Dobra, próbowałem. I po kilku latach wyciągnął to z szuflady na jakiejś imprezie facet, który grał wtedy ze mną na basie, Marek Bruno Chrzanowski. Wyciągnęliśmy instrumenty, ja ją zagrałem i oni mnie przekonali, że tam nie trzeba nic dopisywać i zrobiliśmy to.
Krockus: To jest fikcyjna historia?
Piotrek: Ponieważ ta osoba żyje, ta, która była powodem do napisania tej piosenki to powiem tak: obrazek jest taki dosyć przejmujący dla wieku odbiorców, bo taki miał być. Była taka osoba, miała problem z dragami i tak dalej, i była jakaś nieszczęśliwa miłość, nie moja bo ja to obserwowałem z boku. I ta piosenka też jest taka. To była bardzo fajna, i jeszcze bardzo ładna do tego, dziewucha, której nie potrafiłem pomóc, jej narzeczony coś tam przyjmował, nieważne to nie moja historia. Ale ktoś taki rzeczywiście istniał. Ale ułożyło się, minęło parę lat.
Krockus: Jest pamiętana chyba ta piosenka, z tego co wiem?
Piotr: Jest, no jest, muszę ją ciągle grać. Niektóre z tych piosenek żyją własnym życiem, parę lat temu Jurek Owsiak zadzwonił, poprosił o piosenkę na Woodstock. I się zrobiła takim hymnem, na zakończenie Woodstocku, to już szósty raz, w tym roku śpiewał ją młody artysta Bednarek. Czasem się udaje coś napisać, ale to zupełnie niechcący. Nie żebym ja za tym przepadał, czasami podejmuje wezwanie, bo sam jestem ciekaw co z tego wyjdzie. A napisanie takiej piosenki, żeby ludzie w wieku moich dziec, albo młodszych, bo moja córka w tym roku skończyła studia, którą ludzie mają traktować jak swoją wcale nie jest łatwe. Jestem starym, cynicznym sku*wielem, wiesz, nie mam takich rozterek natury egzystencjalnej, już mam wszystko ponazywane w głowie, już zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystko jest czarno-białe. A oni łykali ten numer. Ja pisałem to bardzo szczerze, ale zdawałem sobie sprawę, że nie piszę tego dla siebie, że z tak patetycznym numerem ja sam czułbym się średnio
Krockus: Jest jakaś hymniczność w tym utworze (mowa o „Z tylu chmur”), nadaje się na tą imprezę, na pewno
Piotr: To fajnie, to dobrze, bo oni płaczą tam przy tym co napisałem. Dobrze, że jest to komuś potrzebne, mojej mamie się podoba.

Gatunek
Krockus: Umiałby pan okreslić gatunek, jaki uprawiacie z zespołem?
Piotr: Nie jest mi to potrzebne. Nigdy nie próbowałem. Słyszałem milion określeń i co chwilę słyszę takie historię. Np. Jurek Owsiak głosi, że jestem polskim Springsteenem, nie wiem co przez to rozumie, natomiast ja sam zacznę się tym przejmować gdy ktoś powie: „Springsteen – a, taki amerykański Bukartyk”. Już słyszałem, że jestem polskim Dylanem...U nas jest taki zwyczaj szufladkowania troszeczkę, a ja robię po prostu swoje i być może te piosenki noszą jakieś am piętno mojego autorstwa, ale jako niemuzyk korzystam z tego co mia akurat przyjdzie do głowy, z wygłupiania się na bazie bluesa, reagge i tak dalej. A że gram z muzykami, którzy są muzykami to brzmi to fajnie gdzieś tam, ale to ich zasługa, ja sobie robię często po prostu jaja. A grając dłuższy czas człowiek nabiera doświadczenia, jak się ma jakieś poczucie rytmu, to wystarczy sobie po prostu samemu nie przeszkadzać, wziąć gitarę i coś tam z tego wyjdzie. Dziś będzie ciężko, bo jestem mocno zgrany.

Trasa i Wrocław
Krockus: Jak przebiega obecna trasa koncertowa?
Piotr: To króciutka trasa, jedna z wielu, trasa jest stanem permanentnym. Na razie jest rewelacyjnie, teraz wyjechaliśmy na cztery koncerty z rzędu, gdzie przy tej pogodzie jest jakaś górną granicą, bo ja się nie oszczędzam, dzisiaj zedrę się do końca, mam nadzieję przeżyć tę sztukę. Ale każda z nich kończyła się bardzo przyjemnie, bis, stending owejszyn i tak dalej. Ale to kosztuje, bo ja drę mordę, a nie jestem profesjonalnym wokalistą, a te koncerty też nie są najkrótsze, staram się zrobić aby się stały troszkę krótsze, ale nie wychodzi.
Krockus: A jakieś skojarzenia z Wrocławiem? Bo się teraz dowiedziałem, że kiedyś pan tu mieszkał...Lubi pan tu grać, lubi pan to miasto, lubi pan tę publiczność?
Piotr: Nie mam nic przeciwko niej, bardzo lubię Wrocław, wiążę się on dla mnie z jak najlepszymi wspomnieniami i na parę sposobów towarzyszy mi do tej pory. Potem się okazuje, że gdzieś tam spotykamy się z kolesiami i koleżankami, których poznaliśmy tutaj. Np. przez dziesięć lat byłem Vanem Morissonem w Teatrze Rampa, a reżyserował to Arek Jakubik, który tu mieszkał i z Agnieszką Matysiakową świrowaliśmy razem w dawnych czasach. On jest młodszy ode mnie o parę lat, ale z tamtych czasów się znamy. Bardzo miłe wspomnienie. Mieszkałem tutaj w paru miejscach, adresów nawet kilka pamiętam: tzw. Niskie Partery dla studentów na Karłowicach. Przez lata opowiadałem o tym w monologach scenicznych: mieszkałem we Wrocławiu, zajmując tzw. niski parter dla studentów, z okien apartamentu widywałem kury gospodarza od pasa w dół, dzięki czemu intymne życie drobi nie ma dla mnie żadnych tajemnic. I tak, znam to miasto dosyć dobrze z tamtych czasów. A to które zastaję teraz ku mojemu zdumieniu pięknieje z roku na rok. Zdarza mi się grać we Wrocławiu, w tym roku intensywnie odwiedzaliśmy Dolny Śląsk, tydzień temu graliśmy w Polanicy na przykład, na festiwalu Marysi Czubaszek, w tym roku była jeszcze Kudowa, Karpacz, Szklarska Poręba
Krokcus: We Wrocławiu grał Pan chyba dość dawno?
Piotr: We Wrocławiu już nie pamiętam, ale grałem tutaj kabaretony. Było tak, że zagraliśmy tutaj przy Hali Ludowej w Dzień Kobiet, to była taka składanka, Artur Andrus to prowadził, pamiętam też, że byłem tam Jamesa Browna tzw. byłem jedyną dostępną formę Jamesa Browna w Polsce, ja śpiewałem piosenkę, no ten jego Men`s world a Artur Andrus stał za mną i to tłumaczył, za każdym razem inaczej, oprócz tego graliśmy parę piosenek, ale to było ze trzy lata temu. W zeszłym roku byłemu starszych kolegów z kabaretu Elita i grałem w kawiarni Literatka sam na taboreciku z dwie godziny. Było bardzo śmiesznie, zrobiłem to dla nich, bo już nie robię takich rzeczy , że nawet bez akompaniatora, to bardzo męczące jednak.

Plany
Krockus: Jakieś plany?
Piotr: Zaraz zabieramy się za następną płytę. Z poważniejszych planów: mężczyzna mojego życia poszedł do pierwszej klasy SP, więc myślę, że pewnie przez najbliższy czas ja będę wyprowadzał jego psa, odrabiał jego lekcje.
Krockus: Kiedy nowa płyta?
Piotr: Aż skończymy. Piosenki są, chcemy ją sobie robić powolutku. Mam bardzo dużo propozycji różnych od poważnych firm, żeby coś napisać w charakterze produktu, że ja coś zrobię, a oni kupią dużo tej płyty od razu i będą mieć swój produkt. To bardzo miłe, ale jak nagle zapragnę gotówki, to wejdę w coś takiego. Na razie spokojnie zacznę dłubać przy następnej płycie, nigdzie nam się nie śpieszy. Teraz ta tytułowa piosenka „Kup sobie psa” będzie miała filmową premierę 15 stycznia, bo trafiła do filmu Kingi Dębskiej „Moje córki krowy”. To śliczny film, widziałem go na etapie produkcji, zadzwoniła do mnie jego reżyserka i powiedziała, że nielegalnie podkładała go sobie przy montażu tego mojego numera z psem, czy sobie go można kupić, czy można go wykorzystać przy tym filmie. I nawet napisałem jej specjalną wersję tej piosenki, która zamyka ten film, ostatnia scena kończy się tym, że Pan Dziędziel i córki jadą sobie samochodem i ta piosenka kończy tą scenę i literki są na tle tej piosenki, trochę innej. Nie jest o babie i o chłopie, ale o pożegnaniu z najbliższymi. Cały czas coś się dzieje.
Krockus: A czy jakieś plany na jakieś wydawnictwa koncertowe jeszcze są?
Piotr: Tak, jesteśmy gotowi to zrobić, przymierzamy się do tego. Ale, chcemy grać jak najwięcej, grać ludziom, bo sprawia nam to przyjemność. W tym tygodniu, większa część tygodnia to podróż i do końca roku tak będzie, może jeszcze zagramy ze dwadzieścia koncertów, bardzo to lubię. A później zrobimy sobie taką mała pauzę i zaczniemy grzebać w tych piosenkach, które już są, bo nie musimy robiąc płyty, wymyślać czegoś na te płyty, bo wszystko już jest. Trzeba wybrać, raczej mamy problem nadmiaru. Ja mam jakieś tam kandydatki na te płytę, a z drugiej strony była też opcja, żeby wskrzesić stare piosenki, które nie brzmiały tak jak bym chciał, które kiedyś dosyć przypadkowo znalazły się na płytach. I także te, o które Państwo najczęściej proszą żeby zebrać i nagrać je jeszcze raz w tym składzie i przygotować coś takiego. Nie wiem czy powielanie samego siebie...ale nawet własna żona mi mówi, żeby to w końcu zrobić. Ostatnio ktoś pytał o te starsze piosenki, ich jest bardzo dużo, ich jest kilkaset.
Krockus: Ale to na wydawnictwo koncertowe czy jakąś studyjną płytę?
Piotr: Właśnie nie wiem co miałbym zrobić. Dopiero wymyślamy. Albo przygotujemy jakiś koncert i zagramy go jeszcze raz w tym samym miejscu i będziemy mogli wybrać jakąś wersję, czy poprawimy w studiu. To jedna opcja. Druga, że wyjedziemy gdzieś, do jakiegoś studia, zamkniemy się na dwa tygodnie i będziemy tłukli, nagrywali i wrócimy stamtąd z płytą, też jest taka opcja. A trzecia, tak jak przy okazji tej płyty, zaczniemy sobie powoli dłubać. I ona jest najfajniejsza, bo nam się nie spieszy. Ta płyta się cały czas przyzwoicie sprzedaje, ona żyje, ja nie mam takiej potrzeby, żeby co roku coś tam wypuszczać. Bo jest tak, że pomiędzy takimi płytami na poważnie, co drugi rok wychodzi taka płyta, a między nimi wychodzi coś innego. Ostatnio wyszło DVD Jurka Owsiaka, koncertowe wydawnictwo DVD i płyta audio z koncertu na Woodstocku. Zawsze coś tam się dzieje, powolutku.
Krockus: Czyli plany są generalnie?
Piotr: Nie ma powodów żeby nie było, cały czas jestem twórczo płodny, tych piosenek jest dosyć dużo, natomiast z coraz większą przyjemnością mi się pracuje na swój własny użytek. Lubię to, fajne to jest, mamy co grać. Najfajniejsze jest to, że możemy zagrać, jeśli tylko nam Bóg pozwoli, powiedzmy dwa dwuipółgodzinne koncerty, które oba będą, zakładam, przyzwoicie przyjęte i żaden numer nie powtórzy się. Mamy od cholery piosenek.

Krockus: Tak na koniec: czego możemy się spodziewać na koncercie, jakiego repertuaru?
Piotr: Taki będzie pewnie program obowiązkowy trochę, zagramy pierwsze piosenki na rozgrzewkę, zwykle te same. Ponieważ na ogół jest tak, że niektóre z nich muszę zagrać, bo potem jest jakiś żal, że nie zagrałem: Małgochę muszę grać, staram się nie grać piosenki „Kobiety jak te kwiaty”, bo mnie męczy już od dawna. Ale wczoraj zagrałem, przedwczoraj zagrałem (śmiech), w większości to będzie repertuar z dwóch ostatnich płyt, bo siłą rzeczy, po ostatniej płycie, jeśli wprowadzę pięć nowych piosenek, czyli pół płyty, to pięć innych musi wypaść. Czyli dwie ostanie płyty i trochę staroci.
Krockus: A „Prawo do orgazmu” będzie?
Piotr: Nie, nie chce nam się tego robić. Kiedyś graliśmy to koncertowo, ale znudziło nas to. Nie można grać tego w kółko. Kiedyś robiliśmy sobie jaja, nawet wyszedł na jakiejś płycie koncertowej ten numer. Ale np. teraz jest tak, że chłopcy chcą grać długie, smutne ballady, a mi się to podoba bardzo. Są też takie numery gdzie odkładam gitarę, nie gram. Zagramy na przykład warszawski tryptyk, w tym dwie piosenki są z nowej płyty, a jedna ze starszej: gramy „W warszawie sen o sławie”, taki numer „Kruchy jest człowiek” (teraz to też Krysia Tkacz śpiewa, starsza pani przebrana za barmankę śpiewa piosenkę o chlaniu wódki, jest bardzo wiarygodna), a trzecia to „Reszta dla pana”. Ja zauważyłem, słucham ludzi, ze Państwo wolą te piosenki takie refleksyjne, rockowo zagrane, chłopcy fajnie grają bluesa naprawdę, powoli, ze smakiem. Zobaczymy jak dzisiaj będzie z gitarzystą czy Krzysiu dojedzie. Bo na razie mamy jego ucznia tutaj, bo czekamy na samolot, czy on dojedzie. Ale młody ma ten repertuar przećwiczony. Jak przyjedzie to będzie dwóch gitarzystów, zobaczmy czy zdąży. Przenieśli samoloty z Okęcia, gdzie nie było by problemu do Modlina. On jeszcze jakąś tam sztukę miał do zagrania, więc wczoraj po Wałbrzychu pojechał tam.
Krockus: Dziękuję za rozmowę

środa, 9 grudnia 2015

"Na scenie opowiadam historyjki"
Wywiad z Piotrem Bukartykiem, część druga

Druga część mojego wywiadu z Piotrem Bukartykiem. Tym razem poczytacie o Trójce, oraz poznacie proces powstawania nowych piosenek Piotra.
[camel]

fot. Paweł Topolski

Trójka
Krockus: Przez ponad dwa lata prowadził pan audycję „Ładne kwiatki” w Trójce, gdzie prezentował pan młodych polskich zespołów.
Piotr: Tak, nawet zespoły z Wrocławia były – np. zespół Muhy, który był wcześniejszy niż poznańskie Muchy i które bardziej mi się podobały
Krockus: Czy jakoś Pan śledzi obecną scenę muzyczną?
Piotr: To było coś innego. Ponieważ ja zdobyłem sobie jakąś tam pozycję, nigdy nie będąc zatrudnionym w radiu, nie mając żadnych ambicji zostania redaktorem, dostałem propozycję do Krzysztofa Skowrońskiego, ówczesnego redaktora naczelnego Trójki, „słuchaj, zróbmy jakąś audycję, to fajnie idzie” (ja) rozegrałem się, poszedłem do Wojtka Manna i zrobiliśmy to. Po pierwsze to nikt nie wierzył, że można raz w tygodniu napisać piosenkę i zagrać ją żywo w chwilę po jej napisaniu, więc ja byłem freakiem totalnym, ja się tam pojawiłem z kosmosu. I to się może udać raz, dwa razy, ale dziesięć, a się okazało, że to się udawało 40 razy, no bo rok ma 52 tygodnie i odejmując wakacje i jakąś siłą rzeczy nieobecności, bo się jedzie gdzieś w trasę tak jak w tym tygodniu to 40 razy zostało. Układałem jakieś piosenki, niektóre absurdalnie totalnie, ale one zaczęły zdobywać jakiś swój elektorat czyli ja gdzieś tam chcąc niechcąc zacząłem generować jakieś wpływy dla rozgłośni, to było coraz lepiej przyjmowane. Dzisiaj jeżdżę na koncerty i ktoś kto kupuje na nie bilety, to są ludzie, którzy czekając na te nasze wygłupy. My nie przywiązujemy do tego takiej wagi, ale Jurek Satanowski zrobił spektakl z moich piosenek w większości napisanych na użytek spotkań z redaktorem Wojtkiem Mannem i ja byłem w Teatrze Atelier w Sopocie na premierze spektaklu i te piosenki, które ja wykonywałem raz i wyrzucałem, np. śpiewa Krystyna Tkacz, Artur Barciś, Kasia Żak i jeszcze Trójka ludzi. Oni śpiewają 25 moich piosenkę, z których połowa to „jednorazówki”, one żyją te piosenki.
Krockus: To jest tylko w Sopocie wystawiane?
Piotr: Nie, 12 października odbędzie się warszawska premiera. To się nazywa „Kaszana Zdalnie Sterowana. Piosenki Piotra Bukartyka”. Teraz się dowiaduję, że muzyczna szkoła na Bednarskiej robi dyplom z moich piosenek. I to są takie piosenki, która napisałem, bo musiałem, bo obiecałem, że przyjdę na te audycje i coś będę miał, zobowiązałem się i podjąłem wyzwanie. To wcale nie jest takie proste, napisać piosenkę. Ja to robię raz w tygodniu i dzisiaj się dowiedziałem, że jestem offklasykiem literatury. To mnie śmieszy i bawi, nie żeby nie było mi miło, ale szczerze mówiąc jak teraz słyszę, że robię fantastyczne rzeczy to się przejmuję tym tak bardzo, jak wtedy kiedy robiąc to samo słyszałem, że wszystko robię do niczego. Mam pięćdziesiątkę za sobą, to jest 52. rok mojego życia co pozwala mi na swego rodzaju zdrowy dystans do tego co się dzieję wokół tego co robię. Robię cały czas to samo, od wiele lat, mam już dzieci duże, dzieci małe. Mam zacząć wciągać brzuch i poprosić sam siebie o autograf? Jestem człowiekiem spełnionym i szczęśliwym, bo żyję z tego co robię i mogę robić to po swojemu i nikt mi nie mówi jak mam się ubrać, co mam powiedzieć.

Krockus: A jak miałby pan ocenić jakość tych piosenek, tworzonych przez ostatnie 10 lat na potrzeby piątkowych wizyt u red. Manna? Czy wtedy były lepsze, czy teraz są lepsze, czy teraz je się łatwiej czy trudniej tworzy, czy to jest jakaś rutyna, czy to prościej przychodzi?
Piotr: To nigdy nie przychodzi prościej. To jest ta sama praca, jednakowoż różniąca się od pracy przy taśmie, bo ja nie robię śrubek, tylko piosenki, za każdym razie to jest coś, co jest żywą formą i tak myślę, że w jakiś naturalny sposób ją czuję. Generalnie nie zaczynam pisać jak nie wiem co chcę powiedzieć. Najpierw przychodzi to, co chcę powiedzieć, a potem obudowuje to całą resztą. W każdym razie kiedy robię sobie jaja, to forma może być ważniejsza od treści, są też takie piosenki, które napisałem, bo miałem głupi pomysł, np. pamiętam koledzy bawili przy piosenek grupy Maanam. Tu akurat nie wymyślałem melodii, tylko wziąłem refren „Luciolli” Maanamu i zaśpiewałem piosenkę, która mia się napisała w 15 minut, tam było takie coś „W jadłodajni
nad morzem...” i nie „Słone ręce, słone usta, słony wiatr” tylko „Słona zupa, słony bigos, słony kompot, słony schab” i refren „Smródź Jola, smródź Jola” i zaśpiewałem to. Jest to oczywiście kretyńskie i już grając to na żywo w radiu już czułem „ale wiochę robię”, ale mnie to bawiło. I się okazało, że oddźwięk był bardzo żywy i nikt nie poczuł się urażony, również z twórców piosenki, to bardzo miło. Ale po prostu to był taki kretyński błysk. Zdarzyły mi się covery ze dwa razy, innym razem, byłem do lutego naprawdę nałogowym palaczem fajek, i sterty petów towarzyszyły każdej z tych piosenek, ale obiecałem synowi, że rzucę i rzuciłem, po 36 latach intensywnego jarania. Tak czy inaczej napisałem taką piosenkę, to był przebój dyskotekowy „Everybodys goes Kung-Fu Fighting” i ja napisałem piosenkę na zasadzie osoby palącej, która rzuca ze słowami „ Nie da rady. Leć kup mu fajki, bo wyjada już puch z kufajki” i tego rodzaju rymy, a Wojtek Mann zdecydował się uczestniczyć w numerze i robił co jakiś czas „hu!”, „ha!”, bo tak było w wersji oryginalnej i nie trafiał oczywiście, także to rozczulało widownię, ale to nie są rzeczy, które my przygotowujemy, one zdarzają się w te pięć minut, które jesteśmy na antenie. To nie ma tak, że teraz powiem to czy to.
Krockus: Tak jak piosenka śpiewana głosem operowym?
Piotr: No tak, ja mówiłem, że to jest tenor umiarkowanie bohaterski, a głos którym dysponuje to sopran koloraturowy domowej roboty, różne takie historie. My to robimy do tych samych mikrofonów, do których czyta się pogodę, tam nie ma żadnych studyjnych warunków, studio jest obok. Staram się zagrać i zaśpiewać, a jednocześnie plujka z logo rozgłośni zasłaniA mi kartkę więc muszę odchylać łeb, by zobaczyć co napisałem. No więc warto, każda piosenka jest osobną historią.
Krockus: I później, przy okazji, tworzy się materiał na kolejne płyty.
Piotr:Nagle się okazało tak, był taki moment, ze wydałem płytę „Z czwartku na piątek” z tych piosenek, już dojrzewała sytuacja. Ta płyta znakomicie się sprzedała jak na polskie warunki. Byliśmy zdumieni, bo nie miała kampanii reklamowej ani żadnych takich, nie licząc tych cyklicznych występów. Jeszcze niedawno miała dodruk. I potem pojawił się w moim życiu i się go trzymam, przez dwie ostatnie płyty. To jest firma Mystic, której szef i powiedział, że jakbym chciał coś wydać to on bardzo chętnie. Spotkaliśmy, ja postawiłem swoje warunki, on je przyjął i dwie ostatni płyty zrobiliśmy razem czyli jestem w dosyć komfortowej sytuacji, bo między innymi mam zagwarantowaną totalną swobodę, nikt nie ingeruje w mój materiał, nikogo nie pytam jak mam coś zrobić, po prostu robię swoje. Nikt mi nie mówi, że mam być bardziej popowy albo coś tam zrobić. Jestem już poważnym człowiekiem, który robi po swojemu i nie wybieram się na żadne zawody.

Krockus: A czy na te Spotkania Trójkowe woli pan takie bardziej publicystyczne piosenki pisać, aktualne czy jakieś ogólne tematy?
Piotr: Nie mam pojęcia. To musi odpalić samo, musi przyjść do głowy. Generalnie ja nie mam potrzeby posiadania następnej piosenki, bo mam ich bardzo dużo. Ale zawsze coś tam się dzieje albo nie dzieje się nic. I to napisanie - ja poznałem swój organizm przez te wszystkie lata, z których tylko ostatnich dziesięć jest związanych z cykliczną audycją- i żeby się zmusić do napisania ja najpierw naprawdę godzinami stawiam pasjanse. A kiedy dochodzi już taka pora lekko po północy , a ja wiem, żeby zdążyć do radia muszę wstać o 6:40, myślę sobie: „Kurde, jeśli zaraz się nie wezmę do roboty to będzie kicha”, i potem dzieje się coś dziwnego i w trzy-cztery godziny mam piosenkę – jakąś ułożoną melodie, jakieś słowa, kładę się, rano się budzę, patrzę i myślę „O Jezu, ale obciach”. Potem jadę, jakoś to gram, jak jest Krzysiek to we dwóch, jak jestem sam to sam. I często się okazuje, że nie było tak źle, że ktoś się wzruszył, ale ja się nie zastanawiam pisząc ją , zawsze miałem tak, kiedy się zabierałem za pisanie konkretnego numeru, że przychodził do mnie jakiś pomysł, który mnie męczył i ja go robiłem, starałem się go zrealizować, potem przyglądałem się temu co zrobiłem i mówiłem „Aha, wyszło tak” i zapominałem o nim, zaczynałem myśleć o czymś innym. A potem przyglądałem mu się i na ogół dochodziłem do wniosku „Nie, jednak do niczego”, to spróbujemy następnym razem i odkładałem. A zmieniła w mojej sytuacji ta audycja to, że ja zanim powiem, że jednak do niczego to gram to ludziom i wiem, że są ich setki tysięcy, bo jest to prime time radiowy, Trójka jest stacją o przyzwoitej słuchalności.
Krockus: Luz i zapał jak pan śpiewał?
Piotr: No tak, ja czasem częstuje tymi piosenkami znajomych. O to poprosił na przykład Zbyszek Zamachowski i sobie gdzieś tam to śpiewa. Niech sobie śpiewa, ja mam dużo tych piosenek. Jest fajnie, grają to z Grupą Mo Carta „Kobiety jak te kwiaty” zupełnie inaczej niż ja. (wchodzi klawiszowiec - "a sorry, ty wywiad masz")
Doktor Pszczoła, mój producent, z Krzysiem Kawałko produkowali dwie ostatnie płyty. Dodatkowo to to też jest fajna sprawa, że gram z chłopakami, z którymi pracuje później na tych płytach. Jestem od nich starszy, mniej więcej o kilkanaście lat od każdego z nich, z wyjątkiem Marka, bo Marek jest tylko osiem lat ode mnie młodszy, to dorośli mężczyźni, ale jednak dzieciaki, to jest różnica doświadczeń, jesteśmy krajem z takim wyraźną cezurą Stanu Wojennego i tak dalej, ale dogaduje się z nimi, jest fajnie. Nie jest obciachem ze mną grać. Takie rzeczy mnie cieszą w życiu, i to nie jest wiocha grać ze mną, ostatecznie nie zostałem swetrowym grajkiem, który nic nie potrafi.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

"Na scenie opowiadam historyjki"
Wywiad z Piotrem Bukartykiem, część pierwsza

Ponad pięćdziesiąt minut wywiadu z Piotrem Bukartykiem. Przeprowadziłem go przed koncertem Artysty we wrocławskim Starym Klasztorze, który odbył się pod koniec września tego roku. Wywiad ukazała się w jakiś czas temu w Gazecie Wrocławskiej. Niestety "gazeta nie jest z gumy" i z 33 tysięcy spisanych znaków w gazecie (po autoryzacji Piotra i skrótach) znalazło się ledwie koło 1/4 całości. Tutaj postanowiłem opublikować w trzech częściach całość mojej rozmowy z Piotrem. Pierwsza część dzisiaj, następne jeszcze w tym tygodniu. Na początek wspominamy dawne czasy (m.in. album "Szampańskie wersety z 1997 roku) i rozmawiamy o zjawisku popularności.



[camel]

Popularność
Krockus: Zaczynał pan grać ponad trzydzieści lat temu. Po drodze była nominacja do nagrody Fryderyk w kategorii „Dance i Techno” bodaj w 1997 roku...
Piotr: Tak, traktuję to jako największe osiągnięcie życia (śmiech)
Korkcus: ...ale ta prawdziwa popularność, powiedzmy masowa, przyszła kilka lat temu.
Piotr: Czy ja wiem? Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym nigdy. Nie rozpatrywałem tego w tych kategoriach. Po prostu pisałem swoje piosenki, jestem grajkiem od początku lat 80-tych. Zacząłem jako pacholę licealne i zawsze chciałem napisać piosenkę i próbowałem, do tej pory próbuję. I to tyle. Popularność w tamtych czasach była czymś wręcz wstydliwym ponieważ zdobycie tzw. popularności wiązało się z czymś, na co nie mogłem się długo zdecydować. To był np. udział w udziale Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze, bądź Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. I bardzo wielu, nie żeby im to wypominać, bo to do tej pory funkcjonujących artystów, którzy są zbliżeni do mnie wiekiem i w podobnym czasie debiutowali, oni osiągnęli popularność, bo podjęli taką decyzję, że tam pojadą. Ale na ogól to byli wokaliści. A ja ze sztuką wokalną, co zresztą będzie słychać tutaj ze sceny, mam wspólnego niewiele, ja opowiadam historyjki.
Krockus: Uważa się pan za poetę, śpiewaka, za, jak pan sam powiedział, grajka?
Piotr: No za grajka, jest taka w brytyjskich barach postać – taki storyteller, który siada na krześle iw w zamian za drinka opowiada niestworzone historie, no to ja jestem kimś takim myślę. A w sztukę nie wierzę. Znaczy nie w jej istnienie nie wierzę, także nie pracuję nad tym, że trzeba stworzyć przebój, albo dzieło sztuki, mam to gdzieś.
Krockus: Czasami się udaje?
Piotr: Bo ja wiem? To niechcący, to przypadkiem.

Korkcus: Ale jak ta popularność przyszła tak późno, to jest jakoś inaczej odbierana, doceniana przez pana?
Piotr: Przeze mnie? Jasne! Myślę, że gdyby przyszła wcześniej to mógłbym zwariować, mógłbym wyglądać jak moi rówieśnicy z zespołu Papa Dance. Cieszę się, że tak nie wyglądam, choć nic do nich nie mam i rozczulają mnie te na siłę zaczesywane zakola. Ja wyglądam jak wyglądam, pióra mi z tyłka nie wystają, bo też nie kokietuję wyglądem ani nadmiarem choreografii czy porywającą wokalizą. Po prostu opowiadam swoje historyjki i sobie z tego żyję, co daje poczucie nie tyle popularności, co wolności. Jest to bardzo przyjemne, bo robię to, co chcę, to, co sobie sam wymyślę i jestem, powiem górnolotnie, niezależny. Znaczy nie wstaję w szranki żadne, nie biorę udziału w wyścigach piosenkarskich, stworzyłem swoją własną kategorię, mam swoją publiczność i ku mojemu radosnemu zdziwieniu ona jest coraz liczniejsza. Nie gram Dnia Kartofla, tylko usiłuję sprzedać bilety na koncert i dlatego tu jestem, że ktoś te bilety kupił czyli to jest uczciwe stawianie sprawy – przywożę konkretną rzecz, za którą odpowiadam w stu procentach, bo każda nutka i każde słowo w tych piosenkach jest mojego autorstwa. I skoro podjąłem decyzję, że się publicznie z tym pokażę, to znaczy, że uważam, że się tego nie wstydzę, no i tyle. Jeżeli ktoś kupuje na to bilet, to podejmuje samodzielną decyzję o tym.
Maciek: Czyli singer-songwriter jak to się mówi?
Piotr: No tak. I to dlatego, że, szczerze mówiąc, tylko takich ceniłem, i dużo większe wrażenie robią na mnie tacy goście.
Krockus: Bardowie?
Piotr: W pewnym sensie tak, Bob Dylan, ten kierunek bardziej.

Krokcus: A gdyby miał pan wskazać przyczyny te tej popularności – czy przyczyniła się do tego Trójka, czy coś innego, bo skąd musiało się to wziąć, że to się rozwinęło w takim (pozytywnym) stopniu
Piotr: To się zaczęło nawarstwiać. Zmiany ilościowe przeszły w zmianę jakościową. Ja cały czas, przez te wszystkie lata, robiłem to samo. I dalej robię, niczego nie zmieniam. Wymyśliłem swój język, którym się porozumiewam ze światem i to kiedyś nie pasowało do niczego.
Próbowali mnie wpasować, pojechałem na jakieś zamkowe spotkania poetyckie i zaczęto twierdzić, że ja uprawiam poezję śpiewaną, a nigdy tego nie robiłem. I słyszałem, że jestem elektrycznym bardem, że jestem poetą rockandrolla. Nie jestem poetą, w ogóle nie czytam poezji. Układam piosenki, opowiadam historyjki, bawię się formą i bardzo długo starałem się osiągnąć taki efekt, żeby mnie samego nie raził język polski w piosenkach. Bo angielski jest płynny, jest więcej rymów męskich niż u nas, ale ja wymyśliłem sobie jakiś język, ułożył mi się on w głowie i nim operuję. Opowiadam historię, które na ogół zamykają się jakąś pointą. Staram się opisywać to, co widzę, a nie to jak ja sam wyglądam, bo sądzę, że to jest tak mało interesujące dla innych, jak dla mnie ich wygląd. I tyle – opowiadam to co widzę, a nie to, że mam ładne oczy.

Krokcus: Ale Trójka na pewno dała jakąś popularność, choćby przez cykliczność tych spotkań i ciągłą potrzebę tworzenia nowych rzeczy.
Piotrek: No pewnie, że dała. To nie jest taka ciągła potrzeba. Ja szczerze mówiąc, w pewien sposób się nauczyłem pływać, jak wpadłem do wody i tutaj było podobnie. Żeby w ogóle coś napisać to potrzeba muz. Moje muzy mają na imię Termin i Zaliczka. Na szczęście ta druga przychodzi o wiele rzadziej. Ale generalnie człowiek nie pisze piosenki na rano, bo na cholerę mu rano nowa piosenka. Napisałem kilkaset piosenek, nie potrzebuję następnych, ale sam sprowokowałem sytuację w której jestem przymuszony do pisania raz w tygodniu. Bardzo się cieszę, bo gdyby nie te uczucie obciachu, że co – nie dam rady? To bym nie pisał bo po co? Już na wszystkie tematy napisałem po dziesięć piosenek.

Krockus: A skąd w ogóle przyszła propozycja takich spotkań?
Piotr: Ja wymyśliłem to i zadzwoniłem do Krzyśka Skowrońskiego, który był wówczas dyrektorem Trójki nawet nie wiedząc i nie pamiętając, że kiedyś on jako redaktor Radia Zet incydentalnie zaprosił mnie przy okazji mojej płyty z piosenką o prawie do orgazmu, którą głosiłem przyznanie tego prawa w ogóle wszystkim, co nie zostało najlepiej przyjęte w kraju świebodzińskich pomników. Ja myślałem, że to będzie dowcipne, a się okazało, że jestem synem Szatana. To sprawiało mi przyjemność dużą, pamiętam, że w Toruniu były wtedy trzy rozgłośnie, z czego tylko jedna miała ryja i te dwie grały utwór „Każdy ma prawo do orgazmu” i słowo orgazm wypikowywując. Bardzo mnie to bawiło, bo się okazało, że to najbrzydsze słowo. A już wtedy puszczali raperów z jakimiś bluzgami. Więc orgazm było słowem niecenzuralnym, a te wszystkie organy rozrodcze męskie i żeńskie to żaden problem. Tak czy inaczej, na przykład ta żartobliwa płyta wtedy, w której kpiłem sobie – razem z kumplem, z którym ją zrobiłem, który zresztą wyprodukował pierwszą, najbardziej znaną do tej pory, płytę nijakiego Liroya, bo Jaromir Chmileski (?), a w ogóle na co dzień zajmował się robieniem muzyki do teatru. Więc myśmy zrobili eksperymentalną płytę, dla jaj, bawiąc się naprawdę bardzo dobrze. Nigdy nie grałem dance`u ani techno, nikt nie zrozumiał tego żartu, naprawdę, nikt nie zrozumiał naszego żartu (śmiech), zostało to przyjęte często bardzo poważnie.
Krockus: Może teraz by było lepiej z odbiorem?
Piotr: Nie, to było super, bo po tym wszystkim ja miałem straszne poczucie obciachu, że zrobiłem taką płytę, ale wtedy nie miałem wyjścia. Mogłem albo umrzeć z głodu, albo nagrać taką płytę. Wtedy wszyscy szukali możliwości podpisania kontraktu, bo wydawało się, że przyszedł wielki świat, i że teraz My już są Amerykany, ja podpisałem ten kontrakt, ale był taki warunek – bo ja miałem dwie takie piosenki i siedemdziesiąt smutnych – i Państwo zaproponowali mi dopisanie jeszcze kilku wesołych, a smutne może kiedy indziej już. Nie miałem wyjścia, w czasie długiej kąpieli do tych dwóch dopisałem jeszcze chyba siedem czy dziewięć, nie pamiętam już, i z jednej strony się bawiłem, a z drugiej to było absolutnie nie to, co chciałem zrobić, ale nie miałem wyjścia. Mogłem albo obrócić tę sytuację w żart i tak zrobiłem. I ta płyta była swego rodzaju zgniłym kompromisem, ale bawiliśmy się dobrze. A zaraz potem zacząłem spotykać różnych ludzi z bliskich mi środowisk do których nie należałem, do Jarocina i tak dalej. I chłopcy z czołowych kapel przychodzili po tej płycie przybyć ze mną piątkę i mówili: „Dla nas jesteś punkiem” i to był komplement, to było bardzo fajnie, że tylko ci ludzi, którzy się czynnie zmagają z nutami i tekstami, oni zrozumieli moje intencje. Natomiast świat muzycznej prasy czy mediów kompletnie nie połapał się w moich planach, zresztą prawdopodobnie miał je gdzieś po prostu i nie ma problemu. Natomiast nominacje do Fryderyków...przecież nie zdobyłem Fryderyka, bo wtedy wygrał Norbi, bardzo miły chłopak z Olszyna, młody didżej wtedy, no i on spełnił swój sen, bo poprowadził od tamtej pory siedem tysięcy wesel i imprez zakładowych czy festynów. To lepiej, że on, a nie ja, bo ja mógłbym się tam nie sprawdzić do końca, pamiętam, że za bardzo nie było wiadomo co z tą płytą robić, no bo można ją było grać z półplejbeku w dyskotekach, ale ja do dyskotek nie chodzę. W klubach z rurą, wtedy dostałem taki cynk od człowieka w miejscowości Marki, jak się okazało, że ten numer grany jest ciągle, że dziewczyny mnie pozdrawiają, i że mogę przyjść kiedy zechcę, i że będzie super. Potem okazało się, że był to burdel podwarszawski i do tej pory nie żałuję, że nie pojechałem zebrać należnych mi hołdów, w takiej czy innej postaci, ale zawsze można pomarzyć. Nie zrobiłem tego żałuję. Panie pozdrawiam, pewnie są już na emeryturze. To ja wam napisałem ten numer, dzięki któremu mogliście rozwinąć swój talent.

sobota, 14 listopada 2015

Mikromusic w Eterze, Wrocław, 4.11.2015



[camel]
ocena: 9/10


Dzieliłem się z Wami kiedyś moją opinią, że uważam Mikromusic za najlepszy obecnie koncertowy skład w tym kraju. Każdy ich kolejny koncert utwierdza mnie w tym przekonaniu. Zwłaszcza ten, na którym zagrali cały materiał ze swojej ostatniej, rewelacyjnej płyty "Matki i żony". Albumu z najmroczniejszymi tekstami, a równocześnie najbardziej energetycznego w ich karierze. Zaczęli od Matki Teresy, potem były kolejne piosenki z tej płyty: Krystyno, Dom, Kostucha czy Po co ja tu jestem. Rewelacyjnie wypadło Lato 1996, Zakopolo, Pocałuj, pochowaj czy Piękny chłop z wydłużonym finałem, w którym Dawid Korbaczyński zagrał na oryginalnej gitarze. W Bezwładności na scenie pojawił się Skubas by obezwładnić słuchaczy wspólnym wykonaniem z Natalią tej piosenki (aktualny singiel zespołu). W międzyczasie usłyszeliśmy kilka starszych piosenek zespołu takich jak Sopot, Takiego chłopaka, Zostań tak (znowu dała tu znać o sobie wirtuozeria muzyków, a w szczególności klawiszowca Roberta Jarmużki), Pod włos (czyli piosenki o Wrocławiu), Szkodnik (prawdopodobnie najlepszy moment koncertu, miłośnicy jazzu pewnie też byli zadowoleni). Pod koniec koncertu zabrzmiał ostatni utwór z "Matek i żon" czyli Nie umrę, a na bis usłyszeliśmy ponowne wykonanie Bezwładności, niegrzeczną wersję Niemiłości oraz Oczko, czyli utwór, który otwierał ich trzecią płytę "Sova".

Minusy? Brak jakiegokolwiek utworu z ich pierwszych dwóch płyt, a przecież mogli zagrać moje ukochane Dobrze jest, Oddychaj, Burzową, Słonecznik czy Kardamon i pieprz. Na szczęście po koncercie udało mi się zaopatrzyć, w dzisiaj już chyba nieosiągalną w normalnej sprzedaży, płytę" Sennik", na której znajdują się trzy ostatnie z wyżej wymienionych piosenek.

Na bardzo duży plus: świetna forma muzyków oraz Natalii Grosiak, która jak zwykle czarowała głosem i poczuciem humoru. W dobrej kondycji nie przeszkodziła jej nawet widoczna ciąża. Dlaczego więc nie dałem maksymalnej noty? Po pierwsze z powodu wymienionego powyżej braku utworów  z pierwszych płyt oraz... zawsze może być jeszcze lepiej. Na co będę liczył, wybierając się na kolejne koncerty tego niezwykłego zespołu.

















wtorek, 17 lutego 2015

Live 2014, część trzecia


[camel]

LIPIEC/SIERPIEŃ

XX Przystanek Woodstock [8.0]


Jubileuszowy, dwudziesty Przystanek Woodstock. Mój trzeci, po dziewięcioletniej przerwie (byłem również w 2004 i 2005 roku). Co się zmieniło przez tę dekadę? Na pewno było więcej ludzi – podobno około 700 tysięcy, impreza trochę się skomercjalizowała (choć to nic złego, po prostu ma większą ilość sponsorów) i zmiana najważniejsza – muzyka zaczęła odgrywać pierwszorzędną rolę, koncerty na dużej scenie to zazwyczaj muzyczne spektakle z dużym nagłośnieniem i efektownym oświetleniem. Udało mi się zobaczyć kilka koncertów – na dużej i małej scenie oraz w wiosce Akademii Sztuk Przepięknych. Bo to właśnie na ostatniej ze scen, na dzień przed oficjalnym otwarciem Woodstocku zobaczyłem pierwszy koncert – jubileuszowy występ Kasi Kowalskiej. Artystka, której na żywo nie widziałem od kilkunastu lat przedstawiła swoje największe przeboje w wersji akustycznej. Były utwory z debiutanckiego albumu "Gemini" (Oto ja, Jak rzecz, tytułowy, Wyznanie, Cukierek – mój dawca słodyczy, Heart of Green zaśpiewane ze Skubasem) jak i te późniejsze (Antidotum, Prowadź mnie, Pieprz i sól, Wyrzuć ten gniew, Coś optymistycznego i A to co mam na bis). Znalazło się też miejsce na covery Led Zeppelin, Leonarda Cohena, Alice In Chains oraz zaskakujący I`ve got a world on a string, który Kowalska wykonała ze Titusem z Acid Drinkers. Fajna podróż sentymentalna, świetny nastrój i oprawa, która sprawiły, że te akustyczne wykonania zabrzmiały tego dnia momentami magicznie. Oficjalnym początkiem Woodstocku był koncert T.Love, który zagrał zestaw swoich największych hitów w rodzaju Warszawy, Nie,nie,nie, Kinga, Boga, Ajrisz, Potrzebuję wczoraj, Lucy Phere, Autobusów i tramwaji i Wychowania (dwa ostatnie z Kasią Kowalską). Drugim z gości był Titus.
Wyjątkowym koncertem był występ Budki Suflera, dla której był to jeden z ostatnich koncertów w karierze. Repertuar niezwykły – wszystkie utwory z debiutanckiego "Cienia Wielkiej Góry", Pieśń niepokorna, Noc nad Norwidem, nieśmiertelna Jolka, Jolka pamiętasz i kilka innych. Prog-rockowa energia, świetna forma Krzysztofa Cugowskiego, całego zespołu i synów Cugowskiego czyli zespołu Bracia sprawiły, że będę ten koncert jeszcze długo pamiętał. Bardzo energetycznie zagrał Skindread. Pełen hippisowskiej energii koncert zagrała Ania Rusowicz, żałuję, że udało mi się trafić tylko na końcówkę występu (za to wtedy zagrała Za daleko mieszkasz miły i cover Jefferson Airplane Somebody to love). Szaleńczy, rokendrolowy show dał Dr Misio. Jelonek z towarzyszeniem Gorzowskiej Orkiestry Symfonicznej porwał woodstockowy tłum do tańca serwując mu rovery Paganiniego, Boney M., Rossiniego, Huntera i własne kompozycje. Lao Che zagrali swoje największe hity w rodzaju Hydropiekłowstąpienia, Życia jak tramwaj, Dymu, Drogiego Pana, Bóg zapłać i Zombi!. Acid Drinkers zaprezentowało własne wersje piosenek m.in. Pink Floyd, Deep Purple, Black Sabbath, Joe Dassina, Creedence Clearwater Revival, Thin Lizzy, AC/DC oraz B`52 (słynny Love Shack zaśpiewany wspólnie z Anią Brachaczek). Marika wprowadziła widownię swoimi piosenkami w pozytywny nastrój, a Piersi zaprezentowali swoje największe przeboje z których największy aplauz wzbudziły oczywiście Całuj mnie i Bałkanica.
Trudno w tych kilkunastu zdaniach oddać niesamowitą atmosferę tej imprezy. W powietrzu ciągle unosił się duch Flower-Power, przeróżne subkultury egzystowały obok siebie w przyjaźni, często dało się zauważyć zarówno młodych ludzi, rodziny z dziećmi jak i starszych fanów muzyki. Warto pojechać tam choć raz by przekonać się dlaczego o Woodstocku mówią, że to Najpiękniejszy Festiwal Świata.





PAŹDZIERNIK

Kult [7.5/10]


Coroczna Kultowa trasa październikowa, coroczny koncert Kultu w katowickim Spodku. Jak szybko policzyłem to mój siódmy lub ósmy koncert ich występ w tym miejscu. Jak zwykle w przypadku tego zespołu blisko trzy godziny grania i ponad trzydzieści piosenek. Doczekałem się swoich faworytów w postaci Do Ani, Arahji, Lewe lewe loff, Baranka, Gdy nie ma dzieci oraz Polski i Krwi Boga w bisach. Wyjątkowo dobrze i potężnie zabrzmiało tego wieczoru Prosto, utwór tytułowy z ich ostatniej płyty. Jako ostatnią piosenkę tradycyjnie wykonali Sowietów. Dobrze, że niektóre rzeczy się nie zmieniają. Dobrze w październiku wybrać się na koncert ekipy Kazika do Spodka, który ciągle uważam za najlepszą halę koncertową w tym kraju.

Marcelina [8.5/10]

O koncercie Marceliny we wrocławskim Starym Klasztorze pisałem TUTAJ

LISTOPAD

Fisz Emade Tworzywo [7.5/10]


Wydany jesienią album "Mamut", to chyba największy sukces komercyjny braci Waglewskich do tej pory. Dwa utwory osiągnęły szczyt Trójkowej Listy Przebojów, w jednym z utworów zaśpiewała Kasia Nosowska. Na wrocławskim koncercie w klubie Alibi usłyszeliśmy najnowszą płytę w całości (bez instrumentalnego utworu tytułowego, za to z dwukrotnym wykonaniem Śladów). Największe wrażenie zrobiły na mnie wspomniane Ślady, taneczny Pył i Zwiedzam Świat. Świetnie zabrzmiało również bardzo hałaśliwe Karate. Dobrze, że zagrali też kawałki z poprzednich albumów – mowa o Heavi metalu, Wiośnie 86, przearanżowanym Dynamicie i Zwierzu bez nogi. Wszystko brzmiało bardzo dobrze od strony wykonawczej, zwłaszcza gra Emadego na perkusji, Michała Sobolewskiego na gitarze (również muzyka rockowego wcielenia Waglewskich juniorów czyli Kim Nowaka) i Marcina Pendowskiego na basie.

Mikromusic [8.5/10]


Kolejne w tym roku moje spotkanie z muzyką Mikromusic na żywo. Tym razem na osobnym, pełnoprawnym koncercie, do tego w bardzo klimatycznym miejscu. Jak już kiedyś pewnie wspominałem ten zespół to aktualnie moja ulubiona grupa koncertowa w Polsce. Każdym kolejnym występem utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Setlista składająca się z wszystkich czterech studyjnych płyt zespołu – świetne wykonania Jesieni, Sopotu, Takiego chłopaka (dwukrotnie), rozbudowanego Zostań tak, Słonecznika, Halo czy Niemiłości 2 (czyli tej mniej cenzuralnej) i Lata 96 czyli najnowszego utworu zespołu zilustrowanego pięknym teledyskiem. Jak zwykle wybornie pod względem wykonawczym, jak zwykle urocza wokalistka Natalia Grosiak. Koniecznie się wybierzcie na ich koncert jak będą grali w pobliżu, ja chętnie zobaczył bym ich w wydaniu akustycznym jako Mikromusic Acoustic Trio.

Dr Misio [8/10]


Kolejny koncert ekipy dowodzonej przez Arka Jakubika, tym razem klubowy. Jak zwykle masa rockowej energii i szalony Jakubik wyśpiewujący kolejne piosenki, których teksty są autorstwa Marcina Świetlickiego i Krzysztofa Vargi. Jako, że to była trasa promująca drugi album Dr Misia zatytułowany "Pogo", to właśnie utwory z tej płyty dominowały na koncercie – usłyszeliśmy więc m.in. utwór tytułowy, Sektę, Modlitwę, Hipstera, Metro i Pedagogikę. Na szczęście znalazło się też miejsce na utwory z debiutanckiego krążka "Młodzi", z którego zespół wykonał świetne Dziewczyny, utwór tytułowy, Mentolowe papierosy, Życie i oczywiście Mr Hui, w którym wokalnie wsparła wokalistę publiczność. Tak jak wspominałem – masa rockowej energii i jeden z najlepszych koncertowych zespołów w kraju.

GRUDZIEŃ

T.Love [8/10]


W ubiegłym roku minęła dwudziesta rocznica wydania płyty „Prymityw”, jednej z najważniejszych w dyskografii kapeli dowodzonej przez Muńka Staszczyka, ulubiona zarówno przez zespół jak i fanów. W związki z tym T.Love postanowiło ruszyć w trasę podczas której mieli w całości zaprezentować materiał z tego albumu. Na początku grudnia zespół zagrał we wrocławskim Starym Klasztorze zaczynając od prezentacji "Prymitywu" począwszy od piosenki To nie jest miłość i Potrzebuję wczoraj, poprzez Glorię, Złygmunta Staszczyka, Boga aż do Nic do stracenia (z utworu kończącego krążek czyli Wakacji zrezygnowano). Po krótkiej przerwie zespół powrócił na scenie i zaprezentował swój the best of. Usłyszeliśmy więc Autobusy i tramwaje, IV LO, Kinga, Warszawę, I love you, Nie,nie,nie, Lucy Phere i Wychowanie. Na sam koniec zespół zostawił cover Boba Dylana The Times there are a-changin`. Kolejny udany koncert jednego z najważniejszych bandów w polskim rocku. Fajnie widzieć ich w dobrej formie.

Nut Ferment 3: Marcelina, Krzysztof Zalewski, Wolna Grupa Bukowina [8/10]


Nut Ferment to inicjatywa wrocławskiego Teatru Muzycznego Capitol mająca formułę muzycznego talk-show na żywo w czasie którego każdy Artysta śpiewa dwie swoje piosenki i jeden cover Artysty występującego w tym samym odcinku. Tym razem jako pierwsza wystąpiła Marcelina która wykonała Nigdy w zawsze i Me and my boyfriend z własnego repertuaru i cover Krzysztofa Zalewskiego Jaśniej (dwukrotnie, gdyż za pierwszym razem pomyliła się w tekście). Następnie zaprezentował się wspomniany Zalewski, który zagrał Ósemko i Fallin mocno przearanżowaną Rzekę autorstwa Wolnej Grupy Bukowiny. Jako ostatnia zaprezentowała się WGB wykonując własną Piosenkę wiosenną i Sielankę o domu oraz Marcelinową Bez ramki. Pomiędzy występami krótkie wywiady z Artystami prowadził Konrad Imiela, dyrektor naczelny i artystyczny Capitolu. Całkiem miły wieczór, w sam raz na kilka dni przed Bożym Narodzeniem.